Przejdź do treści

W matni

Ból. Strach. Samotność. Które z tych uczuć właśnie rzucały moim umysłem na wzburzonym morzu świadomości, czy raczej podświadomości, ponieważ wiem, że nie odzyskałem tej pierwszej. Jeszcze nie. Teraz przyszła kolej na strach czy może wszystkie naraz.
Obudziłem się, powoli doszedłem do siebie, i od razu pojawiło się podstawowe pytanie, pytanie z tych na które nie zna się odpowiedzi, gdzie ja do cholery jestem?!
Moje zmysły były otępiałe, przygaszone i ewidentnie nie miałem z nich żadnego pożytku. Rozpocząłem swoją podróż do normalności. Najpierw słuch… Natychmiast uderzyły mnie dziwne jęki, nerwowe chichoty, krzyki… Smak. W ustach miałem dziwny posmak jakby tabletek albo jakiś innych środków. Węch, znany zapach krążył wokół mnie, zapach wilgoci, zgnilizny, nasiąkniętych szmat ale było coś jeszcze, bardzo znajomego tylko nie wiedziałem jak to nazwać i z czym powiązać. Wzrok pojawiał się najdłużej. Rozmazany obraz, lekko skrzywiona perspektywa, wszystko powolutku wracało do normy. Bardzo powolutku. Nagle obraz rozwinął się przede mną jak gobelin, końcówki nabrały wyrazistości i całość zaczęła wpełzać do mojej psychiki. Pomieszczenie było nieduże, koja, ustęp, niewielkie okienko tyle że zakratowane. Wszystkie zmysły zaczęły rejestrować otoczenie i mój umysł zaczynał składać puzzle. Jęki i smród doprowadzały mnie do rozpaczy, gdzie ja się znalazłem? Odpowiedz zaraz nadejdzie wiedziałem to. Niewielka tabliczka przy drzwiach musi być jakąś wskazówką. Spod drzwi wpadało do tego pomieszczenia światło i dzięki temu mogłem odczytać informacje na tabliczce. Zakład psychiatryczny. Dreszcz przeszył moje ciało, serce waliło jak opętane, na boga teraz rozpoznałem zapach, który mi towarzyszył od niedawna, to zapach szpitala, tak specyficzny , tak znany. Wpadłem i nie miałem pojęcia jak się z tego wydostać. Strach sparaliżował mnie całego, co ja zrobiłem?

Krzątałem się po całym pomieszczeniu, zupełnie bez powodu. Wszystkie sztuczki, których dopuszczali się filmowi bohaterowie, więźeni przez tych „złych” spełzły na niczym. Uśmiech pojawił mi się na twarzy kiedy to sobie przypomniałem, nic dziwnego jestem w końcu pod opieką specjalistów od uszkodzeń głowy. To całkiem normalne, że się nienaturalnie zachowuję, przecież jestem w domu wariatów. Tylko nie mogę zrozumieć w jaki sposób do tego doszło.
Po jakimś czasie mój dobry humor ulotnił się niczym gaz z otwartej butelki piwa. Zapach i odgłosy chorych ludzi doprowadzały mnie do szaleństwa. Wilgoć wgryzała się w każdy zakamarek mojego ciała. Czas płynął… Minuta za minutą. Godzina za godziną. Chyba zasnąłem.

Odgłos kroków i wrzask otwieranych drzwi natychmiast mnie obudził. Leżąc spoglądałem na wejście. Stanęło w nim dwóch sanitariuszy. Różnili się od goryli tylko tym, że mieli białe fartuchy. Snop światła przyprawił mnie o ból, ale nie to było przerażające.

Świetlica, bo tak napisane było na drzwiach zanim zamknęli je sanitariusze, nie miała niczego poza jednym dużym oknem, umieszczonym niemal pod sufitem i oczywiście zakratowanym. Stanąłem w rogu i skuliłem się wreszcie zrozumiałem gdzie jestem i wcale nie dodało mi to otuchy. Zacząłem krzyczeć, wrzask rozniósł się po sali, po chwil „koledzy” zawtórowali, kakofonia dźwięku, wibracje w głowie. Brak powietrza i smród, wszędobylski smród, potu, ludzi, uryny. Z łzami w oczach rozejrzałem się po sali. Chichoty, nieartykułowane dźwięki, krzyki, ludzie rzucający się po ścianach. Co ja tutaj robię, na Boga, wypuśćcie mnie! Na drugim końcu sali trwał zbiorowy gwałt na jakiejś kobiecie, która na przemian krzyczała i śmiała się, zupełnie niedaleko obrzydliwy grubas załatwiał swe potrzeby fizjologiczne, gdzie tutaj jest jakiś doktor… Dwóch mężczyzn rozpoczęło bójkę, nikogo nie było kto mógłby kontrolować ten burdel. Nagle oniemiałem z masy ludzi wyłoniło się dziecko, dziewczynka, trzymała w rękach niewielkie pudełko, coś na kształt małej katarynki. Jakim sposobem dzieciak mógł trafić w takie miejsce, natychmiast się zerwałem i podszedłem do niej odgradzając ramieniem od tej bandy wariatów. Przez hałas słyszałem dźwięki katarynki, które brzmiały groteskowo w tle odgłosów z sali. Przesunąłem ją do kąta rozglądając się czy nikt nie śledzi jej swymi chorymi oczami. Dopiero teraz się przyjrzałem. Miała około dwunastu lat, krótko obcięte ciemne włosy, okrągłą twarz i była niewidoma. Cały czas grała na katarynce.

Podobno sen to okres kiedy bogowie lub inne nadprzyrodzone moce przekazują nam znaki, symbole, omeny. Tak, sen to okno na świat tychże mocy, problem polega na tym, iż my jesteśmy zbyt prości aby je zapamiętać, nie wspominając już o zrozumieniu.
Moje okno zostało brutalnie zatrzaśnięte, gdy poczułem, że silne ramiona unoszą mnie do góry. Jedyne co pozostało to wspomnienie Lisy i jej upiornego grania na katarynce. Może to był tylko sen? Niestety, fala bólu od potylicy zaczynając a na nerkach kończąc, uświadomiła mi, że to nie jest nocny koszmar. Wywleczono mnie na korytarz i bez tłumaczenia ciągnięto w stronę drzwi.

Na początku starałem się liczyć zakręty i tak dalej. Tak, jak wcześniej wspominani bohaterowie filmów akcji. Oczywiście i to okazało się mitem, zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz. Udało mi się wyczuć, że kierowca musi się spieszyć bo przekraczał znacznie prędkość, która odpowiadała by warunkom na drodze. Czemu? Nie mam pojęcia, mój wyczerpany umysł krzesał przeróżne obrazy i możliwości ale nic godnego uwagi. Czas mijał ale nie potrafiłem określić jak długo jedziemy.
Potężny huk mało nie rozerwał mi bębenków, ogromna siła rzuciła mnie na ścianę auta, potem na drugą, jak szmacianą lalką, świat zawirował, zdążyłem odnotować, że samochód właśnie wpadł w poślizg i chyba zapaliło mi się światełko na końcu długiego tunelu…
Bramy niebios czy piekieł nie otworzyły się przede mną, bynajmniej, światełkiem okazała się migocząca przydrożna lampa. Samochód leżał na boku, ja nakryty byłem własnymi nogami i czułem smak krwi w ustach. Wstałem, drzwi były otwarte, jedno się urwało podczas wypadku. Wyszedłem na zewnątrz, mróz przeszył mnie jak włócznia, miękkie szpitalne obuwie nie sprawdzało się w śnieżnych zaspach. Samochód leżał w rowie natomiast przód wgnieciony był w przydrożny kamień. Jeden z kierowców wyleciał przez szybę, jego ciało groteskowo wygięte było na głazie. Obszedłem karetkę, z drugiego członka załogi została krwawa miazga, wypełniająca znacznie zmniejszone wnętrze kabiny. Nie wiem jak długo wymiotowałem na drodze ale nie miałem czasu do stracenia. Zdarłem kurtkę z tego na kamieniu jak również buty. Miał w kieszeni pudełko papierosów i pistolet gazowy w kaburze. Zabrałem wszystko co mogłem, nikt się chyba nie poskarży a zwłaszcza Bob, takie imię widniało na plakietce przy kurtce kierowcy.

Ruszyłem przed siebie, droga prowadziła pod górę, na drodze nie widziałem żadnych śladów kół, tylko równiutki biały dywan, utkany z płatków. Przydrożne lampy migotały, śnieg sypał, natomiast ja biegłem pod górę żeby choć trochę pobudzić organizm do pracy. Byłem wyczerpany, głodny i na wpół zamarznięty gdy dochodziłem do szczytu wzniesienia. Los był łaskawy, minąłem właśnie tablicę z napisem Green Valley 1 km . Ze wzniesienia miałem piękną panoramę małego miasteczka pogrążonego we śnie. Ruszyłem biegiem w dół byle się ogrzać. Na ulicach były pustki, nikt nie chodził, żadne auto nie przejeżdżało. Cisza i spokój. Coś jeszcze… Ten… Ten dźwięk… Upiorna muzyka małej Lisy…

Nazywam się Tom Bowanovic, mam dwadzieścia dziewięć lat i byłem nauczycielem historii w szkole podstawowej w Sarajewie… Moja żona i dwunastoletnia córeczka nie żyją, zabite podczas ataku bojówki bośniackich Serbów. Jestem żołnierzem walczącym o wolność, muszę zabijać za wolność.

Dalsze losy Bowanovicza, ułożyły się zaskakująco. Ktoś złośliwy powiedziałby, że miał więcej szczęścia niż rozumu. Pocisk otarł się o kość czaszki, ryjąc tylko skórę, trzęsąca się dłoń odchyliła lufę na bezpieczną odległość. Bowanovicz przeżył, dostał się pod opiekę Czerwonego Krzyża. Nigdy nie pamiętał skąd ma bliznę na głowię. Udało mu się wyjechać do Anglii. Lekarze domyślali się, że pocisk po prostu go musnął. Nikt nie znał prawdy nawet Tom, aż do dzisiaj…

Wypuścili mnie jeszcze tego samego dnia, na moje własne życzenie. Zamówiłem taksówkę i pojechałem do domu. Londyn to piękne miasto, czyste, miłe, bezpieczne… Nigdzie nie widziałem żadnej oznaki biedy czy upodlenia. Znikneli bezdomni, narkomani, nie było słychać syren policyjnych. Nagle chłód przeszył moje ciało to była Utopia, Utopia Thomasa More`a. To nie jest możliwe, coś jest nie tak. Sparaliżował mnie strach. Obezwładniające uczucie, nie mogłem z siebie nic wydusić. Lodowata dłoń ścisnęła mi gardło. Dojechałem do domu, płacąc niemal, że w biegu. Zatrzasnąłem drzwi na osiem różnych blokad. Spuściłem żaluzję i słuchałem. Cisza jest nie do zniesienia. Wibruje, izoluje, zamyka, paraliżuje… Chłód rękojeści pistoletu zawsze pomagał, czuje się bezpieczny, tak, tak niczego się nie boję… Z bronią jestem panem życia i śmierci…
Dzwonek do drzwi przerwał ciszę, drgnąłem, trzymając pistolet podszedłem do drzwi. Zerknąłem przez wizjer. Jakiś człowiek w płaszczu stał trzymając paczkę w rękach.

Ból. Strach. Samotność. Zgrzyt otwieranych drzwi obudził mnie, rozejrzałem się. W celi stanęło dwóch sanitariuszy, za nimi kilka innych postaci.