wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

W matni

Ból. Strach. Samotność. Które z tych uczuć właśnie rzucały moim umysłem na wzburzonym morzu świadomości, czy raczej podświadomości, ponieważ wiem, że nie odzyskałem tej pierwszej. Jeszcze nie. Teraz przyszła kolej na strach czy może wszystkie naraz. 
     Obudziłem się, powoli doszedłem do siebie, i od razu pojawiło się podstawowe pytanie, pytanie z tych na które nie zna się odpowiedzi, gdzie ja do cholery jestem?! 
     Moje zmysły były otępiałe, przygaszone i ewidentnie nie miałem z nich żadnego pożytku. Rozpocząłem swoją podróż do normalności. Najpierw słuch... Natychmiast uderzyły mnie dziwne jęki, nerwowe chichoty, krzyki... Smak. W ustach miałem dziwny posmak jakby tabletek albo jakiś innych środków. Węch, znany zapach krążył wokół mnie, zapach wilgoci, zgnilizny, nasiąkniętych szmat ale było coś jeszcze, bardzo znajomego tylko nie wiedziałem jak to nazwać i z czym powiązać. Wzrok pojawiał się najdłużej. Rozmazany obraz, lekko skrzywiona perspektywa, wszystko powolutku wracało do normy. Bardzo powolutku. Nagle obraz rozwinął się przede mną jak gobelin, końcówki nabrały wyrazistości i całość zaczęła wpełzać do mojej psychiki. Pomieszczenie było nieduże, koja, ustęp, niewielkie okienko tyle że zakratowane. Wszystkie zmysły zaczęły rejestrować otoczenie i mój umysł zaczynał składać puzzle. Jęki i smród doprowadzały mnie do rozpaczy, gdzie ja się znalazłem? Odpowiedz zaraz nadejdzie wiedziałem to. Niewielka tabliczka przy drzwiach musi być jakąś wskazówką. Spod drzwi wpadało do tego pomieszczenia światło i dzięki temu mogłem odczytać informacje na tabliczce. Zakład psychiatryczny. Dreszcz przeszył moje ciało, serce waliło jak opętane, na boga teraz rozpoznałem zapach, który mi towarzyszył od niedawna, to zapach szpitala, tak specyficzny , tak znany. Wpadłem i nie miałem pojęcia jak się z tego wydostać. Strach sparaliżował mnie całego, co ja zrobiłem?

     Krzątałem się po całym pomieszczeniu, zupełnie bez powodu. Wszystkie sztuczki, których dopuszczali się filmowi bohaterowie, więźeni przez tych „złych” spełzły na niczym. Uśmiech pojawił mi się na twarzy kiedy to sobie przypomniałem, nic dziwnego jestem w końcu pod opieką specjalistów od uszkodzeń głowy. To całkiem normalne, że się nienaturalnie zachowuję, przecież jestem w domu wariatów. Tylko nie mogę zrozumieć w jaki sposób do tego doszło.
Po jakimś czasie mój dobry humor ulotnił się niczym gaz z otwartej butelki piwa. Zapach i odgłosy chorych ludzi doprowadzały mnie do szaleństwa. Wilgoć wgryzała się w każdy zakamarek mojego ciała. Czas płynął... Minuta za minutą. Godzina za godziną. Chyba zasnąłem.

     Odgłos kroków i wrzask otwieranych drzwi natychmiast mnie obudził. Leżąc spoglądałem na wejście. Stanęło w nim dwóch sanitariuszy. Różnili się od goryli tylko tym, że mieli białe fartuchy. Snop światła przyprawił mnie o ból, ale nie to było przerażające. 
     - Wyłaź, czas na odrobinę rozrywki. Mam nadzieje, że nie będziesz sprawiał kłopotów, prawda? – odezwał się jeden z nich, ale twarz sadysty mówiła zupełnie coś innego. 
     Wstałem i pozwoliłem się wyprowadzić na korytarz. Bez zbędnych ruchów, zupełnie spokojnie, czym jak mniemam zawiodłem swoich opiekunów. Nie pozwoliło mi to uniknąć uderzenia w kark, pod którym ugięły mi się kolana. 
     Korytarz był prosty, bez żadnych ozdób, szare linoleum i szereg jarzeniowych lamp pod sufitem. Po obu stronach ciągnęły się drzwi do innych cel. Odprowadzono mnie do swego rodzaju świetlicy, potężnej sali obitej białymi poduszkami. W środku czekała na mnie cała grupa pensjonariuszy, spędzających czas na zabawie. Zabawa ta ścięła mnie z nóg...

     Świetlica, bo tak napisane było na drzwiach zanim zamknęli je sanitariusze, nie miała niczego poza jednym dużym oknem, umieszczonym niemal pod sufitem i oczywiście zakratowanym. Stanąłem w rogu i skuliłem się wreszcie zrozumiałem gdzie jestem i wcale nie dodało mi to otuchy. Zacząłem krzyczeć, wrzask rozniósł się po sali, po chwil „koledzy” zawtórowali, kakofonia dźwięku, wibracje w głowie. Brak powietrza i smród, wszędobylski smród, potu, ludzi, uryny. Z łzami w oczach rozejrzałem się po sali. Chichoty, nieartykułowane dźwięki, krzyki, ludzie rzucający się po ścianach. Co ja tutaj robię, na Boga, wypuśćcie mnie! Na drugim końcu sali trwał zbiorowy gwałt na jakiejś kobiecie, która na przemian krzyczała i śmiała się, zupełnie niedaleko obrzydliwy grubas załatwiał swe potrzeby fizjologiczne, gdzie tutaj jest jakiś doktor... Dwóch mężczyzn rozpoczęło bójkę, nikogo nie było kto mógłby kontrolować ten burdel. Nagle oniemiałem z masy ludzi wyłoniło się dziecko, dziewczynka, trzymała w rękach niewielkie pudełko, coś na kształt małej katarynki. Jakim sposobem dzieciak mógł trafić w takie miejsce, natychmiast się zerwałem i podszedłem do niej odgradzając ramieniem od tej bandy wariatów. Przez hałas słyszałem dźwięki katarynki, które brzmiały groteskowo w tle odgłosów z sali. Przesunąłem ją do kąta rozglądając się czy nikt nie śledzi jej swymi chorymi oczami. Dopiero teraz się przyjrzałem. Miała około dwunastu lat, krótko obcięte ciemne włosy, okrągłą twarz i była niewidoma. Cały czas grała na katarynce. 
     - Mam na imię Lisa, a ty? – spytała podnosząc na mnie twarz. 
     - Tom – odpowiedziałem, zachrypniętym od krzyku głosem. – Nie bój się Lisa nikt cię nie skrzywdzi, obiecuję – nie wiem w jaki sposób ale poczułem się odpowiedzialny za nią. 
     - Mogę mówić Tomy, tak ładniej brzmi. Co tutaj robisz, widziałeś moją mamę? 
     Wrzask przerwał naszą rozmowę, ale ona była jedyną normalną osobą, była dzieckiem. Na sali zrobił się zamęt. Jeden z mężczyzn, którzy się bili trzymał się za brzuch, z którego sterczał drut. Biegał i krzyczał, zaznaczając swoją drogę krwią. Ludzie zaczęli biegać za nim, krzyczeć, gwałcona kobieta wrzeszczała w ekstazie, grubas bawił się kałem i rzucał nim w innych. Drzwi od sali otworzyły się wpadło dwóch sanitariuszy z pałkami, zaczęli okładać każdego. Chaos, pandemonium, brak mi słów. Zasłoniłem Lise i poczułem na plecach gumową pałkę, potem na głowie i świat mi zatańczył przed oczyma. W akompaniamencie krzyku, śmiechu i bólu zemdlałem.

     Podobno sen to okres kiedy bogowie lub inne nadprzyrodzone moce przekazują nam znaki, symbole, omeny. Tak, sen to okno na świat tychże mocy, problem polega na tym, iż my jesteśmy zbyt prości aby je zapamiętać, nie wspominając już o zrozumieniu. 
     Moje okno zostało brutalnie zatrzaśnięte, gdy poczułem, że silne ramiona unoszą mnie do góry. Jedyne co pozostało to wspomnienie Lisy i jej upiornego grania na katarynce. Może to był tylko sen? Niestety, fala bólu od potylicy zaczynając a na nerkach kończąc, uświadomiła mi, że to nie jest nocny koszmar. Wywleczono mnie na korytarz i bez tłumaczenia ciągnięto w stronę drzwi. 
     - Doktorze, mamy już tego pacjenta – powiedział sanitariusz, który de facto był odpowiedzialny za moje obite ciało. 
     - Wyśmienicie, transport już czeka – odpowiedział głos, wydobywający się z małego pokoju po prawej stronie. – Czy pan Bowanovic jest przytomny? – zapytał doktor, wychodząc z biura. 
     Doktor, wyglądał na człowieka w sile wieku, z lekko upstrzonymi siwizną włosami i okularami w tandetnych oprawach na orlim nosie. Biały fartuch był zapięty pod samą szyję ale na moje nieszczęście, zauważyłem ślady krwi na mankietach. 
     - Doktorze co ja tutaj robię? – zapytałem nieśmiało. – Nie jestem wariatem, co to jest za miejsce? Co... – silna dłoń mojego opiekuna spadła mi na kark jak grom z jasnego nieba. 
     - Czy ktoś się o coś ciebie pytał, debilu? – zapytał uprzejmie sanitariusz. 
     - Richard nie można tak postępować z naszymi podopiecznymi – powiedział doktor Frankenstein, i chyba coś jeszcze ale ja zajęty byłem liczeniem plamek, które tańczyły mi przed oczyma. 
     Ostry podmuch zimnego powietrza orzeźwił mnie. Drobne płatki śniegu i mroźny wiatr wypełnił moje szpitalne ubranie. Zauważyłem, że wyprowadzono mnie na podwórze, gdzie już czekała na mnie ciemno zielona karetka. Bardziej przypominała więźniarkę aniżeli karetkę ale to jest chyba nieistotne. Była noc nie udało mi się niczego więcej zauważyć. 
     Wrzucono mnie do środka i zatrzaśnięto drzwi. O czymś rozmawiali, usłyszałem śmiech i odgłos zamykanych drzwiczek od szoferki. Było ciemno i zimno. Zawarczał silnik i samochód ruszył. Na skraju mojej świadomości, wypełzała drobna postać małej dziewczynki i ta muzyka, która doprowadzała mnie do szaleństwa...

     Na początku starałem się liczyć zakręty i tak dalej. Tak, jak wcześniej wspominani bohaterowie filmów akcji. Oczywiście i to okazało się mitem, zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz. Udało mi się wyczuć, że kierowca musi się spieszyć bo przekraczał znacznie prędkość, która odpowiadała by warunkom na drodze. Czemu? Nie mam pojęcia, mój wyczerpany umysł krzesał przeróżne obrazy i możliwości ale nic godnego uwagi. Czas mijał ale nie potrafiłem określić jak długo jedziemy. 
     Potężny huk mało nie rozerwał mi bębenków, ogromna siła rzuciła mnie na ścianę auta, potem na drugą, jak szmacianą lalką, świat zawirował, zdążyłem odnotować, że samochód właśnie wpadł w poślizg i chyba zapaliło mi się światełko na końcu długiego tunelu... 
     Bramy niebios czy piekieł nie otworzyły się przede mną, bynajmniej, światełkiem okazała się migocząca przydrożna lampa. Samochód leżał na boku, ja nakryty byłem własnymi nogami i czułem smak krwi w ustach. Wstałem, drzwi były otwarte, jedno się urwało podczas wypadku. Wyszedłem na zewnątrz, mróz przeszył mnie jak włócznia, miękkie szpitalne obuwie nie sprawdzało się w śnieżnych zaspach. Samochód leżał w rowie natomiast przód wgnieciony był w przydrożny kamień. Jeden z kierowców wyleciał przez szybę, jego ciało groteskowo wygięte było na głazie. Obszedłem karetkę, z drugiego członka załogi została krwawa miazga, wypełniająca znacznie zmniejszone wnętrze kabiny. Nie wiem jak długo wymiotowałem na drodze ale nie miałem czasu do stracenia. Zdarłem kurtkę z tego na kamieniu jak również buty. Miał w kieszeni pudełko papierosów i pistolet gazowy w kaburze. Zabrałem wszystko co mogłem, nikt się chyba nie poskarży a zwłaszcza Bob, takie imię widniało na plakietce przy kurtce kierowcy.

     Ruszyłem przed siebie, droga prowadziła pod górę, na drodze nie widziałem żadnych śladów kół, tylko równiutki biały dywan, utkany z płatków. Przydrożne lampy migotały, śnieg sypał, natomiast ja biegłem pod górę żeby choć trochę pobudzić organizm do pracy. Byłem wyczerpany, głodny i na wpół zamarznięty gdy dochodziłem do szczytu wzniesienia. Los był łaskawy, minąłem właśnie tablicę z napisem Green Valley 1 km . Ze wzniesienia miałem piękną panoramę małego miasteczka pogrążonego we śnie. Ruszyłem biegiem w dół byle się ogrzać. Na ulicach były pustki, nikt nie chodził, żadne auto nie przejeżdżało. Cisza i spokój. Coś jeszcze... Ten... Ten dźwięk... Upiorna muzyka małej Lisy...

     - Proszę otworzyć, potrzebuję pomocy – krzyczałem waląc do drzwi domu na przedmieściach. – Mieliśmy wypadek, proszę otworzyć – usłyszałem kroki i zapaliło się światło w holu. 
     Gdy otworzyły się drzwi runąłem na starszego mężczyznę, wpychając mu lufę pistoletu w podbrzusze. – Nie zrobię nikomu krzywdy chcę tylko coś do jedzenia i picia – zawołałem. 
     Usiadłem na sofie i łakomie pożerałem pieczeń, popijając whisky i zagryzając bułką. Starsze małżeństwo siedział naprzeciwko, przyglądając się z niepokojem w oczach. 
     - Weź sobie co chcesz ale nie rób nam krzywdy – powiedział dziadek. 
     -Nie ma takiej potrzeby, ja jestem po prostu głodny. Nic wam nie zrobię nie jestem wariatem – odpowiedziałem. 
     Chwila zastanowienia, dlaczego to znowu powiedziałem? Czemu cały czas zapewniam siebie samego o swej poczytalności? Co się dzieję? 
     - Spójrzcie na mnie! Czy ja jestem chory? Czy coś ze mną nie tak? Odpowiadaj staruchu, słyszysz!? Czemu się tak na mnie gapicie? Co ja wam zrobiłem!? Gadaj! Ty... Ty... Tak wiem, że uważacie mnie za świra – coś zalało moją świadomość. Tak jak fale przypływu pożerają brzeg, tak ciemna chmura przysłoniła mój umysł. Zegar wybijał czwartą nad ranem, wmontowana pozytywka wygrywała muzykę, jakby wprost z małej katarynki Lisy. Wybuchnąłem śmiechem, krótkim urwanym, histerycznym śmiechem. Kobieta nie wytrzymała zaczęła krzyczeć. 
     – Strzelaj Bowanovic – ktoś krzyknął mi prosto do ucha, to twoi wrogowie to psy kąsające rękę pana. – Teraz, kurwa, mówię do ciebie albo my ich albo oni nas! Szeregowy strzelaj to rozkaz! – poczułem zapach wojny, ujrzałem palące się miasto i wiedziałem, że oni tam są. Mordercy mojej rodziny. Serbowie. Pociągnąłem za spust...

Nazywam się Tom Bowanovic, mam dwadzieścia dziewięć lat i byłem nauczycielem historii w szkole podstawowej w Sarajewie... Moja żona i dwunastoletnia córeczka nie żyją, zabite podczas ataku bojówki bośniackich Serbów. Jestem żołnierzem walczącym o wolność, muszę zabijać za wolność. 
     - Rozumiesz czy nie!? Bowanovic musisz zabijać, nie masz wyjścia, biegnij, kurwa biegnij bo odstrzelą ci tą twoją nauczycielską dupę! – sierżant wrzeszczał, dym palonych budynków wgryzał mi się w oczy, gdzieś dalej słychać było potężny wybuch, grudy ziemi spadają jak deszcz, krzyki i odgłosy karabinów... Pobiegłem. 
     Na ulicy unosiły się kłęby dymu, pociski ze świstem przecinały powietrze, huk eksplozji i warkot karabinów. Nic nie widzę, nie mogę oddychać, nie mam siły... 
     Z dymu wyłaniają się postacie. Tak to oni, pochylam się i strzelam, odrzut mało nie wyrwie mi ramienia. Smród prochu, krwi, śmierci... 
     - Tatusiu czemu to robisz? – wśród dymu pojawiła się Natascha. – Zawsze mówiłeś, że wojna to zło, z którym trzeba walczyć ale nie w taki sposób. Przecież jesteśmy ludźmi. – niemożliwe ona już nie żyje. To moja wyobraźnia, to... 
     - Szeregowy osłaniaj nas, wybiją nas do nogi! Strzelaj, do cholery strzelaj! 
     - Pamiętasz jak mówiłeś, że w czasie wojny nie ma wygranych? 
     - Zabije cię Bowanovic, osłaniaj nas! Ty idioto, strzelaaaaaaajjjjjj! 
     - Tatusiu wojna to zło, najgorsze ze wszystkich, pamiętasz tatusiu? Pamiętasz... 
     Szeregowy Bowanovic padł na kolana z dymu wyłaniała się tylko twarz, twarz mężczyzny, w której łzy rzeźbiły koryta w brudzie, kurzu i krwi. Nikt nie słyszał jego krzyku, ani sierżant, ani koledzy z oddziału, nawet atakująca bojówka Serbów. Nikt także nie widział jak młody mężczyzna sięga po broń i przykłada ją sobie do głowy... W chaosie walk, huku strzałów i eksplozji młody mężczyzna pociągnął za spust...


     Dalsze losy Bowanovicza, ułożyły się zaskakująco. Ktoś złośliwy powiedziałby, że miał więcej szczęścia niż rozumu. Pocisk otarł się o kość czaszki, ryjąc tylko skórę, trzęsąca się dłoń odchyliła lufę na bezpieczną odległość. Bowanovicz przeżył, dostał się pod opiekę Czerwonego Krzyża. Nigdy nie pamiętał skąd ma bliznę na głowię. Udało mu się wyjechać do Anglii. Lekarze domyślali się, że pocisk po prostu go musnął. Nikt nie znał prawdy nawet Tom, aż do dzisiaj...

     - Spokojnie, tylko spokojnie panie Bowanovic – powiedziała miła pielęgniarka. – Jest pan w szpitalu, miał pan wypadek ale już jest w porządku, to tylko potłuczenia. Był pan nieprzytomny około trzech godzin, ma pan złamaną rękę ale doktor się już tym zajął. Proszę leżeć i wypoczywać. – pielęgniarka wyszła zostawiając go samego. 
     Więc to był tylko sen? Dzięki bogu, to tylko sen... Rozejrzałem się po pokoju byłem sam, bolały mnie plecy i tył głowy. Lewa ręka faktycznie była w gipsie. Jednak to nie do końca sen, to w Sarajewie było naprawdę. Wiem o tym. Niestety, wiem...

     Wypuścili mnie jeszcze tego samego dnia, na moje własne życzenie. Zamówiłem taksówkę i pojechałem do domu. Londyn to piękne miasto, czyste, miłe, bezpieczne... Nigdzie nie widziałem żadnej oznaki biedy czy upodlenia. Znikneli bezdomni, narkomani, nie było słychać syren policyjnych. Nagle chłód przeszył moje ciało to była Utopia, Utopia Thomasa More`a. To nie jest możliwe, coś jest nie tak. Sparaliżował mnie strach. Obezwładniające uczucie, nie mogłem z siebie nic wydusić. Lodowata dłoń ścisnęła mi gardło. Dojechałem do domu, płacąc niemal, że w biegu. Zatrzasnąłem drzwi na osiem różnych blokad. Spuściłem żaluzję i słuchałem. Cisza jest nie do zniesienia. Wibruje, izoluje, zamyka, paraliżuje... Chłód rękojeści pistoletu zawsze pomagał, czuje się bezpieczny, tak, tak niczego się nie boję... Z bronią jestem panem życia i śmierci... 
     Dzwonek do drzwi przerwał ciszę, drgnąłem, trzymając pistolet podszedłem do drzwi. Zerknąłem przez wizjer. Jakiś człowiek w płaszczu stał trzymając paczkę w rękach. 
     - Kto tam? – zapytałem, chowając broń za pasek i przykrywając swetrem. 
     - Mam przesyłkę pod ten adres, dla pana Bowanovicza – odpowiedział. 
     Otworzyłem drzwi. 
     – Proszę wejść. 
     Mężczyzna wszedł uśmiechając się lekko, musiałem dziwnie wyglądać ale to już jego problem. 
     – Może pan pokwitować? – podał mi kawałek czystej kartki, na której nic nie było. 
     Obróciłem się zdziwiony. Człowiek w płaszczu zrywał papier z przesyłki zupełnie się na mnie nie patrząc, nie wiem czemu odskoczyłem do tyłu zrzucając obraz, strach dopadł mnie w jednej sekundzie. Człowiek w dłoniach trzymał katarynkę i zaczął na niej grać. 
     - Mam na imię Lisa, a ty?! – powiedział i zaniósł się szatańskim śmiechem. Grał, cały czas grał i śmiał się. Fala zimna i gorąca przesunęła się po mnie. Wrzasnąłem gdy on się śmiał... 
     Sięgnąłem po broń, nie bacząc na rękę, która o dziwo nie zachowywała się jak złamana ręka. Ból? Jaki ból? 
     Pociski przeszywały go nie robiąc na nim żadnego wrażenia, krzyczałem, gdy rzeczywistość wokoło mnie rozpadała się na części. Utopia pękała bo nie miała racji bytu, wyrwa w rzeczywistości wsysała wszystko wokoło. On stał i śmiał się grając tą melodię. Melodię małej Lisy, małej katarynki, zegara w domu starszego małżeństwa, melodie z pozytywki urodzinowej mojej córeczki... 
     Grał, grał, grał... Rzeczywistość rozpadała się. Ja rozpadałem się tonąc w ciemności, pożarty przez bruzdę na moim umyśle. Zatracałem się w nicości. Bez żadnego pieprzonego światełka na końcu...

Ból. Strach. Samotność. Zgrzyt otwieranych drzwi obudził mnie, rozejrzałem się. W celi stanęło dwóch sanitariuszy, za nimi kilka innych postaci. 
     - Doktorze Williams, ten przypadek jest zaiste interesujący. To weteran wojenny z Sarajewa. Toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Ciekaw jestem czy kiedykolwiek ją wygra...


copyright 2003-2020 brylka