Sezon burz - powieść Sapkowskiego o wiedźminie (2013)
„Sezon burz” to powieść Andrzeja Sapkowskiego wydana 6 listopada 2013 roku przez wydawnictwo SuperNowa, pierwsza książka o Geralcie wydana po zakończeniu sagi (w 2024 roku dołączyło do niej „Rozdroże kruków”). Nie jest kontynuacją sagi. To samodzielna historia z wcześniejszych lat wiedźmina, którą można czytać niezależnie od pięciu tomów o Ciri.
Gdzie leży w chronologii
Akcja toczy się, gdy Geralt zna już Yennefer, czyli po opowiadaniu „Ostatnie życzenie”, ale zanim w Wyzimie zdejmie klątwę ze strzygi, czyli przed opowiadaniem „Wiedźmin”, które otwiera zbiór „Ostatnie życzenie”. Listy czarodziejów w powieści datują wydarzenia na 1245 rok, choć fani wskazują, że z innymi datami cyklu lepiej zgadza się rok nieco późniejszy.
Dla czytelnika, który zna już sagę, najlepszym momentem na „Sezon burz” jest lektura po „Pani Jeziora”. Nowy czytelnik może też sięgnąć po niego zaraz po dwóch zbiorach opowiadań. Pełną kolejność tomów znajdziesz w bibliografii, a same opowiadania w przeglądzie opowiadań o wiedźminie.
O czym jest (bez spoilerów)
Geralt przyjeżdża do nadmorskiego miasta Kerack i już pierwszego dnia trafia do aresztu pod wydumanym zarzutem. Wychodzi dzięki kaucji wpłaconej przez kogoś, kogo się nie spodziewał, ale traci coś, bez czego wiedźmin nie jest wiedźminem: oba swoje miecze. Pogoń za nimi prowadzi go przez półświatek Kerack, do zamczyska Rissberg, gdzie czarodzieje prowadzą niebezpieczne eksperymenty na żywych stworzeniach, i na pokład statku płynącego do Novigradu.
Po drodze Geralt wdaje się w romans z czarodziejką, trafia w środek intryg magów i miejskiego przewrotu, a nad wybrzeżem zbiera się tytułowa burza. Powieść ma więcej lekkości i humoru niż ostatnie tomy sagi, ale Sapkowski nie oszczędza bohatera ani czytelnika.
Na samym końcu, w epilogu, pojawia się Nimue, znana z „Pani Jeziora”. Ta krótka scena spina „Sezon burz” z zakończeniem całego cyklu.
Nowi bohaterowie
- Lytta Neyd, zwana Koral: czarodziejka z Kerack, jedna z najbarwniejszych kochanek Geralta w całym cyklu.
- Mozaik: młoda adeptka magii na usługach Koral.
- Pyral Pratt: szara eminencja kerackiego półświatka.
- Addario Bach: krasnolud, z którym Geralt ląduje na pokładzie statku.
- Z dawnych znajomych wraca Jaskier, a w tle przewija się Yennefer.
Słuchowisko i przekłady
W 2014 roku Fonopolis i Audioteka wydały „Sezon burz” jako słuchowisko z udziałem kilkudziesięciu aktorów. Geraltowi głosu użyczył Krzysztof Banaszyk, Yennefer Anna Dereszowska. Po angielsku powieść ukazała się w 2018 roku jako „Season of Storms”.
Początek powieści
„Sezon burz” otwiera scena polowania Idra, drapieżnika wyczuwającego ofiary po drganiach gruntu. Poniżej ten fragment.
Żył tylko po to, by zabijać.
Leżał na nagrzanym słońcem piasku.
Wyczuwał drgania, przenoszone przez przyciśnięte do podłoża włosowate czułki i szczecinki. Choć drgania wciąż były odległe, Idr czuł je wyraźnie i dokładnie, na ich podstawie zdolny był określić nie tylko kierunek i tempo poruszania się ofiary, ale i jej wagę. Dla większości podobnie polujących drapieżników waga zdobyczy miała znaczenie pierwszorzędne – podkradanie się, atak i pościg oznaczały utratę energii, która musiała być zrekompensowana energetyczną wartością pożywienia. Większość podobnych Idrowi drapieżników rezygnowała z ataku, gdy zdobycz była zbyt mała. Ale nie Idr. Idr egzystował nie po to, by jeść i podtrzymywać gatunek. Nie po to go stworzono.
Żył po to, by zabijać.
Ostrożnie przesuwając odnóża wylazł z wykrotu, przepełzł przez zmurszały pień, trzema susami pokonał wiatrołom, jak duch przemknął przez polanę, zapadł w porośnięte paprocią poszycie lasu, wtopił się w gęstwinę. Poruszał się szybko i bezszelestnie, już to biegnąc, już to skacząc niby ogromny pasikonik.
Zapadł w chruśniak, przywarł do podłoża segmentowanym pancerzem brzucha. Drgania gruntu stawały się coraz wyraźniejsze. Impulsy z wibrysów i szczecinek Idra układały się w obraz. W plan. Idr wiedział już, którędy dotrzeć do ofiary, w którym miejscu przeciąć jej drogę, jak zmusić do ucieczki, jak długim skokiem spaść na nią od tyłu, na jakiej wysokości uderzyć i ciąć ostrymi jak brzytwy żuwaczkami. Drgania i impulsy budowały już w nim radość, jakiej dozna, gdy ofiara zaszamocze się pod jego ciężarem, euforię, jaką sprawi mu smak gorącej krwi. Rozkosz, jaką odczuje, gdy powietrze rozerwie wrzask bólu. Dygotał lekko, rozwierając i zwierając szczypce i nogogłaszczki.
Wibracje podłoża były bardzo wyraźne, stały się też zróżnicowane. Idr wiedział już, że ofiar było więcej, prawdopodobnie trzy, być może cztery. Dwie wstrząsały gruntem w sposób zwykły, drgania trzeciej wskazywały na małą masę i wagę. Czwarta zaś – o ile faktycznie była jakaś czwarta – powodowała wibracje nieregularne, słabe i niepewne. Idr znieruchomiał, wyprężył i wystawił anteny nad trawy, badał ruchy powietrza. Drgania gruntu zasygnalizowały wreszcie to, na co Idr czekał. Ofiary rozdzieliły się. Jedna, ta najmniejsza, została z tyłu. A ta czwarta, ta niewyraźna, znikła. Był to fałszywy sygnał, kłamliwe echo.
Idr zlekceważył je. Mała zdobycz jeszcze bardziej oddaliła się od pozostałych. Grunt zadygotał silniej. I bliżej. Idr wyprężył tylne odnóża, odbił się i skoczył.
Dziewczynka krzyknęła przeraźliwie. Miast uciekać, zamarła w miejscu. I krzyczała bez przerwy.
Wiedźmin rzucił się w jej stronę, w skoku dobywając miecza. I natychmiast zorientował się, że coś jest nie tak. Że został wyprowadzony w pole.
Ciągnący wózek z chrustem mężczyzna wrzasnął i na oczach Geralta wyleciał na sążeń w górę, a krew trysnęła z niego szeroko i rozbryzgliwie. Spadł, by natychmiast wylecieć ponownie, tym razem w dwóch buchających krwią kawałkach. Już nie krzyczał.
Teraz przeszywająco krzyczała kobieta, podobnie jak jej córka zamarła i sparaliżowana strachem.
Choć nie wierzył, że mu się uda, wiedźmin zdołał ją ocalić. Doskoczył i pchnął z mocą, odrzucając obryzganą krwią kobietę z dróżki w las, w paprocie. I z miejsca pojął, że i tym razem to był podstęp. Fortel. Szary, płaski, wielonożny i niewiarygodnie szybki kształt oddalał się już bowiem od wózka i pierwszej ofiary. Sunął w kierunku drugiej. Ku wciąż piszczącej dziewczynce. Geralt rzucił się za nim.
Gdyby nadal tkwiła w miejscu, nie zdążyłby na czas. Dziewczynka wykazała jednak przytomność umysłu i rzuciła się do dzikiej ucieczki. Szary potwór dopędziłby ją jednak szybko i bez wysiłku – dopędziłby, zabił i zawrócił, by zamordować również kobietę. I tak by się stało, gdyby nie było tam wiedźmina. Dogonił potwora, skoczył, przygniatając obcasem jedno z tylnych odnóży. Gdyby nie natychmiastowy odskok, straciłby nogę – szary stwór wykręcił się z niesamowitą zwinnością, a jego sierpowate szczypce kłapnęły, chybiając o włos. Nim wiedźmin odzyskał równowagę, potwór odbił się od ziemi i zaatakował. Geralt obronił się odruchowym, szerokim i dość chaotycznym ciosem miecza, odtrącił potwora. Obrażeń mu nie zadał, ale odzyskał inicjatywę.
Zerwał się, dopadł, tnąc od ucha, rozwalając pancerz na płaskim głowotułowiu. Nim oszołomiony stwór się opamiętał, drugim ciosem odsiekł mu lewą żuwaczkę. Potwór rzucił się na niego, machając łapami, usiłując pozostałą żuwaczką ubóść go jak tur. Wiedźmin odrąbał mu i tę drugą. Szybkim odwrotnym cięciem odchlastał jedną z nogogłaszczek. I ponownie rąbnął w głowotułów.
Do Idra dotarło wreszcie, że jest w niebezpieczeństwie. Że musi uciekać. Musiał uciekać, uciekać daleko, zaszyć się gdzieś, zapaść w ukrycie. Żył tylko po to, by zabijać. Żeby zabijać, musiał się zregenerować. Musiał uciekać… Uciekać…
Wiedźmin nie dał mu uciec. Dognał, przydeptał tylny segment tułowia, ciął z góry, z rozmachem. Tym razem pancerz głowotułowia ustąpił, z pęknięcia
trysnęła i polała się gęsta zielonawa posoka. Potwór szamotał się, jego odnóża dziko młóciły ziemię. Geralt ciął mieczem, tym razem całkiem oddzielając płaski łeb od reszty.
Oddychał ciężko. Z oddali zagrzmiało. Zrywający się wicher i szybko czerniejące niebo zwiastowały naciągającą burzę.