wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Czas Pogardy - cytaty

 

  • Jest jeszcze na świecie rozsądek? Czy już zostały na nim tylko skurwysyństwo i pogarda? 
    Geralt podczas rozmowy z Jaskrem.

     

  • Jeśli ma się przyjaciół, a mimo to wszystko się traci, jest oczywiste, że przyjaciele ponoszą winę. Za to, co uczynili, względnie za to, czego nie uczynili. Za to, że nie wiedzieli, co należy uczynić. 
    srebrnooka Eithne do Jaskra.

     

  • Krew na twoich rękach, Falka, 
    Krew na twej sukience 
    Płoń, płoń, Falka, za twe zbrodnie 
    Spłoń i skonaj w męce! 
    motto tomu drugiego.

     

  • – Nie nauczyli mnie leczyć – powiedziała gorzko. Nauczyli mnie zabijać, tłumacząc, że w ten sposób będę mogła ratować. To było wielkie kłamstwo, Koniku. Okłamali mnie. 
    Ciri na pustyni czująca się bezradnie, nie mogąc uleczyć Jednorożca.

     

  • O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbujcie zdefiniować kształt gruszki. 
    Pół wieku poezji

     

  • Ot, babska dola. Wielkie ambicje przekreśla zrujnowana macica. 
    Codringher o Calanthe.

     

  • Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. 
    Vilgefortz do Geralta.

     

  • – Przecież ty wybawiasz od kłopotów właśnie głównie skurwysynów, Codringher. Mających kłopoty biedaków nie stać na twoje usługi. 
    – Na twoje usługi biedaków nie stać również. Biedaków nigdy nie stać na nic, dlatego właśnie są biedakami. 
    – Niesłychanie to logiczne. A odkrywcze, że aż dech zapiera. 
    rozmowa wiedźmina staromodnego (Geralta) z nowoczesnym (Codringherem).

     

  • Przeprasza ją za to, czego kiedyś nie rozumiał, za to, czego nie chciał rozumieć (...). Przeprasza za to, co zrozumiał dopiero teraz (...). Za to, co chciałby zrozumieć, ale lęka się, że nie zdąży... I za to, czego nigdy nie zrozumie. 
    Jaskier o rozmowie Geralta z Yennefer.

     

  • – Runą wówczas mury Loxii, Aretuzy i Garstangu, za którymi właśnie zbierają się ci poganie, by swe knowania obmyślać! Runą te mury... 
    – I trza będzie, psia mać, od nowa stawiać. 
    riposta czeladnika murarskiego na przemowę wędrownego kapłana.

     

  • Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie już na świecie. A skurwysyny będą zawsze. 
    Codringher do Geralta o tym, że jego zawód jest lepszy.

     

  • – Natura nie zna pojęcia filozofii, Geralcie z Rivii. Filozofią zwykło się nazywać żałosne i śmieszne próby zrozumienia Natury, podejmowane przez ludzi. Za filozofię uchodzą też rezultaty takich prób. To tak, jak gdyby burak dochodził przyczyn i skutków swojego istnienia, nazywając wynik przemyśleń odwiecznym i tajemnym Konfliktem Bulwy i Naci, a deszcz uznał za Nieodgadnioną Moc Sprawczą.(...) Rozumiesz mnie? 
    – Staram się, ale mów wolniej proszę. Nie zapominaj, rozmawiasz z burakiem. 
    rozmowa Vilgefortza z Geraltem w Galerii Chwały.

     

  • – Podobno konwenans zabrania rzucania tutaj zaklęć. Czy zatem nie byłoby bezpieczniej zamiast iluzji kawioru wyczarować iluzję samego smaku? Samo wrażenie? Przecież potrafiłabyś... 
    – (...) Ale mając tylko wrażenie smaku, stracilibyśmy przyjemność, której dostarcza czynność... Proces, towarzyszące mu rytualne ruchy... Towarzysząca temu procesowi rozmowa, kontakt oczu... Ucieszę cię dowcipnym porównaniem, chcesz? 
    – Słucham, ciesząc się z wyprzedzeniem. 
    – Wrażenie orgazmu też umiałabym wyczarować. 
    rozmowa Filippy Eilhart i Geralta o tworzeniu iluzji.

     

  • Paziowie roznosili na tacach wino, lawirując wśród gości. Yennefer w ogóle nie piła. Wiedźmin miał ochotę, ale nie mógł. Dublet pił. Pod pachami. 
    na bankiecie czarodziejów.

     

  • – Mów ciszej, Marti – syknęła Sabrina. – Nie patrz na niego i nie szczerz zębów. Yennefer nas obserwuje. I trzymaj styl. Chcesz go uwieść? To w złym guście. 
    – Hmm, masz rację – przyznała po namyśle Marti. – A gdyby tak nagle podszedł i sam zaproponował? 
    – Wtedy – Sabrina Glevissig rzuciła na wiedźmina drapieżnym czarnym okiem – dałabym mu bez namysłu, choćby i na kamieniu. 
    – A ja – zachichotała Marti – nawet na jeżu. 
    Wiedźmin, wpatrzony w obrus, zasłonił głupią minę krewetką i liściem sałaty, niesłychanie rad z faktu, że mutacja naczyń krwionośnych uniemożliwia mu rumienienie się. 
    na bankiecie czarodziejów, Geralt słucha rozmowy dwóch czarodziejek.

     

  • – Będę czujny – westchnął. – Ale nie sądzę, żeby twój wytrawny gracz był w stanie mnie zaskoczyć. Nie po tym, co ja tu przeszedłem. Rzucili się na mnie szpiedzy, opadły wymierające gady i gronostaje. Nakarmiono mnie nie istniejącym kawiorem. Nie gustujące w mężczyznach nimfomanki poddawały w wątpliwość moją męskość, groziły gwałtem na jeżu, straszyły ciążą, ba, nawet orgazmem, i to takim, któremu nie towarzyszą rytualne ruchy. Brrr... 
    na bankiecie czarodziejów, Geralt do Yennefer.

     

  • Źle czy dobrze, okaże się później. Ale trzeba działać, śmiało chwytać życie za grzywę. Wierz mi, malutka, żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się. 
    Margarita Laux-Antille do Ciri podczas kąpieli w łaźni z Yennefer i Tissaią de Vries.

     

  • – Nie mów – szybkim ruchem położyła mu palce na wargach. 
    – Nie mów mi, czego chciałbyś i czego pragniesz. Bo może okazać się, że nie będę mogła spełnić twych pragnień, a to sprawi mi ból. 
    wspólna noc, Yennefer do Geralta.

     

  • Patrzył na idącą u jego boku Yennefer, na biało-czarno-brylantową Yennefer o kruczych włosach i fiołkowych oczach, a sondujący go czarodzieje peszyli się, gubili, wyraźnie tracili rezon i kontenans ku jego rozkosznej satysfakcji. Tak, odpowiadał im w myśli, tak, nie mylicie się. Jest tylko ona, ona, u mojego boku, tu i teraz, i tylko to się liczy. Tu i teraz. A to, kim była dawniej, gdzie była dawniej, i z kim była dawniej, to nie ma żadnego, najmniejszego znaczenia. Teraz jest ze mną, tu, wśród was. Ze mną, z nikim innym. A wy udławcie się zawiścią. 
    Geralt o swoim związku z Yennefer.

     

  • Czarodziej uśmiechnął się nieco znaczniej, zdejmując dwa kielichy z niesionej przez pazika tacy. 
    – Obserwuję cię od jakiegoś czasu – powiedział, wręczając jeden z kielichów Geraltowi. – Wszystkim, którym Yennefer cię przedstawiała, oznajmiłeś, żeś rad. Obłuda czy brak krytycyzmu? 
    – Grzeczność. 
    – Wobec nich? – Dorregaray szerokim gestem wskazał biesiadników. – Wierz mi, nie warto się wysilać. To pyszna, zawistna i zakłamana banda, twojej grzeczności nie docenią, wręcz wezmą za sarkazm. Z nimi, wiedźminie trzeba na ich własną modłę, obcesowo, arogancko, nieuprzejmie, wówczas przynajmniej im zaimponujesz. Napijesz się ze mną wina? 
    – Cienkusza, który tu serwują? – uśmiechnął się mile Geralt. – Z najważyższym obrzydzeniem. No, ale jeśli tobie smakuje... Zmuszę się. 
    rozmowa Geralta z czarodziejem Dorregarayem z Vole.

     

  • – Aha! – blondynka otaksowała go wzrokiem. – Geralt. Wiedźmin, na punkcie którego oszalała Yennefer? Obserwowałam cię i zachodziłam w głowę, kim też możesz być. Strasznie mnie to męczyło! 
    – Znam ten rodzaj męki – odrzekł, uśmiechając się grzecznie. – Właśnie w tej chwili jej doznaję. 
    – Przepraszam za gafę. Jestem Keira Metz. O, kawior! 
    – Uważaj, to iluzja. 
    – Do diabła, masz rację! – czarodziejka puściła łyżkę, jakby był to ogon czarnego skorpiona. – Kto był tak bezczelny… Ty? Umiesz tworzyć iluzje czwartego stopnia? Ty? 
    – Ja – zełgał, nie przestając się uśmiechać. – Jestem mistrzem magii, udaję wiedźmina, by zachować incognito. Czy sądzisz, że Yennefer interesowałaby się zwykłym wiedźminem? 
    rozmowa Geralta z czarodziejką Keirą Metz.

     

  • Ścisnął boki konia łydkami, ale Pegaz miał to gdzieś. Zamiast przyspieszyć, zatrzymał się i zadarł ogon. Jabłka nawozu chlupnęły w wodę. Jaskier jęknął przeciągle. 
    – Bohater – wymamrotał, przymykając oczy – nie zdołał sforsować huczących porohów. Zginął śmiercią walecznych, przeszyty mnogimi pociskami. Na wieki skryła go modra toń, utuliły go w objęciach glony, zielone jak nefryty. Przepadł po nim ślad wszelki, ostało jeno końskie gówno, niesione nurtem ku dalekiemu morzu... 
    rozważania Jaskra podczas przeprawiania się konno przez rzekę Wstążkę.

     

  • – A cożeś myślał? Że na tańce, na Zażynek? Przechodzimy rubież. Jutro o świtaniu rusza cała Bura Chorągiew. Setnik nie rzekł, w jakim szyku, ale przecie nasza dziesiątka przodem pójdzie jako zwykle. No, żwawiej, ruszcie dupy! Zaraz, wróć. Powiem od razu, bo potem czasu nie stanie pewnikiem. To nie będzie zwykła wojaczka, chłopy. Jakąś durnote nowoczesną wymyślili wielmożni. Jakieś wyzwalanie, czy coś takiego. Nie idziem wroga bić, ale na te, no, nasze odwieczne ziemie, z tą, jak jej tam, braterską pomocą. Tedy baczność, co powiem: ludzisków z Aedirn nie ruszać, nie grabić... 
    – Jakże to? – rozdziawił gębę Kraska. – Jakże to: nie grabić? A czymże konie karmić będziem, panie dziesiętnik? 
    – Paszę dla koni grabić, więcej nic. Ale ludzi nie siec, chałup nie palić, upraw nie niszczyć... Zawrzyj gębę, Kraska! To nie wiec gromadzki, to wojsko, taka wasza mać! Rozkazu słuchać, bo inaczej na stryk! Rzekłem, nie mordować, nie palić, bab... 
    Zyvik przerwał, zamyślił się. 
    – Baby – dokończył po chwili – gwałcić po cichu i tak, coby nikt nie widział. 
    rozmowa Zyvika i Kraska.

     

  • Byli wyrzutkami. Byli dziwną zbieraniną stworzoną przez wojnę, nieszczęście i pogardę. Wojna, nieszczęście i pogarda połączyły ich i wyrzuciły na jeden brzeg, tak jak wezbrana rzeka wyrzuca i osadza na plażach dryfujące, czarne, wygładzone o kamienie kawałki drewna. (...) Spotkali się wszyscy jednego dnia na obchodach Lamas, Święta Żniw, w jednej z wiosek w Geso. Wojna i nędza podówczas jeszcze nie zawadziły zanadto o kraj nad górną Veldą – wieśniacy tradycyjnie, huczną zabawą i tańcem, świętowali początek Miesiąca Sierpu. Nie szukali się długo w rozbawionym tłumie. Zbyt wiele ich wyróżniało. Zbyt wiele mieli ze sobą wspólnego. Łączyło ich zamiłowanie do krzykliwego, kolorowego, fantazyjnego stroju, do zrabowanych błyskotek, pięknych koni, mieczy, których nie odpinali nawet do tańca. Wyróżniała ich arogancja i buta, pewność siebie, drwiąca zadzierzystość i gwałtowność. I pogarda. Byli dziećmi czasu pogardy. I tylko pogardę mieli dla innych. Liczyła się dla nich tylko siła. Sprawność we władaniu bronią, której prędko nabyli na gościńcach. Zdecydowanie. Szybki koń i ostry miecz. I towarzysze. Kumple. Druhowie. Bo ten kto jest sam, musi zginąć – z głodu, od miecza, od strzały, od chłopskich kłonic, od stryczka, w pożarze. Kto jest sam, ten ginie – zadźgany, zatłuczony, skopany, splugawiony, jak zabawka przekazywany z rąk do rąk. 
    końcówka rozdziału siódmego (ostatniego).

 


copyright 2003-2019 brylka