wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Srebrna kula

To coś chlasnęło go szponami po twarzy. Gerard zawył, po czym upadł na ziemię i zakrył twarz lewą ręką. To coś wrzasnęło i chlasnęło go po raz drugi, wbijając swe szpony głęboko w jego dłoń. Gerard instynktownie pociągnął za spust pistoletu. Usłyszał okropny, nieludzki kwik i uświadomił sobie, że to coś uciekło w kąt kaplicy. Ze zdziwieniem zauważył, że jego przeciwnik oblizuje sobie prawe ramię, z którego ściekała krew. Trafił go. 
     - Kim ja, k*rrrwa mać, jestem, wiedźminem?! – wrzasnął, wymachując wkoło pistoletem. Krew ściekała mu z czoła, nie mógł unieść lewej ręki. Nie był w stanie podnieść się z ziemi 

      Nawet nie przypuszczał, że tak będzie. Skąd mógł wiedzieć, co go czeka w opuszczonej kaplicy. Księża mówili tylko o jakimś dzikim zwierzu, które ni stąd, ni z owąd znalazło się w kościele i omal nie zeżarło jednego z biskupów. Gerard myślał, że przyjdzie, strzeli raz do jakiegoś wściekłego psa i księża wypłacą mu z kilka tysięcy złotych. W drodze zastanawiał się, czemu przyszli właśniego do niego, do prywatnego detektywa? W ciągu ostatnich kilku dni nie miał wiele do roboty oprócz śledzenia niewiernych żon. Łowy na dzikiego zwierza uznał więc za niewielką, bezpieczną rozrywkę, do tego przynoszącą profit. Bardzo się mylił. Kościół znajdował się za Krakowem, w jakiejś podmiejskiej wsi. Jak każdy wiejski kościół, był olbrzymi. Stwór ukrył się w podziemiach, w małej kaplicy gdzie księża zwykli się modlić i podliczać ofiary z mszy. Stwór tylko na niego czekał. Gdy Gerard otworzył drzwi, stwór wskoczył na stół na środku sali i wyszczerzył kły. Gerard chciał już uciekać. Stworzenie miało dużą, brzydką głowę osadzoną na małej szyi okolonej plątaniną czerwonych włosów, przypominających raczej łuski. Gerard nigdy nie widział w swym życiu czegoś takiego. I nie był chyba rad, że widzi. 

      To coś wciąż oblizywało swoją ranę. „Ha, najwyżej pistolet na to działa” pocieszył się Gerard. Ale nie na długo. To coś było szybsze i zwinniejsze od niego i na pewno dopadłoby go w ułamek sekundy, gdyby nie to przypadkowe pociągnięcie za spust. Poza tym w czasie bijatyki rozwalił kilka cennych chyba waz, na których zapewne księdzom zależało. A tak w ogóle to na zewnątrz znajdowała się policja, a Gerard właśnie używał nielegalnie kupionego u Ruskich na bazarze pistoletu. Widział już minę komendanta Jankowskiego, który patrzy na to coś leżącego na ziemi i mówi: „No, dobra robota, Riwicz, tylko że musimy cię wsadzić za posiadanie nielegalnej broni. Takie są wady kupowania u Ruskich.” Gerard popatrzył się na to coś. Co to mogło być? Co to, do cholery, mogło być?! Wygląda jak coś żywcem wzięte z sagi o Wiedźminie. Nagle doznał olśnienia. Tak, to była strzyga! Jeszcze wczoraj czytał „Wiedźmina” i dokładnie zapamiętał wygląd strzygi: czerwone włosy, duża głowa, wielkie pazury. To mogła być tylko ta przeklęta strzyga! „Dobrze, że ja nie muszę z nią spędzić całej nocy.” pomyślał. „Bo mnie chyba nie lubi.” Ktoś otworzył drzwi. Strzyga zasyczała. Do pokoju wszedł Jankowski i dwóch innych policjantów. 
     - Co tu się wyprawia, Riwicz, kościół rozwalacie?! – wrzasnął. Gerard nie zdołał odpowiedzieć. Strzyga jednym susem dopadła komendanta. Jankowski zasłaniał się rękami, krzyczał i błagał o litość, podczas gdy strzyga z satysfakcją wbijała mu swe kły w twarz, delektując się swą pierwszą ofiarą. Dwaj policjanci, nie przejmując się stanem szefa, uciekli. Gerard podniósł się z bólem i wycelował w nią. Strzelił. Strzyga zawyła, ale nie zeskoczyła z Jankowskiego. Próbował strzelić drugi raz. Zabrakło amunicji. Zaklął. To była jego ostatnia kula. W tym czasie strzyga zauważyła go. Zeszła z nieruchomego już Jankowskiego, po czym ruszyła w jego kierunku. Gerard, nie zastanawiając się zbyt długo, złapał za puchar, który leżał na stole tuż przy nim. Strzyga skoczyła na niego, drapnęła go pazurami po piersi, już chciała wbić mu kły w szyję, gdy ten zdzielił ją po głowie pucharem. Strzyga wydała przeszywający uszy krzyk, po czym zaczęła miotać się po podłodze. 
     - Tu cię mam, bratku. Srebrny puchar! Gerard ledwo wstał, chwiejąc się na nogach. Ból był nieludzki. Krew leciała z niego strumieniami. Resztkami sił zamachnął się i uderzył miotającą się strzygę pucharem w głowę. Jej krzyk był tak głośny, że Gerard nie wytrzymał i padł na ziemię, po czym stracił przytomność. 

      Gdy się obudził, leżał w szpitalu, a przy nim siedzieli dwaj księża. 
     - Gdzie, gdzie ja jestem? – zapytał. 
     - Jak to, gdzie? W szpitalu. Tak żeście się pobili z tym czymś, że myśleliśmy, żeś umarł. – odpowiedział jeden z księży. – A jak nam żeście kaplicę zniszczyli! Straty na kilkanaście tysięcy złotych. Komendant Jankowski zmasakrowany, ledwo żyje biedaczysko. A ten stwór z piekła rodem nieprzytomny, teraz badają go jacyś profesorowie z uczelni, chcą go do Stanów wysłać, pokazywać w świecie jako jakieś cudo. 
     - M..m..moje pieniądze? – Gerard wiedział, o co należy pytać. 
     - Jakie pieniądze? Pan nas w długi wciągnął! Teraz musimy całą kaplicę remontować! – zdenerwował się ksiądz. – Miał pan tego stwora wyrzucić z kaplicy, a pan się z nim w taką bijatykę wciągnął, że cała kaplica we krwi! Miało być cicho, a teraz cały świat wie, że jakiś diabeł w naszym kościele urzędował! I kto teraz na mszy będzie chodził! No, ale ponieważ jestem chrześcijaninem, a pan swoje zadanie wypełnił, możemy panu kupić coś niewielkiego, w dowód wdzięczności. Co by pan chciał? 
     - Chcccę – wyszeptał Gerard – pistolet... i... srebrne kule.


copyright 2003-2019 brylka