wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Róża ciernista

     Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken, 
     En tídí aver nínít en ensam vandjer kem, 
     D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t, 
     Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.
 

     „Dí ternik rose” - pieśń minstrelska o róży ciernistej 

     


     Książę był tego dnia w złym humorze. Całe dnie spędzał zwykle na umizgach do niewiast we dworze, nocą zaś wesoło swawolił sobie z nimi w swojej książęcej sypialni. W jego krainie nie brakowało jadła na stołach, a wojny toczyły się niezmiernie daleko od jego stolicy. Prawdę mówiąc książę nie zawracał sobie nigdy głowy takimi błahostkami, jak wysłuchiwanie obcych poselstw, czy stawianie ultimatum wrogim wojskom, a jego armia nie była o wiele potężniejsza od armii sąsiednich krain. Wojny toczono więc praktycznie bez przerwy. Książę stale to tracił jakieś odległe rubieże, to znowu zagarniał kilka łanów jałowej ziemi innego władcy. Nic specjalnego. To wszystko sprawiało, że miał dużo czasu na swoje miłosne wybryki. A kobieciarz był z niego niespotykany. „Jeśliś znudzon akuratnie, chędoż dziewkę skrupulatnie”, brzmiało jego ulubione motto. Wnosząc zaś ze znikomej ilości dziewic w stolicy, a nawet w sąsiednich miastach, księciu nudziło się nader często. 
     Tego dnia jednak znudził się na dobre. A właściwie znudziły go niewiasty, które oddawały mu się zawsze beznamiętnie i bez szczególnego zaangażowania w ten niewątpliwie najistotniejszy w życiu proceder, za jaki książę uważał dzielenie łoża z osobą płci przeciwnej. Dlatego właśnie władca zapragnął kobiety, która dostarczyłaby mu przeżyć niezwykłych i odmiennych od wszystkiego, czego do tej pory doświadczył. 
     Znał już jednak doskonale i na wskroś każdą niewiastę od lat szesnastu do trzydziestu sześciu, której domostwo stało w promieniu dwu dni konnej jazdy od jego pałacu. Udał się zatem do wieży Nadwornego Wróżbity i Czarnoksiężnika, jak magik ów sam lubił się określać, i stanowczo zażądał, by ten poradził coś na jego udrękę. Czarodziej odprawił jakieś jasełka, zajrzał do szklanej kuli, zapalił świece, nagryzmolił gwiazdę na podłodze, potem stanął na głowie, ale - jak zwykle - niczego nie wymyślił. 
     I właśnie dlatego książę włóczył się teraz w przebraniu po nieznanej sobie okolicy w poszukiwaniu nowej ofiary swych miłosnych uniesień. Był wygłodniały, daleko od domu, dzień miał się ku końcowi, a on nie znalazł jeszcze odpowiedniej kandydatki. I właśnie to było głównym, jeśli nie jedynym powodem złego humoru księcia. 
     Wreszcie przybył do małej górskiej wioski. Ściemniało się już, więc zaczął rozglądać się za noclegiem. Zauważył małą chatkę z przepięknym kwietnikiem u wejścia. Najbardziej okazałym spośród dziesiątków rosnących tam kwiatów była śnieżnobiała róża, która rozsiewała wokół cudowny, słodki zapach. Z powabem i wdziękiem kwiatu zupełnie nie licowały olbrzymie ciernie, osadzone na grubej łodydze. Mimo wszystko jednak nie psuły one miłego dla oka wrażenia, jakie sprawiał kwietnik. Książę przystanął i popatrzył na różę. 
     - Gdzie różane rośnie kwiecie, chętne dziewki też znajdziecie - wymamrotał pod nosem jedną ze swoich najbardziej życiowych maksym, wykrzywił usta w lubieżnym uśmiechu i ochoczo zapukał do drzwi. 
     Otworzyła mu piękna, młoda niewiasta o sylwetce smukłej niczym sosna strzelista, wzrosła pośród rozszumianej kniei. Choć był już wieczór, zdawało się, że oto właśnie wzeszło słońce i pierwszym brzaskiem zapłoniło niebiosa pełne błogich obłoków. Niewiasta pachniała wiatrem z górskich dolin, kiedy wiosną okrywa je czarowny dywan wonnego kwiecia. Oczy jej zaś lśniły jak tafle jezior popod cienistym firmamentem wygwieżdżonym księżycową porą. 
     Biust trochę przymały, ocenił krytycznie książę, który nigdy nie włóczył się po lasach, bynajmniej nie wąchał wiatru, w nosie miał błogie obłoki i nie zwykł kąpać się w jeziorze w środku nocy. Nie miał więc aż tak tandetnych skojarzeń. Ale reszta niczego sobie, dodał po chwili w duchu i zatarł ręce z uciechy. 
     - Bądź pozdrowiona, nadobna niewiasto - zagaił. - Czy znajdzie się tu nocleg dla strudzonego wędrowca? 
     - Nie przystoi niewieście nieznajomych w dom zapraszać - odpowiedziała. - Ale wejdźcie, panie, ojciec mój wnet ze młyna wróci. 
     Nie mam więc za wiele czasu, pomyślał książę i jął zastanawiać się, jakimż to sposobem najzręczniej nadobną niewiastę do łoża zwabić. 
     - Głodniście, panie? - spytała nadobna niewiasta. 
     Głos jej brzmiał melodyjnie niczym śpiew słowika, nucącego swoją piosnkę w letni czas. 
     - Tak, zaiste, zjadłbym cośkolwiek - odparł książę, który wprawdzie nigdy nie słuchał słowików, ale w brzuchu burczało mu tęgo. 
     Wkrótce dołączył do nich młynarz, niewiasta podała wieczerzę, i jeść poczęli. Młynarz był rosłym mężczyzną, szerokim w barach. Książę zaś wątłą miał posturę i wolał nie dawać gospodarzowi zbytnich powodów do zdenerwowania. Trudno, pomyślał, ale czego ja się właściwie spodziewałem? Nic to, jutro wymyślę coś na tego osiłka, a z dziewką sobie jeszcze poswawolę. Oj, poswawolę. 
     Wieczór wszyscy troje spędzili na miłej rozmowie. Niewiasta czasem zabierała głos w dyspucie. Cóż za dziwne obyczaje, dziwił się książę. W gruncie rzeczy jednak cieszył się, że nie musi spędzać wieczora dyskutując z samym tylko młynarzem. Im dłużej słuchał niewiasty, tym większą miał ochotę poznać ją bliżej. I choć nie przyznawał się do tego przed samym sobą, coraz mniej zależało mu na nocnych igraszkach. Wolał wsłuchiwać się w delikatnie brzmiący głos dziewczyny. Poza tym nawet książę musiał stwierdzić, że była ona dość roztropna. Jak na wiejską dziewkę, oczywiście. Do licha, mruknął, gdybym wiedział, jaka to przyjemność rozmawiać z niewiastami, częściej bym to czynił. 
     Późnym wieczorem młynarz i jego córka wstali od stołu i udali się na spoczynek. Książę zaś legł na dębowej ławie pod oknem. Usłyszał, jak niewiasta w sąsiedniej izbie nuci ostatnio bardzo popularną pieśń: 

     Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken, 
     En tídí aver nínít en ensam vandjer kem, 
     D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t, 
     Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.
 

     Coś strasznego, pomyślał książę, już nawet wiejskie dziewki nucą pieśni elfich minstreli. Nie mam nic przeciwko ich twórczości, ale czy nie było by miło od czasu do czasu zaśpiewać czegoś po ludzku? Swoją drogą, kto by pomyślał, że to właśnie dialekt Elfów Zachodnich stanie się Mową Wspólną, a my, ludzie, będziemy mówić niezrozumiałym dla nikogo językiem? Powszechnie wiadomo, że Elfy Zachodnie jeszcze trzysta lat temu były grupką odszczepieńców, którzy uciekli za Wielkie Morze, by szukać tam wolności, czy czegoś takiego. Wszyscy to wiedzą. Tak, trzysta lat temu elfy biegały jeszcze po prerii i uganiały się za plemionami Czerwonopiórych. A teraz co? Wielkie imperium. Niedobrze się robi, jak słucha się tych minstreli. Żeby jeszcze śpiewali ładnym językiem. Ale oni tylko na okrągło ryczą w jakimś slangu: Ík liuve jealbo - częściej - bardziej bezpośrednio i bez owijania w bawełnę: Ík hvanna fucka je al níht
     Tak naprawdę książę nie interesował się jednak ani muzyką, ani polityką, ani tym bardziej historią. Nie był też zbyt wielkim patriotą i w gruncie rzeczy mało go obchodziło, który język jest obecnie Mową Wspólną, a który tylko nieistotnym dialektem. Byle dało się to jakoś zrozumieć. Dlatego też władca szybko przestał zastanawiać się nad naturą elfiej twórczości. Chociaż powieki ciążyły mu, jakby przywiązano do nich nieociosane głazy z górskich kamieniołomów, nie chciał zasnąć, bo próbował zrozumieć dręczące go uczucie niepokoju. Zresztą książę i tak nigdy nie bywał w kamieniołomach. W końcu jednak dał za wygraną i - umęczony nadmiernym roztrząsaniem spraw minionego dnia - pogrążył się we śnie. Wstał jeszcze przed świtem, a zanim słońce zaczęło znowu obniżać się na niebie, był z powrotem na zamku. Natychmiast wezwał do siebie dowódcę gwardii i polecił siłą sprowadzić spotkaną poprzedniego dnia niewiastę. Dość tego, pomyślał, muszę z tym coś zrobić. Nie mogę przecież przez cały czas rozmyślać o jakiejś dziewce. 
     - Jak cię wezmę do pościeli, znudzisz mi się do niedzieli - zacytował półgłosem kolejną ze swoich genialnych sentencji i ucieszył się, że znalazł sposób na uwolnienie się od nadal dręczącego go uczucia niejasnego niepokoju. 
     Kiedy jednak przywiedziono mu przed oblicze owo wylęknione dziewczę, uczuł dziwne rozrzewnienie. Z miejsca porzucił zamiar zawleczenia dziewki do sypialni, żeby wesoło sobie z nią poswawolić, jak to zwykł robić. Nie, książę nie miał już takiego zamiaru. Nie chciał zrobić niczego bez zgody niewiasty. 
     - Co mi się, u licha, stało? - mruknął półgłosem. - Każdą inną już dawno rozłożyłbym na podłodze i wychędożył, aż miło. 
     I nagle coś boleśnie zakłuło go w piersi… Jak cierń, pomyślał książę, choć nigdy nawet nie zbliżał się do roślin, o które mógł się zranić. 
     - Zaprowadźcie ją do najlepszej komnaty - powiedział wolno, przyciszonym głosem. - Dajcie jej jadła, ładną kieckę i jakieś błyskotki. 
     Dziewce klejnot zakup tani, a z ochotą zdejmie stanik, pomyślał przy tym. Nie poczuł się jednak ani trochę lepiej. 
     Przez następne tygodnie usilnie starał się, by niewieście nie brakowało niczego. Dogadzał jej we wszystkim, jak mógł najlepiej. Kupował wspaniałe szaty, już nawet nie tanie, ale najdroższe klejnoty, jakie tylko można było sprowadzić z zamorskich krain. Diamenty z Jacukii i Południowej Arfykii, czy jakoś tak. Książę nigdy nie interesował się geografią. Przy tym wszystkim zastanawiał się, czemu w tak bezsensowny sposób trwoni pieniądze. Sam nie wiedział, o co mu tak naprawdę chodziło. Nie chciał przyznać się do tego przed samym sobą, ale ostatnio jakoś dziwnie mierziła go sama myśl o tym, że mógłby niewiastę siłą zaciągnąć do łoża. Odbiło mi, czy co? - rozważał. A może to jakaś czarownica? Rzuciła na mnie urok! Nie, to niemożliwe… 
     Poza tym książę uświadomił sobie, jak mało zna się na kobietach. Zlecił nawet swoim doradcom odnalezienie jakieś mędrca, który mógłby mu coś doradzić. Doradcy popatrzyli na księcia jakoś dziwnie, ale przytaknęli bez słowa. 

     - Czemuż to nadal pragniesz wrócić do swojej wioski? - spytał wreszcie niewiasty. - Masz tu wszystko, czego może chcieć niewiasta: piękne szaty, klejnoty, służbę, cudny ogród pełen kwiecia… Co takiego jest w tej twojej wiosce? 
     Niewiasta uśmiechnęła się smutno. 
     - Jest ktoś, kogo kocham… 
     - Kto? Twój ojciec? Niech tam, może tu przyjechać. 
     - Nie tylko on… 
     Zrozumiał. I wtedy znów coś zakłuło go w piersi. Jak cierń. 
     - A kim on jest, co? Pewnie biega boso po wsi i wypasa krowy. Albo ścina zboże. Ja ci tu daję mój pałac i wszystko, czego zapragniesz. 
     - A czego ty chcesz ode mnie, panie, za twe hojne dary? - zapytała niewiasta. Księciu wydało się, że już kiedyś słyszał to zdanie. A może gdzieś przeczytał? 
     - Eee… tego… no… - zaczął się jąkać. 
     I wtedy nie wiedzieć skąd, odpowiedź niespodziewanie przyszła mu do głowy. 
     - Moja łaska, ma dobroć nigdy nie ustanie na tej niskiej ziemi, jedno zawżdy już będziesz pod skrzydłami memi. 
     Co za idiotyzm, mruknął książę pod nosem, teraz jestem pewien, że nie ja to wymyśliłem. Tak, czytałem w dzieciństwie taką jedną rymowankę jakiegoś miernego wierszoklety. Jak on się nazywał? Janko Chanowski, chyba. 
     - Wiem, czego ty chcesz! - wybuchnęła niewiasta. - Tylko jedno ci w głowie! Ty, ty potworze! 
     Znowu cierń. I jeszcze jeden. 
     Nie jestem potworem. Ale jestem mężczyzną. Taka jest moja natura. A dziewka jest bezczelna. Jak ona się do mnie odnosi? 
     - To nieprawda - powiedział głośno. 
     - To po co mnie tu przywiodłeś?! Po co mnie tu więzisz?! 
     Bo nie chcę cię stracić, pomyślał książę, przerażony tym stwierdzeniem. Kocham cię… 
     - Tak… jakoś… - wybąkał. 
     - Nienawidzę cię! - wykrzyknęła. 
     Tysiąc cierni. 
     - Słuchaj… 
     - Nawet jeśli mnie… siłą… - zająknęła się. - Ja i tak nie będę twoja! Nigdy! 
     Wybiegła zanosząc się łkaniem. 
     - Gdy poprosisz po dobremu, odda ci się bez problemu - mruknął książę ironicznie. - Ależ ja wymyślam bzdurne wierszyki! 


     Tego dnia książę znów wyszedł w przebraniu na miasto. Po raz pierwszy od czasu, kiedy wrócił z chatki młynarza. Tym razem jednak opuścił zamek w zgoła innym celu niż zwykle. Chciał się tylko przejść i w samotności przemyśleć nurtujące go sprawy. 
     Mówi, że jestem potworem, bo myślę tylko o jednym - roztrząsał. To nieprawda. Chociaż, z drugiej strony, gdybym o tym nie myślał w ogóle, każda niewiasta gotowa sądzić, że coś ze mną nie w porządku. Że się odmiennie orientuję, czy jak to się tam nazywa. Poza tym nie pojmuję jeszcze czegoś. Daję jej pałac, bogactwa, otaczam opieką, a ona i tak woli tego swojego sianokosa. Ale czy mogę ją za to winić? Czy mogę ją znienawidzić? A swoją drogą ciekawe, co za typek, ten jej wybranek. Mają schadzki? Często? Co oni tam wtedy robią? Dokąd idą? O czym rozmawiają? Całują się? A może… Nie, to bzdury. Ale czy ja robię coś złego? Gdyby chodziło mi tylko o kolejną przygodę, uciechę fizyczną, wypuściłbym ją; trudno, niech stracę. Ale ja ją kocham. Ona o tym nie wie, ale tak właśnie jest. Nie oddam jej innemu mężczyźnie. A już na pewno nie jakiemuś świniopasowi. Chcę, żeby była ze mną. To źle? 
     - Łapać go! Złodziej! - donośny okrzyk wyrwał go z zadumy. 
     Obejrzał się. Jakiś dzieciak dla zabawy wyciągnął kwiat z koszyka handlującej nimi kobiety, a teraz uciekał wzdłuż dość szerokiej ulicy. Kiedy zobaczył księcia, upuścił zdobycz i pomknął w przeciwnym kierunku. Książę podszedł do porzuconego kwiatu. 
     Róża, stwierdził. Biała. 
     Schylił się. 
     - Ajć! - wrzasnął. - Kole! 
     Na książęcym palcu pojawiły się pierwsze krople czerwonej cieczy. 
     - Nienawidzę róż! - krzyknął i cisnął kwiat w błoto. 
     - Taka jest natura róży, że ma ciernie - usłyszał za plecami. 
     Obrócił się, ale nie dostrzegł nikogo. Ulica była pusta. Pod murem stał tylko jakiś żebrak z garnuszkiem na datki. 
     - Że jak? - zapytał książę. 
     Żebrak jednak nie odezwał się ani słowem. Trząsł tylko garnuszkiem i bełkotał coś niewyraźnie pod nosem, jak to zwykle czynią żebracy. 
     - Pewnie mi się wydawało - mruknął książę. 
     Już chciał odejść w swoją stronę, ale raz jeszcze spojrzał na porzuconą różę. Jej płatki były zmięte i ubłocone. Sam nie wiedząc, dlaczego to czyni, książę delikatnie ujął w palce ciernistą łodygę, podniósł kwiat i oddał kwiaciarce. 


     W drodze na zamek beznamiętnie mijał niskie budynki stojące wzdłuż ulicy. Na wielu z nich zauważył szyldy w języku elfów. Dawniej drażniło go, że zamiast napisu piekarnia wieszano zawsze szyld bákere, a rzeźnię nazywano slátír-hése. Ale już się przyzwyczaił. Jak wszyscy. No, może nie wszyscy. Na ścianie obok ktoś wyskrobał głęboko patriotyczne zdanie: Język elfów to łajno. Szkoda tylko, że napisano je też po elfiemu. 
     Książę przeszedł jeszcze przez zachodnie skrzydło swoich ogrodów. Przystanął na chwilę przed jednym z kwietników. Nigdy przedtem nie interesował się stanem swoich roślin, teraz jednak od razu zauważył, że kwiaty mocno zaniedbano. Płatki były ususzone i poczynały już opadać na od dawna nie podlewaną ziemię. 
     - Uwiędłe róże - mruknął książę. - Tak trudno dziś o dobrego fachowca. 
     W tych ogrodach pracuje prawie każdy wędrowiec, który szukał pracy w mieście i twierdził, że choć trochę zna się na ogrodnictwie - pomyślał, idąc dalej wzdłuż wyschniętych rabatek. Tak wielu wędrowców, a wciąż nie mogą sobie poradzić z najprostszym zadaniem. Może taka ich natura, ale co to za filozofia od czasu do czasu podlać kwiaty? Przecież do tego wystarczy tylko jeden ogrodnik. Naprawdę, tylko jeden ogrodnik… 
     Książę skręcił w bardziej zadbaną alejkę i nie roztrząsał dłużej kwestii kompetencji swojego personelu. 


     - Cóż to za brednie? - zapytał książę swoich doradców. 
     - Takem słyszał, panie - upierał się jeden z nich. - Mieszkańcy tej wioski ponoć od dawna gawędzą z tym drzewem. I bardzo sobie chwalą jego doradztwo. Ale dopiero teraz, kiedy pokazało się, iż ów Dąb Wiekuisty - jak go wołają - udziela też porad małżeńskich, ściągają tam istne tłumy. 
     - Hm, ciekawe. 
     Książę nie zdziwił się tym wszystkim aż tak bardzo, jak można by sądzić. Różne cuda zdarzały się w jego krainie. Grzyby czasem świeciły po nocy, żelazne ptactwo z donośnym furkotem wesoło latało po niebie, a na plażach nad niejednym cuchnącym bajorem widywano śpiące ryby. Czemu więc, u licha, jakieś drzewo nie miałoby poradzić księciu, jak postępować z kobietą? 
     - Jest metoda w tym szaleństwie - mruknął, zastanawiając się, skąd zna to intrygujące zdanie. Pewnie z jakiejś niemiłosiernie nudnej książki, którą kazano mu czytać w dzieciństwie. Nie zwlekał dłużej. Kazał osiodłać konia i wybrał się w drogę do wioski, w której podobno rósł gadający dąb. Zanim jednak książę wyjechał na właściwy trakt, minął ten sam kwietnik, przy którym przystanął poprzedniego dnia. Kwiatów, rzecz jasna, nadal nikt nie raczył podlać. 
     - Tylko jeden ogrodnik… - westchnął książę i ruszył dalej. 
     Drogą z początku jechało się dosyć przyjemnie. Jednak w miarę, jak książę zbliżał się do celu podróży, trakt stawał się coraz bardziej zatłoczony. Tak wielu podróżnych, stwierdził książę. Kto by pomyślał, że aż tylu ma problemy z kobietą w domu? Cóż, jedni wieszają się wtedy na najbliższej gałęzi, inni obmacują dziewki po gospodach, a jeszcze inni gadają z drzewami. Ja nie zwykłem się wieszać, a na dziewki nie mam ochoty. To co mi pozostaje? Głupota! Cóż, widać taka jest moja natura. 
     Na trakcie zrobiło się naprawdę tłoczno. Trzeba było jechać stępa, żeby nie stratować podróżnych idących na piechotę, ani nie wpaść na chłopskie wozy, wyładowane nie wiadomo czym. Ostatni raz widziałem takie tłumy, pomyślał książę, kiedy na drzwiach obory w pewnej zapadłej dziurze pojawił się wizerunek jakiejś postaci o niezwykle istotnym znaczeniu dla miejscowego folkloru. Okazało się wtedy, że to tylko jeden wieśniak o wątpliwym talencie artystycznym chciał krowim łajnem sportretować sąsiada, z którym od dwudziestu lat kłócił się o miedzę. 
     Podróż dłużyła się niemiłosiernie. Książę rozmyślał o różnym nurtujących go sprawach. Czasem przysłuchiwał się też rozmowie innych wędrowców. 
     - Poprosiła: „powiedz, że mnie kochasz” - mówił jakiś gołowąs. - No to rzekłem: „że mnie kochasz”. Sądziłem, że to zabawne. Ale jej się to chyba nie spodobało. 
     - Tak - machnął ręką drugi - zaraza z tymi babami. Moja żoneczka to myśli chyba, że cały swój czas powinienem poświęcać właśnie jej. Nawet nie mogę się wybrać na targ, żeby pooglądać najnowsze modele konnych wozów. 
     Co za bzdury, skrzywił się książę. Zupełnie, jakbym słuchał pieśni minstreli brazylejskich. Coś strasznego! Ale swoją drogą to ci minstrele mają tęgi łeb do interesów. Układa taki nieraz z tysiąc pieśni, a wszystkie takie same - po co się przemęczać? A potem śpiewa po wioskach i miasteczkach. Niby nikt ich nie słucha, ale datków to potrafią zebrać tyle, że niektórzy to już pałace sobie pobudowali. Ale nasi bardowie też nie pozostają w tyle. Tylko nieliczni potrafią sklecić coś sensownego. Ale większość tylko przerabia elfie melodie. O, jak ten, co się tam drze z przodu. 
     Istotnie, od dłuższego czasu słychać było barda śpiewającego elfią pieśń i dla akompaniamentu grającego na lutni. 

     Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken, 
     En tídí aver nínít en ensam vandjer kem, 
     D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t, 
     Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.
 

     - Hej, ty! - zawołał książę. 
     Bard przestał śpiewać. 
     - Hvit venska jir, men here? - zapytał uprzejmie. 
     - Życzę sobie - odpowiedział książę - żebyś nie gadał do mnie po elfiemu. Nie udawaj. I tak widać, że nie jesteś elfem. Nie masz tego ich durnego uśmieszku na twarzy. 
     Bard wyglądał na zmieszanego. 
     - Rzeczywiście, nie jestem elfem. 
     - Umiesz zaśpiewać coś jeszcze? 
     - Tak, jasne - odpowiedział bez namysłu bard, zadowolony, że rozmowa zeszła na przyjemniejszy dla niego temat. - Znam tę pieśń jeszcze w piętnastu językach. Najlepiej brzmi po gryfiemu: 

     Enkathe trientefilie, kelos ka m’rédhames, 
     Ma fore ali dhiple, hek’ plenas érames…
 

     - A po ludzku? - przerwał mu książę zniecierpliwiony. 
     - Po ludzku mam niedopracowane - odparł bard, znowu nieco zmieszany. 
     No jasne, mruknął książę zgryźliwie. Po naszemu zawsze najgorzej. 
     - Ale - bard próbował jakoś zaradzić niezręcznej w jego fachu sytuacji. - Mogę zaśpiewać najlepszą wersję. 

     Ciernista rosła róża, wonny wśród kwiatów cud, 
     Wędrowiec drogą przeszedł, samotny żywot wiódł. 
     Smutny wnet wędrowiec był; straciło słodką woń 
     Uwiędłe róży kwiecie, co krwawa ściska dłoń.
 

     Cóż za bzdury, westchnął książę. Nie tylko niedopracowane, ale i bez sensu. 
     - A znasz jakieś inne piosenki? - zapytał barda. 
     - Inne? - zdziwił się pieśniarz. - A po co? Wystarczy przetłumaczyć jedną na kilka języków. Można zarobić mnóstwo pieniędzy. 
     Książę nie słuchał dalej. Ruszył na przód i zostawił z tyłu barda, który już po chwili zaczął nucić tę samą pieśń. Tym razem po sylfiemu. 

     Lo rose ísponíse, beye a’lérase… 


     Pod wieczór książę dojechał do małej wioski, w której istotnie rosło ogromne, rozłożyste drzewo. Gruby, omszały pień pokryty był chropowatą korą, w której widniały dwa otwory przypominające oczy i jeden przypominający usta. Mniej więcej pośrodku sterczała jakaś sucha gałąź. Wyglądała jak długi, zakrzywiony nos. Mimo wszystko jednak drzewo w jakiś niewytłumaczalny sposób sprawiało przyjazne wrażenie. 
     Było jednak tak wielu innych wędrowców, że minęły jeszcze prawie dwa dni i dwie noce, zanim książę doczekał się wreszcie na swoją kolej przy drzewie. Władca był już mocno zniecierpliwiony, ale nie chciał wcześniej zdradzać, kim jest, żeby go obsłużono poza kolejnością. 
     - Hej tam, Buku Strzelisty - zakrzyknął. 
     Władca nie bardzo znał się na drzewach. 
     - Jam jest Dębem Wiekuistym - obruszył się dąb. 
     - A co to za różnica? No dobrze, niech ci będzie - zgodził się książę. - Przybywam do ciebie, bo… no… 
     Rozejrzał się dyskretnie. 
     - Idzie o niewiastę… - dokończył szeptem. 
     - Wiem, z czym przybywasz, wędrowcze - odpowiedziało drzewo. 
     No proszę, skrzywił się książę, nawet drzewa to już wiedzą. Tylko ta niewiasta nic nie pojmuje. 
     - Więc cóż mi poradzisz? - zapytał głośno. 
     To idiotyczne, rozmawiam z drzewem. 
     - Nie zrywaj róży ciernistej - zaszumiał dąb. 
     - Co? Nie jestem ogrodnikiem! - rozeźlił się książę. - Pytam cię o niewiastę, a nie o jakieś chwasty. 
     - Cóż to? Na inteligencyji waszmość słabujesz? - zakpiło drzewo. 
     - Nie mam we zwyczaju wysłuchiwać impertynencyj! Może byś mię waść z łaski swojej eksplikacyją słów własnych zaszczycił? - zdenerwował się książę. 
     Nie lubił, kiedy ktoś kpił z niego. Ale jeszcze bardziej nienawidził, kiedy zwracano się wtedy do niego per „waszmość”. Dziwnie kojarzyło mu się to z pewną serią książek, do których przeczytania zmuszano go, kiedy był mały. Książę pamiętał nawet jeden tytuł. Jak to było? „Pogniem i zgnieciem”? A może „Porżnie i zje cię”? Cykl w każdym razie nazywał się „Trylobia”. Albo „Trójnogia”. Okropność, wzdrygnął się książę, pewnie jakiś horror. 
     - Opowiem waści historyję pewną, a zakonotuj waść sobie, co waszmości rzekę - dąb najwyraźniej nie miał aż tak przykrych skojarzeń. 
     - Skończ już z tym waszmością! - wybuchnął książę. 
     - Może i skończę - zgodził się dąb. - Ale wstydu nie oszczędzę. 
     - Dobrze, już dobrze - niecierpliwił się książę. - Tylko wykrztuś z siebie wreszcie tę twoją historyję. 
     - Dawno, dawno temu - rozpoczął dąb - był sobie raz mały, niepozorny ogród. Rosło w nim kilka krzewów i drzew. Jednak najpiękniejszą rośliną była róża. Delikatna, biała, ciernista. Zajmował się nią pewien ogrodnik. Codziennie ją podlewał, osłaniał od wichrów i miłością otoczył. I rozkwitła róża, a powietrze nasyciło się jej cudowną wonią. Wielu wędrowców mijało ogród, każdy zaś przystawał i podziwiał wspaniały kwiat. A róża bardzo dobrze rosła pod opieką ogrodnika, który ją kochał i szanował. Wspaniale lśniła w porannym słońcu i czuła się dobrze, choć ogród był mały i niepozorny. Pewnego razu przyszedł jeszcze jeden wędrowiec i jak inni przystanął, zwabiony pięknem i słodkim aromatem kwiatu. Zamiast jednak podziwiać ogród z daleka, wtargnął do środka i zerwał różę. Pokłuł się przy tym boleśnie, ale nie zważał na ból i złorzeczenia ogrodnika. Wędrowiec ten był możnym magnatem w sąsiednim królestwie. Ukradł różę, zabrał ją do swojego pałacu i włożył do złotego wazonu. Ich choć także kochał różę i zraszał ją najlepszą wodą z górskich źródeł, róża szybko zwiędła, wyrwana ze swojego ogrodu, bez opieki swojego ogrodnika. A wędrowiec został sam i trzymał martwy kwiat w dłoni pokłutej do krwi… 
     Tutaj dąb urwał i zaczął szumieć coś niezrozumiale po swojemu. Otwory oczu i ust zamknęły się i drzewo nie wyglądało już bardziej szczególnie niż każde inne w lesie. 
     - No i co dalej? - niecierpliwił się książę. - Nic z tego nie rozumiem. Nie jestem ogrodnikiem. Halo! Co tak stanąłeś dęba, jakbyś tu korzenie zapuścił? Do ciebie mówię! 
     Dąb nadal tylko szeptał coś po cichu. A przecież od wieków rozmawiał z ludźmi. Zupełnie, jakby przez te wszystkie stulecia czekał tylko na księcia, żeby opowiedzieć mu o wędrowcu i róży ciernistej. 
     - Głuchy jak pień - mruknął władca, wsiadł na konia i odjechał. 
     - Tracę tu tylko czas - rzucił jeszcze z oddali. 


     Późnym wieczorem przejechał przez swój ogród, minął wysuszoną grządkę, wreszcie dotarł na zamek i natychmiast położył się spać. 


     Ciernista rosła róża… kole… jak cierń… taka jest natura róży… przyszedł wędrowiec… tak wielu wędrowców… Złodziej!… Nie zrywaj róży… do złotego wazonu… kole… jak cierń… uwiędłe róże… wyrwana z ogrodu… martwy kwiat… taka jest natura róży… czy mogę ją znienawidzić?… Przyszedł wędrowiec… zwabiony pięknem… tak wielu wędrowców… taka ich natura… zwabiony pięknem… taka jest moja natura… Nie jestem ogrodnikiem!… Złodziej!… Ukradł różę… Taka jest natura róży… kole… jak cierń… tysiąc cierni… Tak wielu wędrowców… Tylko jeden ogrodnik… Nie jestem ogrodnikiem!… Jeszcze jeden wędrowiec… pokłuł się boleśnie… Złodziej!… Ukradł różę… do złotego wazonu… uwiędłe róże… martwy kwiat… 


     Książę poczuł, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył dowódcę gwardii. 
     - Panie - powiedział przejęty gwardzista - tłum wieśniaków zebrał się przed bramą i wykrzykuje coś o samowoli i rozpuście księcia. Najbardziej hałasuje jakiś gołowąs w cuchnących łachmanach. Świniopas chyba. Poleciłem go zamknąć w lochu, ale nie możemy tam trzymać całej wioski. Trzeba ich będzie przewieźć gdzie indziej, a… 
     - Daj im spokój - przerwał książę. - I uwolnij świniopasa. A potem wypuść tę niewiastę, którą kazałem ci kiedyś sprowadzić. 
     - Ale, panie… - zaczął zdumiony gwardzista. 
     - Każdy powinien uprawiać własny ogródek - książę zacytował myśl jakiegoś filozofa, którego nazwisko bezskutecznie starano mu się wpoić w dzieciństwie. 
     - Dobrze się czujecie, panie? Bladziście trochę… 
     - Czuję się doskonale - wycedził książę przez zaciśnięte zęby. - Za to ty poczujesz się zaraz bardzo źle, jak jeszcze raz zakwestionujesz moje rozkazy! Powiedziałem: uwolnij świniopasa i wypuść niewiastę. Wykonać! 
     Gwardzista zbladł i począł wycofywać się ku drzwiom, uniżenie bijąc pokłony. 
     - I niech ktoś wreszcie podleje te kwiaty w ogrodzie! - rzucił władca, zanim dowódca zniknął w korytarzu. 
     Książę patrzył z okna swojej komnaty, jak świniopas i niewiasta spotykają się na dziedzińcu, rzucają się sobie na szyję i wymieniają czułe pozdrowienia. A kiedy wreszcie odeszli, władca stał jeszcze długo i spoglądał na majaczące w oddali szczyty gór. 
     - Żegnaj, różo ciernista - wyszeptał. - Rzeczywiście dostarczyłaś mi niezwykłych przeżyć...


copyright 2003-2020 brylka