Przejdź do treści

Róża ciernista

Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken,
En tídí aver nínít en ensam vandjer kem,
D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t,
Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.

„Dí ternik rose” - pieśń minstrelska o róży ciernistej

Książę był tego dnia w złym humorze. Całe dnie spędzał zwykle na umizgach do niewiast we dworze, nocą zaś wesoło swawolił sobie z nimi w swojej książęcej sypialni. W jego krainie nie brakowało jadła na stołach, a wojny toczyły się niezmiernie daleko od jego stolicy. Prawdę mówiąc książę nie zawracał sobie nigdy głowy takimi błahostkami, jak wysłuchiwanie obcych poselstw, czy stawianie ultimatum wrogim wojskom, a jego armia nie była o wiele potężniejsza od armii sąsiednich krain. Wojny toczono więc praktycznie bez przerwy. Książę stale to tracił jakieś odległe rubieże, to znowu zagarniał kilka łanów jałowej ziemi innego władcy. Nic specjalnego. To wszystko sprawiało, że miał dużo czasu na swoje miłosne wybryki. A kobieciarz był z niego niespotykany. „Jeśliś znudzon akuratnie, chędoż dziewkę skrupulatnie”, brzmiało jego ulubione motto. Wnosząc zaś ze znikomej ilości dziewic w stolicy, a nawet w sąsiednich miastach, księciu nudziło się nader często.
Tego dnia jednak znudził się na dobre. A właściwie znudziły go niewiasty, które oddawały mu się zawsze beznamiętnie i bez szczególnego zaangażowania w ten niewątpliwie najistotniejszy w życiu proceder, za jaki książę uważał dzielenie łoża z osobą płci przeciwnej. Dlatego właśnie władca zapragnął kobiety, która dostarczyłaby mu przeżyć niezwykłych i odmiennych od wszystkiego, czego do tej pory doświadczył.
Znał już jednak doskonale i na wskroś każdą niewiastę od lat szesnastu do trzydziestu sześciu, której domostwo stało w promieniu dwu dni konnej jazdy od jego pałacu. Udał się zatem do wieży Nadwornego Wróżbity i Czarnoksiężnika, jak magik ów sam lubił się określać, i stanowczo zażądał, by ten poradził coś na jego udrękę. Czarodziej odprawił jakieś jasełka, zajrzał do szklanej kuli, zapalił świece, nagryzmolił gwiazdę na podłodze, potem stanął na głowie, ale - jak zwykle - niczego nie wymyślił.
I właśnie dlatego książę włóczył się teraz w przebraniu po nieznanej sobie okolicy w poszukiwaniu nowej ofiary swych miłosnych uniesień. Był wygłodniały, daleko od domu, dzień miał się ku końcowi, a on nie znalazł jeszcze odpowiedniej kandydatki. I właśnie to było głównym, jeśli nie jedynym powodem złego humoru księcia.
Wreszcie przybył do małej górskiej wioski. Ściemniało się już, więc zaczął rozglądać się za noclegiem. Zauważył małą chatkę z przepięknym kwietnikiem u wejścia. Najbardziej okazałym spośród dziesiątków rosnących tam kwiatów była śnieżnobiała róża, która rozsiewała wokół cudowny, słodki zapach. Z powabem i wdziękiem kwiatu zupełnie nie licowały olbrzymie ciernie, osadzone na grubej łodydze. Mimo wszystko jednak nie psuły one miłego dla oka wrażenia, jakie sprawiał kwietnik. Książę przystanął i popatrzył na różę.

Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken,
En tídí aver nínít en ensam vandjer kem,
D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t,
Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.

Coś strasznego, pomyślał książę, już nawet wiejskie dziewki nucą pieśni elfich minstreli. Nie mam nic przeciwko ich twórczości, ale czy nie było by miło od czasu do czasu zaśpiewać czegoś po ludzku? Swoją drogą, kto by pomyślał, że to właśnie dialekt Elfów Zachodnich stanie się Mową Wspólną, a my, ludzie, będziemy mówić niezrozumiałym dla nikogo językiem? Powszechnie wiadomo, że Elfy Zachodnie jeszcze trzysta lat temu były grupką odszczepieńców, którzy uciekli za Wielkie Morze, by szukać tam wolności, czy czegoś takiego. Wszyscy to wiedzą. Tak, trzysta lat temu elfy biegały jeszcze po prerii i uganiały się za plemionami Czerwonopiórych. A teraz co? Wielkie imperium. Niedobrze się robi, jak słucha się tych minstreli. Żeby jeszcze śpiewali ładnym językiem. Ale oni tylko na okrągło ryczą w jakimś slangu: _Ík liuve je_albo - częściej - bardziej bezpośrednio i bez owijania w bawełnę: Ík hvanna fucka je al níht.
Tak naprawdę książę nie interesował się jednak ani muzyką, ani polityką, ani tym bardziej historią. Nie był też zbyt wielkim patriotą i w gruncie rzeczy mało go obchodziło, który język jest obecnie Mową Wspólną, a który tylko nieistotnym dialektem. Byle dało się to jakoś zrozumieć. Dlatego też władca szybko przestał zastanawiać się nad naturą elfiej twórczości. Chociaż powieki ciążyły mu, jakby przywiązano do nich nieociosane głazy z górskich kamieniołomów, nie chciał zasnąć, bo próbował zrozumieć dręczące go uczucie niepokoju. Zresztą książę i tak nigdy nie bywał w kamieniołomach. W końcu jednak dał za wygraną i - umęczony nadmiernym roztrząsaniem spraw minionego dnia - pogrążył się we śnie. Wstał jeszcze przed świtem, a zanim słońce zaczęło znowu obniżać się na niebie, był z powrotem na zamku. Natychmiast wezwał do siebie dowódcę gwardii i polecił siłą sprowadzić spotkaną poprzedniego dnia niewiastę. Dość tego, pomyślał, muszę z tym coś zrobić. Nie mogę przecież przez cały czas rozmyślać o jakiejś dziewce.

Tego dnia książę znów wyszedł w przebraniu na miasto. Po raz pierwszy od czasu, kiedy wrócił z chatki młynarza. Tym razem jednak opuścił zamek w zgoła innym celu niż zwykle. Chciał się tylko przejść i w samotności przemyśleć nurtujące go sprawy.
Mówi, że jestem potworem, bo myślę tylko o jednym - roztrząsał. To nieprawda. Chociaż, z drugiej strony, gdybym o tym nie myślał w ogóle, każda niewiasta gotowa sądzić, że coś ze mną nie w porządku. Że się odmiennie orientuję, czy jak to się tam nazywa. Poza tym nie pojmuję jeszcze czegoś. Daję jej pałac, bogactwa, otaczam opieką, a ona i tak woli tego swojego sianokosa. Ale czy mogę ją za to winić? Czy mogę ją znienawidzić? A swoją drogą ciekawe, co za typek, ten jej wybranek. Mają schadzki? Często? Co oni tam wtedy robią? Dokąd idą? O czym rozmawiają? Całują się? A może… Nie, to bzdury. Ale czy ja robię coś złego? Gdyby chodziło mi tylko o kolejną przygodę, uciechę fizyczną, wypuściłbym ją; trudno, niech stracę. Ale ja ją kocham. Ona o tym nie wie, ale tak właśnie jest. Nie oddam jej innemu mężczyźnie. A już na pewno nie jakiemuś świniopasowi. Chcę, żeby była ze mną. To źle?

W drodze na zamek beznamiętnie mijał niskie budynki stojące wzdłuż ulicy. Na wielu z nich zauważył szyldy w języku elfów. Dawniej drażniło go, że zamiast napisu piekarnia wieszano zawsze szyld bákere, a rzeźnię nazywano slátír-hése. Ale już się przyzwyczaił. Jak wszyscy. No, może nie wszyscy. Na ścianie obok ktoś wyskrobał głęboko patriotyczne zdanie: Język elfów to łajno. Szkoda tylko, że napisano je też po elfiemu.
Książę przeszedł jeszcze przez zachodnie skrzydło swoich ogrodów. Przystanął na chwilę przed jednym z kwietników. Nigdy przedtem nie interesował się stanem swoich roślin, teraz jednak od razu zauważył, że kwiaty mocno zaniedbano. Płatki były ususzone i poczynały już opadać na od dawna nie podlewaną ziemię.

Dor ver en ternik rose, deftik ent vúntersken,
En tídí aver nínít en ensam vandjer kem,
D’ vandjer svad ne foljet deft, bedrobjet tarot sten’t,
Ent stark dí vílkejt rose in d’ blotik háldít hend.

Enkathe trientefilie, kelos ka m’rédhames,
Ma fore ali dhiple, hek’ plenas érames…

Ciernista rosła róża, wonny wśród kwiatów cud,
Wędrowiec drogą przeszedł, samotny żywot wiódł.
Smutny wnet wędrowiec był; straciło słodką woń
Uwiędłe róży kwiecie, co krwawa ściska dłoń.

Cóż za bzdury, westchnął książę. Nie tylko niedopracowane, ale i bez sensu.

Lo rose ísponíse, beye a’lérase…

Pod wieczór książę dojechał do małej wioski, w której istotnie rosło ogromne, rozłożyste drzewo. Gruby, omszały pień pokryty był chropowatą korą, w której widniały dwa otwory przypominające oczy i jeden przypominający usta. Mniej więcej pośrodku sterczała jakaś sucha gałąź. Wyglądała jak długi, zakrzywiony nos. Mimo wszystko jednak drzewo w jakiś niewytłumaczalny sposób sprawiało przyjazne wrażenie.
Było jednak tak wielu innych wędrowców, że minęły jeszcze prawie dwa dni i dwie noce, zanim książę doczekał się wreszcie na swoją kolej przy drzewie. Władca był już mocno zniecierpliwiony, ale nie chciał wcześniej zdradzać, kim jest, żeby go obsłużono poza kolejnością.

Późnym wieczorem przejechał przez swój ogród, minął wysuszoną grządkę, wreszcie dotarł na zamek i natychmiast położył się spać.

Ciernista rosła róża… kole… jak cierń… taka jest natura róży… przyszedł wędrowiec… tak wielu wędrowców… Złodziej!… Nie zrywaj róży… do złotego wazonu… kole… jak cierń… uwiędłe róże… wyrwana z ogrodu… martwy kwiat… taka jest natura róży… czy mogę ją znienawidzić?… Przyszedł wędrowiec… zwabiony pięknem… tak wielu wędrowców… taka ich natura… zwabiony pięknem… taka jest moja natura… Nie jestem ogrodnikiem!… Złodziej!… Ukradł różę… Taka jest natura róży… kole… jak cierń… tysiąc cierni… Tak wielu wędrowców… Tylko jeden ogrodnik… Nie jestem ogrodnikiem!… Jeszcze jeden wędrowiec… pokłuł się boleśnie… Złodziej!… Ukradł różę… do złotego wazonu… uwiędłe róże… martwy kwiat…

Książę poczuł, że ktoś go budzi. Otworzył oczy i zobaczył dowódcę gwardii.