wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Żądza

Milena obudziła się jeszcze przed wschodem słońca. Wpatrywała się w gwiazdy, które tak strasznie przypominały jej rodzinną Kardarie. Wokół panowała cisza. Wszyscy jej kamraci jeszcze spali, a wartownicy siedzieli cicho na skraju obozu. Milena przez chwilę pomyślała żeby sprawdzić czy się nie pospali, ale ta atmosfera ciszy tak na nią działała że nie chciała jej zniszczyć bezpowrotnie. 
     Myślała jak to znów pięknie było by zobaczyć rodzinne strony, poczuć rześki wiatr od strony morza, kąpać się nago o wschodzie słońca i szaleć konno po plaży. 
     Ptaki rozpoczynały swój poranny śpiew. Gwiazdy powoli zaczęły blednąć, a na wschodzie powoli zaczynała się czerwienić łuna powstającego słońca. Konie poczęły prychać, Milena dosłyszała ciche szepty strażników. Pomyślała że to co piękne szybko się musi skończyć. Odetchnęła głęboko i podniosła się z posłania. Świergot ptaków zdawał się coraz bardziej donośniejszy. Wstawał nowy dzień. Wojowniczka usiadła i zanurzyła twarz w dłoniach starając się rozbudzić zaspane oczy. Wokół niej ludzie zaczęli się wiercić, jedni coś tam mruczeli, słychać było jak ktoś kaszle. Męszczyzna śpiący obok niej, obrócony tyłem do niej pierdnął donośnie, sprawiając że już całkiem rozbudzona tą fanfarą na cześć nowego dnia wstała, przeciągając się i próbując rozruszać zastygłe kości. Jeszcze raz popatrzyła się w niebo. Gwiazdy znikły już zupełnie i został tylko skrawek bladego księżyca, który jak na złość starał się opierać wschodzącemu słońcu. 
     Milena czując już dochodzące do niej nieświeże powietrze od strony kompana ruszyła w stronę wartowników, którzy swoje koce. 
     - No jak tam chłopcy? Spokojnie? 
     - Tak jest pani kapitan – odpowiedział wartownik. Był to chudy, wysoki brzydal o ospowatej twarzy. 
     - Pobudzić mi tą cała hałastre. Za godzinę mamy być w drodze. 
     - Jak sobie pani kapitan życzy – ospowaty zwiną koc i ponaglił swego kompana który akurat był zajęty dłubaniem w nosie. 
     Milena wróciła na swoje posłanie i spojrzała na śpiącego obok niej męszczyzne. Po chwili poczęstowała go soczystym kopniakiem w zadek. 
     - Czego! 
     - A gówna psiego opoju jeden! Wstawaj dzień już się począł, a ty co!? Leżysz sobie jako jakiś wielmoża dupą ku słońcu wypięty! 
     Męszczyzna obrócił się i popatrzał na Milene zaspanymi oczyma. 
     - Też cię kocham skarbie 
     Tym razem kopnęła go w brzuch 
     - Wstawaj Derek i nie denerwuj mnie z ranka. W nocy to ty może byłeś stołki, ale rano rzeczywistość się już inaczej przedstawia. 
     - Już dobrze, dobrze – Derek uśmiechnął się łobuziarsko – Już wstaje tylko proszę mile panią kapitan o przyniesienie śniadania bo jako po tak upojnej nocy z panią przebytą tera niezmiernie głód mnie dręczyć począł. 
     - O rzesz kurwa! 
     Milena kopneła jeszcze raz śmiejącego się Dereka i odeszła nachmurzona w stronę koni. Derek leżał jeszcze przez chwile rozmyślając o upojnej nocy spędzonej ze swoją pani kapitan. To stało się tak spontanicznie, że teraz w myślach starał się dociec jak wogule mogło do tego zdarzenia dojść. Pamiętał że oboje pili ze wszystkimi przy ogniu. Wtedy nawet o niej nie myślał jak o kochance tylko jak o swoim dowódcy. Owszem pociągająca to ona była. Długie rude włosy spięte w warkocz dodawały jej miłego uroku i podkreślały dominujący charakter jej spojrzenia. Była szczupła, z wyraźnie podkreślonymi krągłościami, które pod łuskowatą zbroją mogły zwrócić uwagę niejednego męszczyzny. Jedyne co mogło od niej odpychać to paskudna blizna ciągnąca się przez prawy policzek, ale to akurat Derekowi nie przeszkadzało. Miał w swoim życiu kobiety o wiele gorszej twarzy. Derek przypomniał sobie jak na niego patrzyła wczoraj przy ogniu. Myślał wtedy ,że może przysłuchiwała się akurat rozmowie jaką prowadził z kapralem, no ale teraz wiedział ,że patrzyła się z zupełnie innego powodu. To stało się kiedy poszedł w krzaki za nagłą potrzebą. Przypomniał sobie jak usłyszał za sobą trzask pękających gałęzi, a potem nagle znalazł się na ziemi. Leżała na nim. Czuł jej ciepły oddech, zalatujący gorzałką na swoim policzku. Potem już całowała go namiętnie po szyi i zdzierała z niego koszule. Pamiętał że obrócił ja gwałtownie i teraz on leżał na niej. Zobaczył jej rude włosy płonące jak ogień i oczy. Te oczy pałające dziką namiętnością i chęcią sexu. Oddychała szybko, czuł dokładnie jak piersi pod jej kolczugą podnoszą się i opadają. Patrząc się tak na nią przez chwile ogarnęła go dzika chęć żeby ją posiąść, żeby się z nią kochać tak namiętnie i dziko jak tylko potrafił. Zaczął ja obcałowywać po twarzy i szyi. Ona gwałtownie trzymając jego głowę wzmagała tylko w nim jeszcze większą ochotę. Po chwili ona przeszła do ofensywy. Złapała go za włosy i przewróciła na bok. Pazurami rozdarła jego koszule i całując wciąż namiętnie schodziła w dół, po chwili pozbawiając go spodni. Pamiętał że patrzył się wtedy na gwiazdy. Gdy skończyła popatrzył na nią mętnym z rozkoszy wzrokiem. Była wtedy cudowna, tak piękna skąpana w blasku gwiazd i księżyca. Patrząc się mu w oczy ściągnęła kolczugę i koszule. Jego oczom ukazały się jędrne piersi. Wstała i szybko ściągnęła skórzane spodnie. Usiadła na nim i powoli weszła w niego. Złapał ją za uda i patrzył jak wygina swe ciało w rozkoszy, masując swoimi dłońmi piersi. Ruchy stawały się coraz szybsze, aż w końcu oboje zatracili się w wielkiej rozkoszy i przyjemności jaką sobie nawzajem sprawiali. 
     Derek uśmiechnął się sam do siebie. Cóż to była za noc. 
     - Derek do karsamskiej nędzy, mówiłam ci żebyś ruszył to swoją śmierdzącą dupę i zwlókł się z wyra – Milena wrzeszczała do niego rozmawiając nieopodal z kapralem. 
     - Co za temperament – pomyślał i wstał z posłania. 
     - Sierżancie! Panie sierżancie– derek obrócił się w stronę nadbiegającego chłopaka. 
     - No co tam dzieciaku? – przypomniał sobie że to syn woźnicy, który prowadził całą karawanę. 
     - Panie sierżancie mój tatko kazał przekazać że wozy są gotowe i jeżeli wojacy gotowi to możemy ruszać 
     - Dobra, dobra jeszcze nie czas. Jak będziemy ruszać to twój ojciec się do wie. Przecie widzisz synku żeśmy się jeszcze dobrze nie rozbudzili. No a tera zmiataj. 
     Chłopak zakręcił się na pięcie i pobiegł powrotem do wozów. Derek zaczął składać posłanie, słuchając przy tym wrzasków pani kapitan wykrzykujących rozkazy. Właśnie starał się znaleźć koszule, ale po chwili zaklął pod nosem przypominając sobie co się z nią w nocy stało. Chwile potem stał już w pełni ubrany w lekką zbroje i szable przy boku. Zarzuciwszy niewielki tobołek na plecy ruszył w stronę swojego konia. 
     Żołnierze byli już gotowi do odjazdu. Większość siedziała już na koniach. Milena głaskając swojego wierzchowca stała wpatrując się w wydającego ostanie rozkazy Dereka. Była nim rozczarowana. Wcześniej myślała że będzie go stać na więcej niż przeciętnego kochanka, ale się myliła. Nie to żeby był zły, ale miała już dość tego samego. Poszukiwała urozmaicenia, czegoś nowego, kogoś kto dał by jej większą niż do tej pory rozkosz. – A może popadłam w rutynę – pomyślała – Cholera jak dojedziemy do Port Voins to musze sobie znaleźć jakiegoś bardziej wyrafinowanego kochanka. 
     Jeszcze raz poklepała swojego konia i krzyknęła do sierżanta, że mogą wyruszać. Kopyta zadudniły w ziemi, zrobiło się nagle bardzo gwarno. Ludzie zaczęli pokrzykiwać, konie parskały. W powietrzu świsnęły baty. Wozy ze skrzypem potoczyły się naprzód. Milena nałożyła hełm i dosiadła swojego wierzchowca. Karawana powoli ustawiła się w szyku. Najpierw dwudziestu konnych, potem 5 wozów, za nimi kolejnych 30 konnych. Po bokach stanęli zwiadowcy. Milena podjechała na czoło pochodu i machnęła ręką na znak wyjazdu. Kolumna ruszyła. Jechali powoli. Najpierw przez niewielki las w którym mieli postój, a teraz przez otwarty teren. Kraina była dosyć górzysta i droga też nie należała do najrówniejszych to też posuwali się dość wolno. Słońce powoli wędrowało po niebie. Czas mijał. Na początku Milena jechała w tyle kolumny pozwalając Derekowi dowodzić. Jechała sama rozmyślając o tym jak straci pieniądze za ochronę transportu. Nawet nie wiedziała co osłania. Wozy były pokryte derką tak szczelnie, że nie można było nic dostrzec. Woźnicy tez byli małomówni i nie dawali się podejść. Tak szczerze to gówno ją to obchodziło. Ważna była tylko kasa jaką miała dostać za bezpieczną eskortę do port Veins. 
     Było już grubo po południu gdy zdecydowała się jechać razem z Derekiem na przedzie. Na początku jechali obok siebie w milczeniu. Żadne z nich nie miało ochoty zbytnio rozmawiać o tym co było między nimi w nocy. Pierwszy cisze przerwał Derek: 
     - Może porozmawiamy o wczorajszej nocy? 
     - A co tu gadać? Miałam ochotę się z tobą przespać... nic więcej 
     - Ale... myślałem 
     Milena wykrzywiła usta w gorzkim uśmiechu 
     - To źle myślałeś – Obróciła się w siodle i krzyknęła: 
     - Ej tam! Ruszcie dupy! Przed zmrokiem mamy być już za lasem! 
     Derek działał jej na nerwy. Sama nie wiedziała dlaczego. Nigdy wcześniej nie obchodzili jej inni faceci, których wykorzystała by zaspokoić swoją rządzę. Z Derekiem było inaczej. I to ją irytowało. Musiała się wyżyć. Krzyknęła na czterech konnych jadących za nią: 
     - Wy za mną! Derek przejmujesz dowodzenie 
     - Co! Dlaczego... gdzie ty – nie dokończył bo Milena spięła konia ostrogami i wyrwała do przodu. Za nią ruszyli czterej żołnierze. 
     - Co ją ugryzło – pomyślał – najwidoczniej nie rozumiem kobiet. 
     Milena pędziła jak burza. Kompani zostali w tyle nie nadążając. Czuła się wspaniale. Wiatr rozwiał jej niepokój i dziwna frustracja minęła. W oddali majaczyła cienka linia lasu. To był znak że wysunęła się za daleko. Przeszła w kłus. Koń był mocno spocony, ona też zdyszana zsiadła na chwile rozprostować kości. Czterech żołdaków podjechało po chwili. Stali w milczeniu obserwując teren. Wiedzieli, że wysunęli się daleko przed konwój i jak na zawodowców przystało lustrowali cały teren, tak na wszelki wypadek. Milena głaskała konia który akurat skorzystał z okazji postoju i skubał trawę. 
     - Jeździec! – krzyknął jeden z żołnierzy 
     Milena z szybkością kotki wskoczyła na siodło i wbiła wzrok w stronę, którą wskazywał jej podwładny. 
     Istotnie na horyzoncie poruszała się malutka kropka dążąca w ich stronę. Jeździec nie jechał gościńcem więc nie był to zwykły podróżny. Po za tym pędził jak szaleniec. Mała kropka rosła z każdą chwilą przekształcając się w jeźdźca na koniu. Milena kiwnęła głową na dwóch towarzyszy. Ci automatycznie skręcili i oddalili się za pobliskie wzgórze. Pani kapitan czekała cierpliwie. Jeździec musiał ich zauważyć bo zwolnił ten szaleńczy kłus jakim pędził do tej pory. Zbliżył się na odległość 50 kroków i stanął. Był to żołnierz w czarnym pancerzu i czerwonym płaszczu. Chełm przesłaniał twarz, więc nie można było rozeznać czy to kobieta czy męszczyzna. Z postawy nie można było wywnioskować na pewno bo postać była dość szczupła i do tego pancerz robił swoje 
     - Ktoś wy? – zapytał męskim głosem jeździec 
     - To zależy kto pyta? – odpowiedziała groźnie Milena 
     - Jam zwę się Gahis. Jestem żołnierzem trzeciego pólku jazdy Horynckiej... to znaczy byłego pólku – poprawił się 
     - Milena, kapitan eskorty taboru zmierzającego do Port Vain – Milena kiwnęła głową. Znała ze słyszenia jazdę horyncką i wiedziała że teraz służyli dla władcy Tamiru, kraju do którego autonomii należało Port Veins. 
     Jeździec wyraźnie się zmieszał 
     - Ludzie co wy! To wy nic nie wiecie? Port Veins zostało przedwczoraj doszczętnie spalone. Wojna od tygodnia w Tamirze wrze a wy jak na konnej przejażdżce. Król zabity, a pospolite ruszenie rozgromione we wczorajszej bitwie. Razem z nimi mój pułk i większość oddziałów armii zaciężnej. 
     - Kto atakuje? – Milena głos miała spokojny, wręcz lodowato zimny. 
     - To król Kastamir pani, a wraz zanim księstwo Selamii. Na Boga uciekajcie do południowej granicy, tam forty jeszcze przez nieprzyjaciela nie zdobyte. Tam bronić się jeszcze będziem mogli. Wszyscy się tam wycofują, to znaczy resztki armii jaka pozostała po pogromie. 
     - Jakie są siły przeciwnika? 
     - Tego nikt chyba nie wie pani? Ale muszą być ogromne skoro całą dwudziesto tysięczną armie Tamiru wycięto pod Rakowem. Pani, ja tam osobiście nie był, ale słyszał że tam rzeź okrutna była. 
     - A ty dokąd zmierzasz? 
     - Ja pani z rozkazem do północnych fortów jadę żeby zapasy szykowali. Wysłali mnie z zamku nie daleko stąd. Tam jeszcze wróg nie dotarł jak wyjerzdzałem, ale teraz kto wie? Milena nie mówiła nic przez chwile. Musiała przemyśleć własne położenie. Wszystko się diametralnie zmieniło. Z kontraktu nici. Szlag by to trafił – pomyślała – ale może jeszcze coś z tego by miała jakby dociągła tabor do tego pobliskiego zamku. Już teraz wiedziała prawie na pewno że wozy są wypełnione bronią. 
     - Ruszaj człowieku w swoją drogę – żołnierz słysząc rozkaz zdumiał się i po chwili niepewności zapytał: 
     - A wy pani? Wy chyba nie zamierzacie jechać dalej? Tam wojna. Śmierć niechybna was tam czeka pani 
     - Nic ci do tego – odcięła się ostro Milena – Ruszaj zanim stracę cierpliwość. I jedz jak do tej pory stepem, trzymaj się z dala od gościńców 
     Jeździec spiął konia i bez słowa ruszył w step. Towarzysze Mileny popatrzyli po sobie. Do tej pory żaden z nich nie śmiał się odezwać, ale teraz jeden z nich zapytał: 
     - Pani kapitan co robić? Wojna przed nami – Milena zawróciła konia i gwizdnęła. Zza pagórka wyjechali pozostali dwoje kompani 
     - Wracamy do taboru – wydała rozkaz i ruszyła z powrotem. 
     Nie musieli długo jechać. Tabor okazał się już być bliżej nich niż sądzili. Derek zatrzymał pochód widząc nadjeżdżającą Milene. TA podjechała i natychmiast zaczęła wydawać rozkazy 
     - trzech jeźdźców z przodu! Mają przeczesywać drogę przed nami. Derek ty jedziesz ze mną. Kapralu! Każdy żołnierz ma być gotowy do walki. Zrozumiano! 
     Kapral kiwnął głową i zaczął wrzeszczeć na ludzi by się przygotowali do walki. Drużyna była bardzo dobrze wyćwiczona pod okiem Mileny. Wszyscy bez żadnych pytań zaczęli się przygotowywać. 
     - Milena co się dzieje? – zapytał Derek 
     - Wojna Derek. Wojna. 
     - Kto? Z kim? 
     - Port Vains spalone, król nie żyje. Tameria praktycznie przestała istnieć. Bronią się jeszcze pojedyncze zamki. 
     - Cholera, wiec z kontraktu nici. Szlag by to trafił 
     Mielna uśmiechnęła się zadziornie. Blizna na jej twarzy wykrzywiła się paskudnie 
     - Nie rozpaczaj Derek, jeszcze nic straconego. Przed nami jest zamek do którego dowieziemy tabor. 
     - Milena ale po co? 
     - Derek durniu jak myślisz że co my wieziemy? Chyba nie pierdolone lampiony na święto Husa! Broń Derek, broń. 
     - I co myślisz że jak ją dowieziemy do tego zamku to nam zapłacą? 
     - To się zaraz okaże – Milena ruszyła w stronę pierwszego wozu. Na nim siedział gruby tłuścioch o twarzy zezowatej świni, obok niego młody chłopak. Ten sam który rano zaczepił Dereka. 
     - Co się dzieje? – zapytał tłuścioch – czemu nie jedziemy? 
     Derek podjechał za Mileną. TA stanęła obok wozu i momentalnie wyrznęła w pysk grubasa. Ten wpatrywał się w nią oszołomiony 
     - Wiedziałeś suczy synu że w Temerii wybuchnie wojna. Dowiedziałeś się skądś ,że Kastramir zaatakuje wraz z Selamią i postanowiłeś na tym fakcie zarobić co!? Nie patrz tak na mnie tymi zezowatymi oczkami świnio bo ci przeciągnę szablą po oczach. Gadaj!
     Grubas oblizał zaschnięte wargi i zaczął gadać 
     - Pani wojna miała wybuchnąć dopiero za tydzień. My tylko mieliśmy dowieść broń i odjechać przed rozpoczęciem. Przysięgam pani, że takie dostałem informacje. Król Temerii nakazał zakup broni wiec zgłosił się do mnie wysłannik królewski z propozycją dostarczenia broni na umówione miejsce. Przecież pani kapitan mnie zna. Nie miało być żadnego ryzyka. Dlatego wynajęliśmy was tylko jako standardową ochronę by nie wzbudzać na granicach żadnych podejrzeń 
     - To dlatego nie sprawdzano wozów na granicy – wtrącił się derek – Mieliście listy o nietykalności towaru. 
     Milena popatrzyła wrogo na grubasa 
     - Czemu nie poinformowałeś nas co naprawdę jest na wozach? 
     - Pani ja miałem wyraźne rozkazy by nikt o tym nie wiedział.... przysięgam Pani na Boga jedynego... Naprawdę. Wy po prosty mieliście dostać pieniądze na miejscu i odjechać bez słowa. 
     - Posłuchaj tedy mnie ty zafajdane końskie łajno. Przed nami jest jeszcze nie zajęty przez wroga zamek. Dowieziemy tam was i odjeżdżamy jak tylko to będzie możliwe. Zapłacisz nam teraz z góry połowę umówionej sumy, a jak masz coś przeciw temu to wyrżniemy was z miejsca tu na tej drodze. No więc jak będzie? 
     Grubas zastanawiał się tylko przez krótką chwilę. 
     - Zgoda pani – wysapał 
     - To w drogę. Derek ty poinformuj ludzi o sytuacji. Jeżeli ktoś ma jakiś sprzeciw to szablą przez łeb. Zrozumiano. 
     - Tak jest – Derek wolał nie wypowiadać się w tej sprawie. 
     Po chwili ruszyli. Jechali jak najspieszniej mogli. W godzinę dotarli do lasu. Tam już zwolnili tempo bojąc się zasadzki. Milena wypuszczała dalekie podjazdy na przód, żeby przeglądały teren. Poczynało zmierzchać Słońce schowało się już za drzewami, a pierwsze gwiazdy powychodziły na nieboskłon. Milena przeklinała pełnie. Wiedziała, że jak wyjadą z lasu to będzie ich wyraźnie widać na odkrytej przestrzeni. Gdy się już całkiem ściemniło wrócił podjazd. Dwoje żołnierzy zameldowało że na drodze pusto, ale na horyzoncie za lasem ogromna łuna od ognia się żarzy. Od tej pory tabor jechał już z największą ostrożnością. Po północy wyjechali z lasu. Teraz przed nimi rozciągały się liczne pola, bo ziemia tu była licznie zamieszkana. 
     Milena była pełna niepokoju. Z jednej strony nie chciała narażać swoich ludzi, ale z drugiej chęć zdobycia tak dużej sumy pieniędzy jaką jej zaproponowało wygrywało z lekiem. Wiedziała, że ta chciwość ją kiedyś w życiu zgubi. 
     Derek jechał obok niej. Nie odzywał się do niej chyba że zapytany. Minę miał skupioną, a oczy wpatrzone przed siebie. – zawsze skupiony – pomyślała. Derek jeżeli sytuacja tego wymagała był niezastąpionym sierżantem w jej oddziale. Zawsze ze wszystkim umiał sobie poradzić i może to właśnie to ją tak bardzo w nim pociągało. Zaradność to niezastąpiona cecha, zwłaszcza w oddziale najemnym. 
     Łuna na niebie urosła w miarę jak się posuwali w stronę kraju ogarniętego wojną. Jechali w absolutnej ciszy. Słychać tylko było szczękanie uprzążek i prychanie koni. Około pierwszej wrócił kolejny podjazd informujący o rzece ludzi posuwających się w ich stronę. Milena zaklęła pod nosem. Nie chciała ciekawskich pytań, zwłaszcza jeżeli wraz z uciekinierami wycofywało się wojsko. Postanowiła wraz z Derekiem nie wysyłać już więcej podjazdów. Tabor jeszcze bardziej zacieśnił szyki i nadal powoli posuwał się naprzód. Teraz koło każdego wozu po obu stronach jechało po dwóch jeźdźców. Nie minęła godzina jak musieli się wmieszać w strumień uchodźców. Głównie byli to chłopi i drobniejsza szlachta, ale gdzie niegdzie można było też dostrzec małe oddziały wojskowe wycofujące się w jako takim szyku. 
     Gościniec zapełnił się wozami, wózkami i doroszkami. Ludzie uciekali wraz z całym swym dobytkiem. Na wozach jechały drobniejsze meble, pakunki i skrzynie. Ci co nie mieli wozów zabrali ze sobą tyle ile mogli unieść w rękach. Kobiety idąc szlochały, dzieci, niektóre oszołomione szły cichutko, inne płakały. Na bokach gościńca stały już te rzeczy których nikt więcej nie był w stanie nieść. W miarę jak się posuwali do przodu pobocza wypełniały się także ciałami, głownie tymi mniejszymi. Oddział Mileny miał nie lada problem,. Ponieważ wielu ludzi chciało aby wzięli ich ze sobą, bo z wojskiem zaciężnym wiadomo było bezpieczniej. Tym ludziom nie przeszkadzał nawet kierunek marszu wojaków. Po prostu wciskali im dzieci na ręce, prosili żeby na wozy wziąć. Milena musiała kilka razy szablę z pochwy wyciągać, żeby motłoch mógł zrozumieć że oni nie zabierają ze sobą nikogo. Jechali tak przez większą część nocy mijając spalone przez podjazdy wroga wioski, wycięte w pień chorągwie. W miarę czasu ilość ludzi na drogach się zmniejszyła do takiego stopnia, że można było spotkać tylko co jakiś czas niewielkie grupki ostatnich maruderów. 
     Milena wiedziała że przed świtaniem będą musieli zrobić przerwę, żeby konie mogły wytchnąć. I tak się posuwali w ślimaczym tępię, a podwładni zasypiali w siodłach. Postój zarządziła tuż przed świtaniem w niewielkiej wiosce, która jak na razie ocalała z pożogi jaką szerzyły zagony nieprzyjacielskie. Derekowi kazała rozstawić warty, a sama zajęła jakąś niewielką chatkę w centrum wsi. Dom składał się z dwóch pomieszczeń: dużej izby i małej sypialni. Większość rzeczy była rozkradziona i zdemolowana, ale rabusie zostawili przynajmniej dość porządne łóżko. Akurat ściągała pas, kiedy do izby wszedł szeregowiec z miską wody i czystą szmatą. 
     - Wioska jest opuszczona pani kapitan – zameldował kładąc miskę na ziemi – Nie ma stołu więc... 
     - dobrze, dziękuje. Możesz wyjść. 
     - Tak jest – szeregowiec już obrócił się na pięcie i miał zamiar wyjść 
     - Czekaj! Jak spotkasz sierżanta to powiedz mu żeby do mnie się zgłosił. I powiedz wartownikowi żeby nikogo nie wpuszczał. 
     - Tak jest! 
     Milena po wyjściu żołnierza ściągnęła kolczugę i rozmasowała sobie ręką kark. Była cała obolała. Cały dzień i noc jazdy wykończył ją zupełnie. Czuła jak zaczynają ją boleć mięśnie, a już o kroczu nie wspominając. Potrzebowała koniecznie odreagować. Podeszła do miski z wodą. Uklękła i patrzyła przez chwilę na swoją twarz odbijającą się w wodzie. Była to bardzo zmęczona twarz o bardzo wyrazistych rysach. Cała z brudu i kurzu. 
     - Jestem za chciwa – powiedziała do siebie i uśmiechnęła się do odbicia. 
     Ściągnęła koszule. Została w samych tylko spodniach . Zaczęła powoli obmywać sobie ręce. Patrzyła jak wraz z wodą ścieka cały brud tego dnia. Woda była lodowato zimna, ale jej to nie przeszkadzało. Czuła jak od zimna twardnieją jej sutki. Powoli zaczęła się rozluźniać. Derek wysłuchał rozkazu Mileny od jakiegoś szeregowca. Rozmawiał jeszcze chwilę z dwójką strażników i po chwili skierował się do kwatery swojego dowódcy. Gdy wszedł Milena kucała obrócona do niego plecami. Zamknął drzwi i stanął w rogu izby patrząc się jak jego kapitan się myję. Nic nie mówiła. Derek czuł się coraz bardziej nieswojo. Zaczął podejrzewać, że może nie usłyszała jak wszedł do środka. 
     - Co tak stoisz jak wmurowany – Derek ocknął się z zadumy 
     - Ja... nie... po prostu nie chciałem ci przeszkadzać 
     - Podejdź pomożesz mi 
     Derek podszedł, a ona wstała i obróciła się w jego stronę. Derek wciągnął powietrze. Już zapomniał jak piękne piersi ma ta kobieta. Stał tak przez chwilę patrząc się jak krople wody spływają po jej krągłościach. 
     - No co się tak gapisz? Jakbyś mnie nigdy gołej nie widział – Milena udawała że nie widzi jakie wrażenie robi na nim jej ciało. Lubiła jak faceci podniecają się na widok jej nagości. 
     - Wylej mi tą wodę na moje włosy. Są całe z kurzu. 
     - Ja....tak oczywiście – Derek chwycił za miskę i gdy Milena się pochyliła wylał jej wodę na włosy. 
     - Jak tam ludzie? – zapytała 
     - Wszystko w porządku. Większość drzemie. Wystawiłem warty i wysłałem zwiadowców na drogę przed nami – odstawił miskę 
     - Dobrze – zarzuciła głową, żeby włosy opadły jej na plecy – za dwie godziny ruszamy. Do południa będziemy na miejscu. 
     Derek przełknął głośno ślinę. 
     - Tak jest 
     Milena spojrzała na niego i uśmiechnęła się szelmowsko 
     - A do tego czasu potrzebuje się rozluźnić, a ty mi w tym pomożesz – zbliżyła się do niego. Patrzyła mu się prosto w oczy. Derekowi zrobiło się bardzo gorąco. 
     - Ściągaj zbroje 
     - Ja....hmm...no...dobrze – Milena poszła do sypialni. Derek z zaskakującą szybkością pozbył się pancerza, naramienników i nagolenników, omało nie zapominając o pasie i szabli. 
     Gdy wszedł do sypialni ona leżała już nago. Przeciągała się jak kotka sprawiając że Derekowi zrobiło się tak gorąco jak nigdy podczas najgorętszej walki. Podszedł do łóżka i usiadł na jego skraju. Milena patrzyła na niego zachęcającym spojrzeniem. Derek nachylił się i zaczął całować jej stopy. Nie przeszkadzało mu że tej części akurat nie umyła. Całował powoli idąc do góry. Milena zamknęła oczy i pozwoliła mu działać. Gdy doszedł do wewnętrznej części uda zaczęła cichutko wzdychać. Po chwili zacisnęła ręce na kocu i zaczęła się wyginać w łuku rozkoszy. Jęczała coraz głośniej pozwalając się unieść fali rozkoszy. Na tę krótką chwilę mogła się odprężyć i zapomnieć o całym otaczającym ją świecie. To była dla niej jedyna rzecz, która ją bardziej zadowalała niż pieniądz. Do tego nie potrzebowała pieniędzy ani luksusów. Mogła to robić gdzie się da, byle by sprawiało jej przyjemność. Po dłuższej chwili Derek przestał i znów ruszył w wędrówkę po jej ciele. Na chwile zatrzymał się przy pępku, później już całował jej nabrzmiałe z podniecenia sutki. Milena ściągnęła z niego koszule, a ze spodniami już sobie sam poradził. Na krótką chwilę otworzyła oczy. Patrzyli na siebie przez ułamek sekundy, by po chwili mogła się znów zagłębić w studni rozkoszy, kiedy w nią wszedł. 
     Strażnik przed wejściem już prawie usypiał. Wiedział, że tutaj nikt go nie opierdoli. Co innego gdyby był na warcie na obrzeżach obozu. Wprawdzie słyszał jak jego pani kapitan jęczy w ekstazie, ale na nim to akurat nie robiło wrażenia. Przeważnie był wyznaczany do pilnowania kwatery swojego kapitana i nie raz się już nasłuchał. Właśnie miał już zamknąć oczy na dobre, kiedy usłyszał przeciągły gwizd. To był umówiony sygnał wartowników. Strażnik zerwał się w jednej chwili chwytając za strzelbę. Nie czekając ani chwili wbiegł do domu. 
     Milena właśnie dochodziła do epicentrum rozkoszy, gdy w drzwiach od sypialni stanął strażnik. 
     - Co się kurwa gapisz! – krzyknęła – melduj! 
     - Taak jest...... pani ktoś nadjeżdża wraz z naszym podjazdem 
     - Rozumiem. Derek kurwa złaź ze mnie i ubieraj się – zrzuciła swojego sierżanta na bok i szybko wstała. 
     - Melechowicz! Podaj mi ubranie. No co się kurwa na mnie tak gapisz, jakbyś mnie nigdy gołej na kwaterze nie zastał! Rusz się! 
     Wartownik bez słowa podał Milenie jej koszule. Derek tez wstał. Na zewnątrz było słychać konie. Milena ubrała jeszcze buty i wybiegła z sypialni. Wartownik został i pomagał sierżantowi zakładać elementy zbroi. 
     Poranek był już blady. Było strasznie chłodno, aż para leciała z ust. Przed jej kwaterę zajechali czterej jeźdźcy. Dwóch należało do jej oddziału, pozostałych nie znała. Jeden z jej żołnierzy zsiadł z konia i podszedł do niej nachylając się do ucha. 
     - Pani, to wysłannicy od barona Siemiesława z zamku do którego zmierzamy. Przechwyciliśmy ich na gościńcu, kiedy ku nam zmierzali. 
     Milena kiwnęła głową i podeszła do jeźdźców. Ci mieli na sobie szare stroje do typowej nocnej jazdy, bez żadnych insygniów ani herbów rodowych. 
     - Witam posłańców. Zwę się Milena i jestem kapitanem tego oddziału. Jak rozumiem jedziecie z zamku, który znajduje się najbliżej nas? 
     - Zgadza się – odpowiedział jeden z wysłanników – jedziemy z wieściami do południowych grodów. O pomoc trza nam prosić bo bez takowej długo się nie utrzymamy 
     - Aaa tu akurat dobrze że na nas wpadliście mości panowie Meszczyźni popatrzyli po sobie 
     - Dlaczegoż to o pani uważasz to spotkanie za nad wyraz pomyślne. I skąd wie pani że ze szlachcicami ma do czynienia. 
     - Ano że panowie są ze szlachty to po głosie poznałam, a że dobrze że na nas wpadliście to to że ja akurat broń dla was wiozę 
     Szlachcice zadumali się na chwilę 
     - Jak to? – zapytał jeden, nic najwidoczniej z tego nie rozumiejąc 
     - Ano tak to mości panie – Milena uśmiechnęła się – ej ty tam! Przyprowadzić mi tu tego grubasa niech się z panami rozmówi. Was najmocniej przepraszam ale odziać się muszę. Ten grubas wam wszystko wyjaśni – wskazała na nadchodzącego, mocno zdyszanego dowódcę woźniców. Sama zaś obróciła się i znikneła we wnętrzu domu. 
     - Słyszałeś wszystko? – zapytała stojącego przy oknie Dereka 
     - Tak. I co teraz zamierzasz? 
     - Ty idź teraz ich przypilnuj. Każ ludziom konie gotować bo za kwadrans ruszamy. Chce mieć to wszystko już za sobą 
     - Dobrze Mileno 
     Derek miał już zamiar wyjść, kiedy usłyszał za sobą chrząknięcie 
     - Od kiedy to pozwoliłam ci się zwracać do mnie po imieniu co? 
     Ten na to wyszczerzył zęby w bestialskim uśmieszku i wyszedł za drzwi. 
     - Bezczelny cholera no – pomyślała i poszła do sypialni ubrać resztę rzeczy. 
     Kwadrans później byli już na koniach. Wszyscy ustawieni w kolumnę taką jak do tej pory jechali. Ruszyli na znak Dereka. Milena jechała pośrodku wraz z kapralem, zostawiając sierżanta z szlachcicami. Większość drogi upłynęła w miarę normalnie. Nigdzie ani śladu nieprzyjaciela, wciąż ten sam wojenny widok przesuwał im się przed oczyma, popalone wsie i drogi zasłane rozmaitym dobytkiem zostawionym w pośpiechu. Około południa dotarli do zamku. Była to dość duża bryła twardo ociosanego kamienia z wierzą pośrodku. Wjechali do środka w zaiste wielkiej glorii. Żołnierze wrzeszczeli dziko wiwatując i ciesząc się z nadesłanej pomocy. Milena miała ponurą minę. Nie lubiła zbytnio takich przyjęć i wiedziała że niedługo będzie musiała tych wszystkich wojaków rozczarować, bo nie zamierzała tu długo zabawić. 
     Wozy zajechały na wewnętrzny dziedziniec. Tutaj panował już spokój. Milena zsiadła z konia i już miała zamiar podejść do grubasa kiedy zawołał ją jeden z towarzyszących im szlachciców. 
     - Pani kapitan. Jeśli pani pozwoli mam zaszczyt zaprosić panią na rozmowę z baronem Siemysławem, który jest panem na tym zamku. 
     - Hm... no dobra prowadź waćpan do niego- Milena doskonale wiedziała o czym będzie ta rozmowa, ale nietaktem by było jej nie przyjąć. 
     Komnata audiencyjna barona była niewielka i dość przytulna. Sam baron zasiadał za wielkim drewnianym stołem. Był to mąż potężnej budowy w dość podeszłym wieku. 
     - Aaaaa Kalmirze widzę że przyprowadziłeś mi naszego zbawiciela – Szlachcic który towarzyszył Milenie ukłonił się dwornie po czym opuścił komnatę. 
     - Jak cię zwą – zapytał baron nie podnosząc wzroku ze sterty papieru 
     - Zwę się Milena panie – odpowiedziała dość oschle 
     - Jestem ci bardzo wdzięczny za pomoc z jaką do nas przybyliście. Myślę że w stajni znajdzie się miejsce dla waszych koni, a kwatera dla was samych. 
     - Panie ja... ja chciałam zapowiedzieć jaśnie panie baronowi, że niestety ale z gościny nie skorzystamy i chcielibyśmy jak najszybciej wyruszyć w drogę powrotną. 
     Baron powoli podniósł głowę i spojrzał na Milena spod krzaczastych brwi 
     - Przykro mi ale wasze odejście nie wchodzi w grę. Przysłano was tutaj jako eskorta dla konwoju broni, więc zostaniecie pod mymi rozkazami. 
     - Panie, my przez nikogo przysłani tu nie zostaliśmy, prawdę mówiąc to trafiliśmy tu przypadkiem z przyczyn ogólnie nam znanych. Zostałam wynajęta do eskorty tego taboru do port Vains gdzie miałam odebrać zapłatę i odejść 
     - Port Vains zostało zniszczone – wtrącił baron 
     - Tak wiem i dlatego postanowiliśmy eskortować tabor do najbliższego zamku. Panie my nie jesteśmy na służbie Temerii. Zostaliśmy jedynie wynajęci do eskorty 
     Starzec popatrzył na nią jakby nie rozumiejąc 
     - Wiec to nie was wysłał mój kuzyn Książe Vanbergu jako posiłki? 
     - Przykro mi panie, ale nie. My jedynie z przyczyn od nas nie zależnych tutaj trafiliśmy. 
     Zapadła chwila ciszy. Milena miała nadzieje że baron ich puści. Już jadąc od wioski brała pod uwagę taką możliwość, że mogą zostać siłą zmuszeni do zostania i obrony zamku przed wrogą armią. Baron podniósł z biurka mały dzwoneczek i zadzwonił nim. Do komnaty zaraz wszedł Kalmir. 
     - drogi Kalmirze ta oto najemniczką właśnie mi oznajmiła że nie przychodzi do nas z rozkazu księcia Venbergu, a trafiła tu jedynie omyłkowo. Co ty na to? 
     - Najjaśniejszy panie ja... ja zgadzam się z tym co mówi ta kobieta ale... 
     Oczy Mileny zaiskrzyły się groźnie. Nie lubiła jak nie zwracano się do niej zgodnie z jej szarżą. Baron wiercił wzrokiem szlachcica, gdy ten starał się wytłumaczyć całą sytuacje i co mogło się stać z posiłkami od księcia Venbergu. Po chwili przeczesał swe siwe włosy i machnął w ich stronę ręką 
     - Odprawić! 
     - Tak jest najjaśniejszy panie – Kalmir pokłonił się w pełnym gracji ukłonie Milena krótko po żołniersku skinęła głową i wyszła z komnaty. Na schodach dogonił ja Kalmir. 
     - Pani kapitan, proszę zaczekać! 
     Stanęła na półpiętrze i pozwoliła mu się dogonić 
     - Jest pani pewna, że nie chce pani zostać? Zwiadowcy donieśli nam że wojska nieprzyjaciela wzięły już nas w okrążenie. Droga powrotna najprawdopodobniej jest już zajęta. Może będzie lepiej jak pomożecie nam w obronie? Prawdopodobnie zdołamy się utrzymać do przybycia posiłków od księcia. 
     - Nie panie szlachcic. Pan doskonale zdaje sobie sprawę, że żadnych posiłków oprócz tego konwoju już nie będzie. To miejsce jest skazane na upadek, ten dom płonie, a głupi ten kto z płonącego domu nie ucieka. 
     Kalmir schylił głowę i wzdychnął ciężko. 
     - Tak zdaje sobie z tego sprawę, ale nas wiąże sprawa honoru a... 
     - W dupie mam ten wasz honor – wtrąciła – I tak nie przeżyjecie. 
     - Pozostaje sprawa oblężenia? 
     - Ja i moi ludzie damy sobie radę niech pana o to głowa nie boli – obróciła się i zaczęła schodzić do wyjścia 
     - Żegnam – rzuciła jeszcze przy wyjściu 
     W zamku zostali jeszcze przez godzinę. Milena chciała dać odetchnąć swoim chłopcom, a po za tym musiała się rozmówić z Derekiem. Znalazła go przy bramie. Stał tam razem z grubasem i najprawdopodobniej odbierał zapłatę. Milena poczekała aż grubas odejdzie i zbliżyła się. 
     - Nie oszukał nas? – Derek spojrzał na nią 
     - Nie, zapłacił co do grosza. Teraz będę musiał to rozdzielić między chłopaków. 
     - Tak, oczywiście, ale to za chwilę. Musimy się naradzić co do powrotu i czy mamy szansę się przedostać. 
     - Myślę, że mamy duże szansę. Wróg jeszcze nie opanował całej przestrzeni, jestem pewien że droga nie sprawi nam większych problemów, co najwyżej jakieś podjazdy.] 
      - Więc dobrze, pakuj się niedługo wyruszamy 
     - Milena ja.... to znaczy chciałem się zapytać czy po powrocie moglibyśmy dokończyć to co nam przerwali nad ranem 
     Milena popatrzyła na niego zdziwiona. Myślała że on traktuje to tylko jako czysty sex, ale po tonie jego głosu rozpoznała, że może mu na nie naprawdę zależeć. Zaintrygowało ją to szczerze. 
     - Zobaczymy – rzuciła i odeszła 
     Niedługo potem wyruszyli w drogę powrotną. Tak jak przypuszczała żołnierze z twierdzy patrzyli na ich odjazd ze smutnymi minami. Niektórzy wręcz złościli się i zło życzyli najemnikom. Milena nie odbierała tego jako obrazy. Po prostu wiedziała, że ci wojacy prawdopodobnie niedługo zginą w okrutnej walce, albo pomrą z głodu. 
     Teraz jechali o wiele szybciej. Bez zbędnego obciążenia w postaci wozów było im o wiele lepiej. Już w 2 godziny dotarli do wioski w której się zatrzymali nad rankiem. Tylko że teraz wioska przestała istnieć. Spalone kikuty domów sterczały tworząc grobowy klimat. Gdzie niegdzie się jeszcze paliło. W oddali wył jakiś pies. Za wioską zatrzymali się na chwile przed wbitymi nieopodal gościńca palami. Na palach były powbijane obdarte ze skóry trupy. Milena uśmiechnęła się gorzko w duchu. Domyślała się, że to są najprawdopodobniej jeńcy połapani podczas wypadów wroga. Ciekawa była czy byli to żołnierze jak ona czy też po prostu Bogu winni wieśniacy. Dała rozkaz i ruszyli dalej. Jechali przez większą część dnia stając tylko na krótkie popasy. W ciągu całej drogi dwa razy się natknęli na pobojowiska. Rozsiekane trupy leżały na drogach obok popalonych wozów. Męszczyźni musieli zginąć od razu. Poodcinane głowy napastnicy ułożyli w niewielki kurhan na środku drogi. Na samym czubku leżała główeczka malutkiego dziecka. Kobiety leżały przeważnie powiązane do wozów. Większość z nich zdarto ubranie i brutalnie zgwałcono przed śmiercią. Wiele kobiet miało porozcinane brzuchy i odcięte głowy. 
     Na drugim pobojowisku niektórzy musieli zejść z koni i ulżyć żołądkowi. Byli zawodowcami ale to co zobaczyli przechodziło wszelkie pojęcie. Milena zastanawiała się co za ludzie mogą czynić tak bestialskie mordy. Włócznia miała około półtora metra, wbita w ziemie pokazywała bestialską scenę mordu. Na włócznie nabito pięć ciał niemowlaków. Stali tak wszyscy i patrzyli się na te biedne malutkie istotki, które nie były przecież niczemu winne, a musiały płacić tak wysoką cenę za ludzka głupotę. Milena ze smutkiem patrzyła na ciała. Czuła jak po policzku spłynęła jej łza, a ona rzadko kiedy się wzruszała. 
     Nie mogli tego tak zostawić. Ciała ściągnęli z włóczni i zakopali w płytkim grobie. Nie mieli czasu zająć się tak wszystkimi zwłokami. Po chwili postoju ruszyli dalej. Z czasem Milena myślała, że może jednak nie spotkają żadnego patrolu, ale się myliła. Był to niewielki oddział, dziesięciu jeźdźców. Byli dość daleko i niezauważali jej żołnierzy. Byli zajęci czymś innym. Milena nawet na taką odległość odróżniała od śmiechów płacze i krzyki kobiet. Decyzja byłą szybka. Po piętnastu żołnierzy na flanki i ruszyli z kopyta wrzeszcząc dziko. Błysnęły szable. Przeciwnicy zorientowawszy się że są atakowani rzucili się w panice do ucieczki. Milena dopadła ich pierwsza. Jednego w pędzie siekła przez kark, o mało nie oddzielając głowy od tułowia. Drugi próbował się bronić, ale Milena chlasnęła go po żyłach i ten wypuścił broń z ręki. Zimna stal wbiła się w jego ciało. Pozostali zostali rozsiekani przez jej kompanów. 
     Milena truchtem podjechała do ciał dwóch kobiet. Jedna z nich jeszcze żyła. Była cała w krwi i siniakach. Między nogami utworzyła się już spora kałuża krwi. Jedyne oznaki jakie dawała to drżąca dłoń i szybko mrugające powieki. Milena zsiadła z konia i kucnęła nad kobietą. Ta popatrzyła się na nią pustymi oczyma. Milena wzięła delikatnie jej dłoń i ścisnęła lekko. 
     - Dobij....pani – wycharczała kobieta. Na ustach tworzyły się bąbelki krwi co znaczyło ze musiała mieć zmiażdżoną klatkę. Milena wyciągnęła sztylet i bez zastanowienia, błyskawicznie wbiła go w jej serce. Patrzyła jak kobieta zamknęła oczy. Jej ręka rozluźniła uścisk i wysunęła się z jej dłoni. 
     Milena szybko dosiadła konia i bez żadnych zbędnych pytań wydała rozkaz do wymarszu. Jechali w absolutnej ciszy. Nikt zbytnio nie miał ochoty do rozmowy. Wszyscy przeżywali na własny sposób to co dzisiaj ujrzeli. 
     Pod wieczór dojechali do lasu. Milena odetchnęła z ulgą. Wiedziała że za lasem czeka już ich tylko niedaleka droga do granicy. Po za tym znajdowali się już najprawdopodobniej za zasięgiem wroga. W lesie było spokojnie. Otulał ich szum liści i śpiew ptaków. Wszyscy się nagle jakby rozprężyli. Poprawiły się nastroje, ludzie zaczęli się śmiać i rozmawiać. Milena czuła się coraz bardziej pewna, że już im nic nie grozi. Co chwila spoglądała na Dereka. Już miała okrutną ochotę dojechać i wziąść gorącą kąpiel wraz ze swym sierżantem. Derek nie sprawiał wrażenia rozluźnionego człowieka. Wręcz przeciwnie, był czujny i bacznie lustrował poszycie leśne. 
     Ściemniało się. Milena właśnie miała dać rozkaz do postoju, gdy coś ją zaniepokoiło. Derek też sprawiał wrażenie niespokojnego. 
     - Derek co się dzieje? – zapytała 
     - Nie wiem.... coś mi tu nie pasuje. Czemu nagle zrobiło się tak cicho? Milena rozejrzała się wokoło. Wszyscy sprawiali wrażenie jakby nic nie zauważyli. Czuła że coś wisi w powietrzu. 
     - Derek...co... Nagle powstał ogromny harmider. Ludzie krzyczeli, konie zaczęły szaleć. Zza drzew posypały się strzały. Kilku jeźdźców pospadało z koni. Krzyki i wrzaski. Po lewej stronie odezwały się strzelby. Koń Mileny stanął dęba. Nie zdołała go opanować i upadła razem z nim na ziemie. Brzęk szabel wyciąganych z pochwy. Milena oszołomiona wstaje na nogi. Świat kręci się jej przed oczyma. Widzi jak biegnie w jej stronę jakiś męszczyzna z włócznią. Machinalnie wyciąga szable i tnie człowieka przez pierś. Wokoło robi się straszliwa kotłanina. Ludzie, konie, szczęk szabel. Z lasu wybiega na nich masa ludzi. Wszyscy starają się bronić. Droga po chwili zostaje zasłana trupami i krwią. 
     Milena walczyła. Siekała na każdą stronę szablą wprawiając swe ramie w morderczy rytm. Nie czuła bólu, nie wiedziała ile czasu upłynęło od ataku. Wroga wciąż przybywało. Pot zalewał jej oczy. Nie wiedziała nawet kiedy straciła hełm. Teraz walczyła zarzucając płomienistym warkoczem. Czuła się jak w transie, ogarnęła ją fala nienawiści i mordowania. Zabijała bez najmniejszych skrupułów, nie patrząc się kim dana osoba jest. Czuła jak podłoże pod jej stopami staje się śliskie od krwi. Skacząc zwinnie jak kotka przecięła twarz kolejnemu żołnierzowi, ale noga poślizgnęła jej się na krwi i wyrznęła na plecy. Pomyślała że już po niej. Starała się podnieść ale ślizgała się w czerwonej posoce. 
     Nagle ktoś chwycił ją za ramie i postawił na nogi. To był Derek. Stał i patrzyła nią. Był cały we krwi i błocie. Przez chwile ich oczy się spotkały. Na tę jedną krótką chwilę świat przestał dla nich istnieć. Wokół nich walka zwolniła swe tempo. Ciosy zadawano powoli, ruchy wydawały się jak w zwolnionym tempie. Patrząc tak na siebie wreszcie to poczuła. Tę jedność jaką z nim dzieliła, to wszystko co ich łączyło. Wreszcie zrozumiała że to on zaczął się dla niej liczyć bardziej od pieniędzy i luksusu. W tej jednej krótkiej chwili poczuła się naprawdę szczęśliwa, ale ta chwila minęła z szybkością błyskawicy przeobrażając się znów w śmiertelną walkę o przetrwanie. 
     Obrócili się do siebie plecami i zaczęli bronić się przed wrogiem. Zaczęli ze sobą współpracować tak doskonalę, że coraz mniej żołnierzy wroga decydowało się ich atakować. Milena obcięła rękę jednemu z napastników, który chcąc się wycofać przeszedł w pole działania Dereka. Ten bez chwili zastanowienia wsadził mu szable prosto w twarz. Jucha bryznęła mu na ręce i zbroje. Ten był ostatnim, który ośmielił się ich zaatakować. Nieprzyjaciel zrobił koło nich niewielkie koło i czekał. Milena zorientowała się że wszyscy jej podwładni już nie żyli. Została tylko ona i Derek. Oboje obracali się synchronicznie wokół koła lustrując twarze wroga. Ci stali niepewnie. Bali się atakować. Do koła podjechało kilku jeźdźców. Milena spojrzała na nich pogardliwym spojrzeniem. Już wiedziała kim byli. Nie nosili strojów takich jak ci co gwałcili te dwie kobiety na drodze. Uśmiechnęła się sama do siebie w pogardzie, bo poznała żołnierzy księcia Venebergu, którzy mieli przyjść na pomoc oblężonemu baronowi. Splunęła na ziemie 
     - Derek poznajesz? – głos miała pełen goryczy i złości 
     - Poznaje kurwa jego mać! – odpowiedział i dodał po chwili – szkoda że się nam nie udało. Naprawdę żałuje kochana - Milena zamknęła oczy. Spod powieki popłynęła jej łza. 
     Jeden z jeźdźców najwyraźniej dowódca machnął ręką dając znak łucznikom. - Kocham cię Derek – obrócili się do siebie. Patrzyli sobie w oczy. Wtedy już nie słyszeli brzęku cięciw. Grad strzał posypał się w ich stronę wbijając się w ich plecy. Milena poczuła straszny ból. Szabla wypadła jej z ręki. Patrzyła załzawionymi oczyma jak Derek pada na kolana i osuwa się do jej stóp. Ona stała nadal. Po chwili osóneła się na kolana. Wyciągnęła swój sztylet i bez zastanowienia jednym szybkim ciosem wbiła go sobie w serce. Upadła twarzą w kałużę krwi, a jej oczy zasnuła mgła śmierci.


copyright 2003-2019 brylka