Przejdź do treści

Żądza

Milena obudziła się jeszcze przed wschodem słońca. Wpatrywała się w gwiazdy, które tak strasznie przypominały jej rodzinną Kardarie. Wokół panowała cisza. Wszyscy jej kamraci jeszcze spali, a wartownicy siedzieli cicho na skraju obozu. Milena przez chwilę pomyślała żeby sprawdzić czy się nie pospali, ale ta atmosfera ciszy tak na nią działała że nie chciała jej zniszczyć bezpowrotnie.
Myślała jak to znów pięknie było by zobaczyć rodzinne strony, poczuć rześki wiatr od strony morza, kąpać się nago o wschodzie słońca i szaleć konno po plaży.
Ptaki rozpoczynały swój poranny śpiew. Gwiazdy powoli zaczęły blednąć, a na wschodzie powoli zaczynała się czerwienić łuna powstającego słońca. Konie poczęły prychać, Milena dosłyszała ciche szepty strażników. Pomyślała że to co piękne szybko się musi skończyć. Odetchnęła głęboko i podniosła się z posłania. Świergot ptaków zdawał się coraz bardziej donośniejszy. Wstawał nowy dzień. Wojowniczka usiadła i zanurzyła twarz w dłoniach starając się rozbudzić zaspane oczy. Wokół niej ludzie zaczęli się wiercić, jedni coś tam mruczeli, słychać było jak ktoś kaszle. Męszczyzna śpiący obok niej, obrócony tyłem do niej pierdnął donośnie, sprawiając że już całkiem rozbudzona tą fanfarą na cześć nowego dnia wstała, przeciągając się i próbując rozruszać zastygłe kości. Jeszcze raz popatrzyła się w niebo. Gwiazdy znikły już zupełnie i został tylko skrawek bladego księżyca, który jak na złość starał się opierać wschodzącemu słońcu.
Milena czując już dochodzące do niej nieświeże powietrze od strony kompana ruszyła w stronę wartowników, którzy swoje koce.