wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Kawałek wody

Obudził się w środku nocy z dziwnym uczuciem, że właśnie ma się wydarzyć coś niezwykłego. Przez chwilę leżał na łóżku nasłuchując. 
     — Starość, zaraza — mruknął i przewrócił się na drugi bok. Miał już zdrowo po sześćdziesiątce. 
     Skrzypnęły drzwi. 
     — Trzeba będzie się do tego przyzwyczaić — żartobliwy ton nie tak bardzo przykuł jego uwagę, jak fakt, że był to głos kobiety. Głos bardzo znajomy, ale za nic nie mógł sobie przypomnieć, skąd. Nic dziwnego, środek nocy, nów i całkowite ciemności w celi. A poza tym słuch już nie ten, co kiedyś, o, nie ten... 
     Zerwał się z łóżka i rąbnął o klęcznik. 
     — Jasna... — zdusił przekleństwo. Usiadł. 
     — Ha ha ha! — kobieta zaśmiała się wdzięcznie, ale nie złośliwie. — Ale z ciebie zakonnik. Przeklinasz jak dawniej, staruszku. 
     „Staruszku”. Skojarzenie było tak absurdalne, że natychmiast je odrzucił. 
     Rozmasowywał nogę i myślał, skąd się ona tu wzięła. W zasadzie było niemożliwe, żeby kobieta dostała się do klasztoru, a już tym bardziej do którejś celi. Czyżby furtian, stary obibok, zasnął? 
     — Jak się tu znalazłam, prawda? 
     — Hę? — odpowiedział głosowi z ciemności. 
     — Zastanawiasz się, jak tu weszłam — wyglądało na to, że znała jego myśli. Chociaż z drugiej strony nie trzeba było być zbyt przenikliwym, żeby wiedzieć, co zaprząta jego głowę. 
     — Nno, tak. A w ogóle, to jakbym cię... 
     — Skądś znał — znów się roześmiała i usłyszał jeszcze coś, chyba puchnięcie. Znowu skojarzenie to samo, co wcześniej. Nie! To nie mogła być prawda. Przecież... 
     — Własnoręcznie mnie pogrzebałeś. 
     Odwaga nigdy nie była jego mocną stroną. Zerwał się z łóżka i znowu rąbnął kolanem. 
     — Esssssssiii...??! — w syczącym z bólu pytaniu był szok, ciekawość i radość. Ale za moment, a może nawet w tej samej chwili, pojawił się strach. Taki, który nie paraliżuje ciała, ale umysł i czyni go kompletnie bezwolnym. Najpierw mrowienie w karku, potem przesuwa się w górę, we włosy, które zaczynają się jeżyć. Ruszasz się z łóżka, trzesz obolałe kolano, znowu siadasz. Chcesz coś powiedzieć, o coś pytać, nie wiesz, o co. Może nawet dałoby się krzyknąć. Ale jakaś czarna żywica zalewa mózg i nie pozwala mu podawać otrzeźwiających rad: „To niemożliwe”, „Nie, takie rzeczy zdarzają się tylko w balladach”, „Majaczę”, „Od strzyg i innych takich jest Geralt”. 
     Strach nie tak łatwo dawał się okiełznać. Wszystko spowite było ciemnością. Czekał i nasłuchiwał. Wreszcie usłyszał oddech dochodzący od strony drzwi i dopiero ten dźwięk trochę uwolnił myśli. 
     — Oddycham, co? Nie bój się, nie jestem zombie... — zawiesiła głos. Bardziej niż jej oddech przywróciły go rzeczywistości jej słowa, choć strach ciągle na tyle go paraliżował, że nie zauważył pewnej nutki w jej głosie. 
     — ...ale jestem... — odczekała — strzygą! — nagle tupnęła i szurnęła głośno w jego stronę. 
     Przerażony zerwał się i... 
     — Ha ha ha! — tym razem gość roześmiał się srebrzyście i z całego serca. — Jaskierku kochany, zapal do cholery światło, bo następnym razem się zabijesz, a ja umrę z żalu nad twoim grobem. Jeśli ci twoi nowi kompani pozwolą mi w ogóle zobaczyć twój grób. 
     Przez dłuższą chwilę nie mógł nic powiedzieć z bólu i wzruszenia. 
     — Oczko, to naprawdę ty?! — sycząc pieścił spuchnięte kolano. 
     — Zapalisz to światło, baranie?! Nie będę tu stała w drzwiach! 
     — Och, przepraszam, kwiatku, to naprawdę ty. Już zapalam. Ale nie drzyj ślicznej mordki, bo ktoś usłyszy. 
     — Zanim wstaniesz, przypomnę ci, że przed sobą masz jakiś przedmiot, o który rozbijasz się, na razie nieskutecznie. 
     — Klęcznik — wstał, tym razem omijając niebezpieczny mebel. Za chwilę w celi zapłonął mały kaganek, wydobywając z ciemności Jaskra, łóżko, lutnię na ścianie i Essi. No i klęcznik. 
     Spojrzeli. 
     I rzucili się sobie na szyję. 
     — Udusisz, wariacie! 
     — Ohmm..., Oczko — Jaskier był naprawdę zszokowany. Kolejne słowa pomału i nieśmiało wyłaniały się zza wodospadu jej złotych włosów. — Ile... razy... ty masz zamiar... umierać? 
     — Jaskierku, ja ci wszystko opo... — utonęła w kolejnym uścisku. Było im tak dobrze i tak się czuli, jakby dopiero miesiąc temu pożegnali się. Nie za długo, żeby się od siebie oddalić, nie za krótko, żeby jeszcze nie tęsknić. 
     — Oczko... 
     — Mmm? 
     — Oczko, dlaczego ty... 
     — Żyjesz? 
     — Mhm. 
     — Usiądźmy, dobrze? 
     — Ale gdzie, ja nie mam krzesła? 
     — A co ty, staruszku, się taki cnotliwy zrobiłeś? Boisz się niewiastę posadzić na swoim łóżku? — Essi wysunęła się z ramion Jaskra i wtedy, z bliska zobaczył jej twarz. Twarz, jaką tak dokładnie pamiętał. Bez żadnej zmiany. 
     — Essi...? — wątpliwości znowu zaczęły wpełzać mu do głowy. 
     — No jestem młoda! — Essi się rozzłościła. — Jestem młoda i co z tego?! Przeszkadza ci?! 
     — Nnie — z wahaniem odparł. 
     — To czego marudzisz?! Jakbym była stara, brzydka i pomarszczona, jak pewien mój bard-przyjaciel, którego imienia nie wspomnę — zaczęła się znowu z nim drażnić, jak dawniej, i to było przyjemne — tobyś pewnie nabijał się ze mnie, że babcia, a gdzie laseczka, a może nocniczek... 
     — Co ty... — nie zdążył skończyć. 
     — Dobra, dobra, już ja cię znam, paskudniku, dogryzałbyś mi aż do granic wytrzymałości! 
     — Nieprawda, Essi — jakimś dziwnym jak na Jaskra, zgaszonym głosem zaprzeczył. Dostrzegła tę zmianę. 
     — Co ci, Jaskierku? — pogłaskała go po ramieniu. 
     Ciągle stali. 
     — Bo... widzisz... nie dogryzałbym ci... bo... ja... no wiem, że to dziwne... ale się za tobą... stęskniłem — mimowolnie krępował się, że takie rzeczy mówi do młodej przecież, jakby nie było, kobiety. Przyzwyczajenie, jak powiadają, drugą naturą. 
     Ale na szczęście to była Essi. Bezpretensjonalna i prostolinijna jak zwykle. Cmoknęła go w policzek tak szybko, że nie zdążył mrugnąć. 
     — Jaskierku, nawet nie wyobrażasz sobie, jak ja się za tobą stęskniłam. Dlatego tu jestem. Więc posadź mnie w końcu, mnichu jeden, na swoim mniszym łóżku, co? 
     — Siadaj, jasne, siadaj — odgarnął pościel ręką. — Przepraszam. 
     Essi siadła i rozejrzała się. Wzrok jej padł na jakiś symbol wiszący nad łóżkiem. 
     — Słuchaj, to jedna z najbardziej frapujących rzeczy we wszechświecie. 
     — Co? 
     — Jaskier–mnich. Przecież jak ja cię pamiętam, to twoje poróbstwo... 
     — Essi! 
     — No Jaskierku, taka prawda, twoje poróbstwo w zawody mogło iść tylko z króliczym. Ty byś nie mógł być zwykłym mężem, a co dopiero mnichem. Że nie wspomnę o twoich, hmm, poezjach. 
     — Nie wspominaj — najwyraźniej zawstydził się. 
     Tak, to było rzeczywiście nie do pomyślenia — Jaskier wstydzący się własnych dowcipów. 
     Essi momentalnie wyczuła słaby punkt, a że była w świetnym humorze, więc zaczęła wiercić. 
     — No no no, nie bądź taki cnotliwy, przypomnę ci ten wierszyk, coś go ułożył pod koniec uczty, na zamku, czekaj, to w Rozrogu zdaje się było. Byłeś wtedy nieco, hmm, zabalsamowany i na odchodnem chciałeś dać jakąś piękną naukę kuzynkom Herwiga. I dałeś, ooo, dałeś. Może nie wiesz, ale cały cywilizowany świat to do dziś powtarza. Wprawdzie nie wie, co zamierzał zrobić z tobą Herwig, jak marszałek dworu nazajutrz słowo w słowo przytoczył mu twoją naukę, ale powtarza. I do literatury pięknej po jakimś czasie wszedłeś, pozazdrościć, nie powiem. Tak, tak, nie przerywaj mi — uprzedziła nieśmiałą próbę zakończenia tematu i patetycznie zaczęła: 

     — „Nie śmiejcie się, dziewice płoche, 
     Bo takie zmyślne mam narzędzie, 
     Że gdy nim pomajstruję trochę,” 
     — wstrzymała oddech. I szybko dokończyła 
     — „Zaraz mniej dziewic w świecie będzie.” * 

     Rumieniec Jaskra widać było nawet w słabym świetle lampki oliwnej. Essi parsknęła. 
     — Proszę cię, Essi, daj temu spokój, dobrze? 
     Autor słynnego kupletu miał taką nieszczęśliwą minę, że Oczko, nie chcąc mu robić widocznej przykrości, zrezygnowała ze wspominków. 
     Zapadło długie milczenie. 
     Było im bardzo dobrze razem. Było tak, jak dawniej... 
     Za oknem czerń nabrał innego odcieniu. Oczko westchnęła. 
     — Jaskier? 
     Ocknął się. 
     — Tak? 
     — Co ty, śpisz? 
     — Nie. Myślę. 
     — O czym? 
     — To ty nie znasz moich myśli? 
     — Czasami znam, a czasami nie. To o czym myślisz? 
     — Aaa. O tym, co było... Może o tym, co będzie... Sam nie wiem. 
     Essi przekręciła się w jego stronę. 
     — Chciałam cię o coś spytać. Mogę? 
     — Jeśli to tylko nie dotyczy moich poezji... 
     — No dobra, z tamtym koniec. Ale właściwie to trochę jest związane. Bo, widzisz — zawahała się — zmieniłeś się, sam wiesz, wstydzisz się i tak dalej. Ja wiem, że to dlatego, że tu jesteś, w tym mnichowisku, ale chciałam wiedzieć, dlaczego, Jaskier. Dlaczego tu, w tym dziwnym świecie, i dlaczego właśnie tak. 
     Przez chwilę milczała. 
     — Bo właściwie, to... — znowu się zawahała — dlatego przyszłam. 
     — Właśnie, miałaś mi powiedzieć, jak to możliwe, że jeszcze żyjesz, i że jesteś tu — palcem wskazał kamienną podłogę. 
     — Ale najpierw ty, Jaskierku, dobrze? — poprosiła jak mała dziewczynka, która chce naciągnąć starszego brata na występ kuglarzy, którzy właśnie pierwszy raz zawitali do miasteczka. 
     Jaskier jakby nie usłyszał. 
     — No? — szturchnęła go kolanem. 
     Chwilę jeszcze się wahał, potem spuścił głowę i zaczął opowieść. 
     O tym, jak Ciri zabrała Geralta i Yennefer. Jak pomału odchodzili przyjaciele. 
     Jak został sam ze swoją sławą, lutnią i kontem w banku Vimmiego w Novigradzie. 
     I jak myślał, że wszystko się skończyło, a jemu zostało tylko układanie ballad i codzienne ćwiczenie na lutni, żeby nie wyjść z wprawy na starość, w razie gdyby bank ogłosił niewypłacalność. 
     Ale źle myślał. Któregoś dnia w okolicy Zgierza na Zarzeczu, gdzie się zatrzymał na dłużej z powodu czwartej, najmłodszej córki miejscowego młynarza, ktoś zaczął wypytywać o barda, który był przyjacielem wiedźmina Geralta. 
     Tamtej nocy Jaskier akurat w karczmie za rzeką intensywniej propagował wyższą kulturę muzyczną, śpiewanie ballad urozmaicając sobie nabytym szczęśliwie nowym nałogiem — kartami. Spłukał się wtedy niemal do szczętu, mając nadzieję na szybką wypłatę odsetek przez Vivaldiego. Kiedy w południe następnego dnia wrócił do młyna, podłoga była we krwi, ściany były we krwi, a zwłok młynarza i jego rodziny nawet mu nie pokazano. Próbował się czegoś dowiedzieć, ale parobek, który pierwszy znalazł trupy, chłop na schwał, siedem stóp, zdążył mu tylko słabym głosem wystękać: „No, jak co dnia wszedłem od tyłu, panie Jaskier, do młyna i...” Zwymiotował. 
     Jaskier nie dopytywał więcej. Był już na tyle obeznany ze światem płatnych zabójców, czarodziei i wiedźminów, że od razu wsiadł na konia i wyjechał z osady. Nie oglądał się. 
     Od rozstajów ujechał spokojnie może letnią milę, znajome pagórki już mu zniknęły za plecami, gdy stało się coś dziwnego. Nagle na wprost niego, nad piaszczystą drogą pękło powietrze. Po prostu tak, jakby się rozsunęła niewidzialna kurtyna. Ze szczeliny w pełnym galopie wyskoczył koń, czarny jak bazalt, a na nim... 
     — ??! — Jaskier zdębiał i jego koń również. 
     Szarowłosa postać zgrabnie zatrzymała bazalt przed kobyłą barda. Brzydka rysa na gładkiej buzi wygięła się w grymasie przypominającym satysfakcję z udanego żartu. Jaskier nie miał ochoty na dowcipy. Jeszcze go mdliło na wspomnienie młyna. 
     — Ty gówniaro!!! — rozdarł się. — Zatłukę cię, jeśli będziesz robiła takie kawały!! 
     Ciri nigdy nie trzeba było zachęcać do kłótni. Zrobiła złośliwą minkę i na jednym oddechu odszczeknęła: 
     — Ty nędzny wierszokleto pyskuj tak dalej swoim dobrodziejom i wybawcom a w zimie bez butów chodził będziesz jeśli jej dożyjesz w co szczerze wątpię bo żeby przeżyć trzeba mieć rozum chociaż mrówki. 
     Jaskra zamurowało na moment. 
     — Wierszokleto... wybawcom... buty... mrówki... — z niejakim trudem, rzecz normalna, zbierał siły na kontratak. 
     Ciri jednak nie dała mu czasu na przegrupowanie szarych komórek. 
     — A poza tym... 
     Niestety, już się nie dowiedział, co poza tym. Ciri spojrzała za jego plecy i zamarła. 
     — Jaskier, później dokończymy tę miłą pogawędkę, dobrze? 
     Obejrzał się do tyłu. Ze wzgórza galopem zjeżdżało trzech mężczyzn. Od Jaskra i Ciri dzieliło ich nieco więcej niż pół stajania. 
     — Kto to? — zapytał i ze ściśniętym gardłem sam sobie odpowiedział — to oni... młynarza...? 
     A w jego głosie oprócz strachu było coś jeszcze, coś dla Jaskra nietypowego, jakby nuta osobistej krzywdy i wyjątkowo bolesnej straty głęboko skrywanej. 
     — Tak, Jaskier. Ale dobrze wiesz, że oni nie szukają młynarzów. 
     — Wielka Melitele! Ratuj nas! — przypływ pobożności w takich chwilach był u poety typowy. — Ciri, na co czekamy, uciekajmy! 
     Jeźdźcy przybliżyli się tak, że widać było wyraźnie ich sylwetki. I było widać, że trzeci jeździec, zostający nieco z tyłu, jest dużo wyższy od pozostałych i szerszy, że jest większy od jakiegokolwiek znanego Ciri i Jaskrowi człowieka. 
     — Nie damy rady. Ja na Kelpie to tak, ale ty na tym bydlęciu? — krytycznie spojrzała na Jaskrową kobyłę. — Mowy nie ma. 
     Przez chwilę intensywnie myślała. 
     Jeźdźcy byli już tak blisko, że Jaskier słyszał chrapanie ich koni. Dwaj pierwsi na twarzach mieli chusty. Trzeci był za ciężki dla konia i zostawał z tyłu. Chusta zsunęła mu się na szyję, odsłaniając twarz. Bogowie! Jaskier zawył i bezradnie odwrócił się do Ciri. Nie! To nie była twarz. A przynajmniej nie ludzka. 
     Widząc, co się dzieje ze śpiewakiem, wiedźminka błyskawicznie podjęła decyzję za obydwoje. Już wiedziała, gdzie jechać. W czasie swoich wędrówek napotkała takie jedno miejsce, gdzie nikt nie będzie szukał zbyt znanego barda. Nikomu to nawet nie przyjdzie do głowy. 
     — Jaskier, nie myśl, tylko rób to, co ja. Jazda! 
     Spięła gwałtownie Kelpie, dziko wrzasnęła i ruszyła przed siebie. Jaskier posłuchał się i nie myśląc pognał za nią. Nie oglądał się. 
     Przez moment pędzili piaszczystą drogą, gdy nagle ogarnęła ich ciemność, jakiś szum i chłód. Trwało to bardzo krótko. 

     ... 
     Jechali pośrodku słonecznej doliny. Wokół nich w mgiełce rozciągało się pasmo niewysokich gór, a wysoko, hen gdzieś, pod małymi, kłębiastymi obłoczkami śpiewał skowronek. Nagła idylla. 
     — Gdzie oni są? — Jaskier rozejrzał się nerwowo i przystanął. Nie miał ochoty na spotkanie z trzema jeźdźcami, a szczególnie z tym ostatnim. — Gdzie my jesteśmy? A w ogóle kto to jest? I dlaczego ich nie ma za nami? Czego oni chcą ode mnie? Ciri, dlaczego zamordowali tę rodzinę, przecież to byli spokojni ludzie? 
     Ciri na wszelki wypadek obejrzała się, choć wiedziała, że wszystko powinno już być w porządku. 
     — Uspokój się. Nic nam nie grozi. Naprawdę — dodała, widząc powątpiewanie w szeroko otwartych oczach poety. Uśmiechnęła się. — Zapewniam cię, że się zdziwili i na pewno nie będą wiedzieli, gdzie nas szukać. Zostali tam, gdzie ich ostatni raz widzieliśmy. To raz. Dwa, kim są. Sama chciałabym wiedzieć. 
     Zadumała się. Ruszyli wolno w stronę najwyższego wzniesienia, u stóp którego leżało jakieś miasteczko. 
     — Wiesz, co robił Vilgefortz, prawda? 
     Jaskier skinął głową. 
     — Dijkstra, zanim zniknął, zdążył odnaleźć parę, hmm, gabinetów Vilgefortza. Jeden z nich był zresztą przygotowany dla mnie — Ciri mimowolnie przełknęła ślinę. 
     — No więc — po chwili ciągnęła dalej — nie wszystkie znaleziono. Niektóre pracowały i pracują do dziś. 
     — Bez niego? 
     — Bez. On miał wielu bardzo zdolnych współpracowników. Ciągną te eksperymenty. Ten... — szukała słowa — jeździec, wiesz, ten największy, to... 
     — Eksperyment? 
     — Tak. Zaczyna im się coś udawać. 
     — To znaczy? 
     — Stworzenie odporne na magię, inteligentne, z twardą jak kamień skórą, jakby mantikora i strzyga zarazem. 
     Jaskier poczuł, że włosy na głowie zaczynają mu się podnosić. 
     — Na wszystkich bogów! To niemożliwe! O takich stworach ślepe dziady bajają przy ogniskach, ale nikt w to nie wierzy! Sam parę razy słyszałem podobne historie. 
     — Więc ktoś się nasłuchał takich bajek, a teraz próbuje je ożywić. Gdzieś to słyszałam... mmm... „Jak coś jest do pomyślenia, to jest i do zrobienia”. Stąd nauka dla ciebie, mądralo, zastanów się dwa razy, zanim zaśpiewasz balladę. 
     — Aa, a ci dwaj? 
     — Prawdopodobnie strażnicy i rozkazodawcy stwora. 
     Jaskra obleciał dreszcz. 
     — Jjjak to bbydlę się nazzywa? 
     — Mówią na niego nazgul. Ale to początek eksperymentów. Chcą czegoś więcej, czego, nie wiem — Ciri zapatrzyła się przed siebie i na moment, bardzo krótki moment stała się jakby nieobecna. 
     — O tak, kiedyś im się uda — szepnęła sama do siebie, ale Jaskier usłyszał. Głośno dodała — Problem polega na tym, że nikt nie wie, ile tych laboratoriów jeszcze jest i gdzie. Nilfgaard? Możliwe. 
     Znowu zamilkła. Po chwili ciągnęła dalej. 
     — Nazgul potrzebuje widoku ludzkiego cierpienia, potrzebuje je zadawać. Jakby się tym żywił. Dlatego tam, w osadzie spuścili go na moment ze smyczy, żeby się trochę rozerwał. 
     Milczeli. 
     — To jest powód, dla którego tu jestem. Nie wiem, jak zatrzymać nazgula. Ale wiem, jak uratować twoją skórę. 
     Widok Jaskra w tym momencie przywodził na myśl zdruzgotaną dziecięcą kołyskę. 
     — Dlaczego ja, biedny poeta? Nic nikomu nie zrobiłem, do eksperymentów jestem za stary... I znowu dzieje się wokół mnie coś, czego kompletnie nie rozumiem. 
     — Myślę, że tu raczej chodzi o Geralta. Ktoś chce się do niego dostać. 
     — Ale przecież ja nie wiem, gdzie on jest. To ty go gdzieś wzięłaś. Ciebie powinni szukać. 
     — Oni tego nie wiedzą. Myślą, że ty, jego najbliższy kompan i... no, jakby przyjaciel... 
     — „Jakby”?! 
     — No dobrze, więc ty, jego najbliższy przyjaciel powinieneś wiedzieć, gdzie on się znajduje. 
     — A dlaczego ty mnie znalazłaś, smarkulo, hę? 
     — Nie pytaj mnie, skąd wiem o wszystkim, bo dla twojego dobra, wujku Jaskrze, ci nie powiem. Jestem tu po pierwsze, bo jesteś mi, no, hmm, bliski, lubię cię — Jaskier z lekka się wypogodził. — Więc nie chciałabym, by ci się coś stało. 
     — Geralt też by nie chciał — dodała. — A po drugie, gdyby ciebie dostali, to, wybacz, z całym szacunkiem dla twego męstwa znanego we wszystkich dworach od Jarugi do Poviss, ale wydusiliby z ciebie, co się stało z Geraltem. Jak nie nazgulem, to magią, ale wydusiliby. I powiedziałbyś im, że to ja go wzięłam, wtedy miałabym ich na karku i któregoś dnia nie zdążyłabym uciec. Łatwiej było ratować ciebie. Dwie pieczenie — ty jesteś cały i ja mam spokój. 
     Jaskier przez chwilę się nie odzywał, co było dowodem, jak wielkie wrażenie wywarły na nim słowa Ciri. W końcu nie wytrzymał, a w jego głosie brzmiał nieudawany podziw. 
     — Ty, smarkulko... ty jesteś ale szczwana. 
     Ciri uśmiechnęła się, dumna z komplementu. I zaraz wrócił jej zwykły rezon. 
     — To jak, jestem twoim wybawcą? — zawsze lubiła się z nim przekomarzać, a sielski krajobraz i cisza wokół spowodowały, że napięcie ostatnich chwil opadło i nabrała ochoty na żarty. 
     — W zasadzie nie wiem. Nie powiem, żeby to było przyjemne być uratowanym przez smark... — Ciri groźnie spojrzała — przez damę, przez przypadek i przy okazji. Choooć... zaraz, chyba ci daruję... 
     — „Daruję”, he, no wiecie co? 
     Odczepił lutnię od siodła. 
     — To może być całkiem niezły temat na balladę — na słońcu struny szybko się rozstroiły, więc podkręcił nieco kołki, sprawdził i delikatnym arpeggio wydobył miękki, soczysty akord. — Będzie miała tytuł... „Mimochodem”. 
     Przez chwilę kojarzył sylaby i rymy. 

     Kiedym jechał letnią porą ponad góry spozierając, 
     anim myślał, że za chwilę coś strasznego się okaże 
     i w podskokach oraz nerwach będę gnał 
     — Jaki rym może być do „okaże”? Zmaże, rozkaże, łażę... hmm... nie pasuje. Może „plaże”? 
     — Plaże? Jakie plaże, nigdzie nie było plaży? 
     — Nieważne, nie przeszkadzaj, bo zgubię myśl. 
     Jeszcze raz zaczął. 

     Kiedym jechał letnią porą ponad góry spozierając, 
     anim myślał, że za chwilę coś strasznego się okaże 
     i w podskokach oraz nerwach będę gnał przez dziką plażę 
     poprzez wydmy, pola, lasy jakby jaki dziki zając. 
      
     — Plaża może być. To się nazywa licentia poetica — uczonym tonem wyjaśnił Jaskier. — Poeta może zmieniać fakty, jeśli uzna, że mu nie pasują do całości. 
     — Raczej do oficjalnej wersji. 
     — Nie powiedziałbym, żeby moja profesja tak nisko upadła — Jaskier wydął usta i wyprostował się w siodle. — My, poeci i śpiewacy, jesteśmy ostatnimi bastionami prawdy. Kiedy władza ją dusi, uniwersytety wypędzają, u nas ci się ona, człecze, schroni i znajdzie przytulisko. „Kiedy księgi indeksują, bardzi prawdę wyśpiewują.” **Przy ogniskach na ten przykład i przy kuflu aromatycznego, korzennego napoju. 
     — Bardzo mi się podoba twój kaznodziejski ton, bardzo. 
     — To nie jest kaznodziejski ton, tylko pouczanie ciemnych mas społecznych o roli poezji. A dlaczego ci się podoba? — coś go tknęło, może zawodowa intuicja. 
     — Aaa, tak sobie powiedziałam bez sensu — uspokajający ton Ciri podziałałby na wściekłego żubra. Ale nie na Jaskra. Poczuł znane mu dobrze od dzieciństwa ściskanie w dołku. Takie samo, jak wtedy, gdy ojciec wracał z comiesięcznej rozmowy z nauczycielem. Nie wiedział tylko, co miałoby to ściskanie znaczyć teraz. Wkrótce miał się dowiedzieć. 
     Po dwóch godzinach spokojnej jazdy dotarli do miasteczka. Senne, małe i biedne, wydawało się zapomniane przez bogów i ludzi. Pustka na uliczkach dawała do zrozumienia, że o tej porze żaden rozsądny człowiek nie opuszcza cienia. Na szczycie wzniesienia, u stóp którego leżało miasteczko, widać było jakąś potężną kamienną budowlę w stylu Jaskrowi nieznanym. Być może powinien bardziej uważać na fakultetach w Oxenfurcie. Nie miała w sobie nic ze zwiewności elfich pałaców ani ze strzelistego piękna Tanned. A mimo to przykuwała wzrok. Na jej widok ściskanie w dołku pojawiło się z dwukrotnie większą siłą. Tak jakby jakieś przeczucie, że to tu właśnie zmierzają i że miejsce to nie będzie kolejnym przystankiem, krótszym czy dłuższym. 
     Minęli miasteczko budząc dwie muchy i jednego burego kota i ruszyli pod górę. Jaskier o nic nie pytał. Po prostu ścisnęło go tak, że nie mógł wydusić słowa. 
     Na szczyt wiodła kręta droga. Ciri, im bardziej się zbliżali, robiła się coraz weselsza i z jakimś tajemniczym uśmieszkiem patrzyła na Jaskra. Słońce paliło coraz bardziej i Jaskier z nadzieją pomyślał o chłodzie murów wielkiego budynku, w cieniu których mogliby się zatrzymać na odpoczynek. Ale dalej się nie odzywał, podobnie zresztą jak Ciri. 
     Jechali ponad godzinę. 
     Na przedostatnim zakręcie Jaskier zatrzymał konia. 
     — Dłużej nie wytrzymam. Co to jest? 
     — Co, Jaskierku? 
     — Nie strugaj trolla — blady jakiś i niewyraźny próbował swemu głosowi nadać pozory stanowczości. 
     — To jest miejsce, gdzie będziesz bezpieczny. Gdzie nikt nie będzie cię szukał. Ile razy mam ci to powtarzać, wujciu? Wierz mi, nawet Geraltowi nie przyjdzie do głowy, że mógłbyś tu się znaleźć, nawet przez przypadek — uśmiechnęła się, a oczy jej zabłysły chochlikowato. — Przede wszystkim jemu. Jedźmy, bo pali niemożebnie, a pić mi się chce, jak nie wiem. 
     — Znasz tam kogoś? To czyjś zamek czy jakiś duży zajazd, taki z pełną obsługą? — Jaskier trochę się wypogodził. 
     Ciri mogła się tylko domyślać, co to „pełna obsługa” dla Jaskra. Zachciało jej się okropnie śmiać, ale powstrzymała się. 
     — W pewnym sensie. Raczej będziesz zadowolony — zakasłała. 
     Jaskier uważniej na nią spojrzał. Jechała wyprostowana i z poważną miną. 
     Dojechali do bramy. Ciri bez zastanowienia pociągnęła za kołatkę. Dłuższą chwilę słońce prażyło ich niemiłosiernie w plecy. W końcu usłyszeli kroki i za moment w bocznych drzwiczkach, wąskich, ale wysokich, otwarło się małe okienko z badawczymi oczyma w środku. 
     — Man... dziare — wiedźminka wahając się skierowała palec w stronę ust. 
     Właściciel oczu skinął głową i okienko zamknęło się. 
     — Ha, zajazd! — niepokój Jaskra minął jak ręką odjął. — Ciri, jesteś kochana! O bogowie, wykąpię się, do balii każę sobie podać zimne piwko z beczki i jakieś towarzystwo! Nieee no, Ciri, jak ja cię lubię! W jakim tu mówią? Bo to nie był wspólny ani Starsza Mowa. Co, Ciri? 
     — Z obsługą tu jeszcze nie gadałam, nie są zbyt rozmowni, ale... — przy „obsłudze” ścisnęła usta. 
     — Aaa, pełna dyskrecja, to rozumiem. O, widzisz, po tym zawsze poznasz lokal na poziomie. To jest to. Nie zadają zbędnych pytań, w ogóle mało mówią i zgadują twoje życzenia. Tak tak, Ciri, to właściwe miejsce. To lubię — rozkręcał się, a nieprzyjemne uczucie w dołku było znowu wspomnieniem z dzieciństwa. — Ale gdybym tak miał jakieś specjalne życzenie, to jak się z nimi dogadać? Słyszysz? Jaki to język? 
     — Nie wiem, jak to we wspólnym będzie, ale tutejsi swój język nazywają „italiano”. 
     — Italiano! Mmm... Pięknie brzmi... Italiano, italiano — zanucił sobie pod nosem. — Już sama nazwa tego pięknego języka sprawia, że zaczyna mi się tu podobać. A jacy cudowni i spokojni ludzie muszą tu mieszkać. Ajajaj. W ogóle to gdzie my jesteśmy, Ciri, właśnie, miałaś mi powiedzieć? Gdzieś nas przeniosłaś teleportem, to ja wiem, ja wprawdzie w magicznych naukach nie ćwiczony, ale nie myśl, żem zupełnie głupi. To gdzie nas rzuciło, co smarkulko? Mam nadzieję, że to nie był teleport chaotyczny. Ale nie, nie mógł być, bo wiesz, gdzie jesteśmy, znaczy się wszystko w porządku. Niech zgadnę: tak cholernie odległe Południe, że nikt tu nawet nie słyszał o Nilfgaardzie, nie mówiąc o mnie. Tak? 
     Ciri o mało nie parsknęła ze śmiechu. 
     — Zgadłeś. To południe i nikt tu nie słyszał o Nilfgaardzie ani o tobie. Ale nie przejmuj się, od czego masz lutnię? Parę wieczorów i będą w temacie. 
     — Dobra, biorę na siebie obowiązek zapoznania ich z historią i wyższą sztuką, tylko gdzie jest ten odźwierny, zaraza, my tu zwęglimy się na tym słońcu? 
     Odźwierny jakby usłyszał skargę. Furtka w murze się otwarła i pojawił się w niej dość młody mężczyzna z koszykiem w ręku. Jaskier lekko osłupiał. Mężczyzna postawił koszyk na ziemi i zniknął za drzwiczkami. 
     — Tt...rochę dziwnie ubrany? 
     — Oni tak tu wszyscy... 
     — Aaa, rozumiem, taki strój ludowy, jasne, chociaż może nieco za mało podkreślałby wdzięki kobiet, nie uważasz? 
     — Z tym nie będziesz miał tu problemu — Jaskier na te słowa zrobił tak szczęśliwą minę, że Ciri wątroba odwróciła się na drugą stronę. Już prawie nie mogła się powstrzymywać. 
     — Ciriiii! Oświadczam, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nigdy bym cię nie podejrzewał o tyle zrozumienia dla potrzeb poety. Rozumiem, że kobiety są tu tylko nieco chłodniejsze od tego cholernego słońca. Oto wreszcie miejsce, którego całe życie szukałem. Ja się stąd nie wyprowadzam. 
     Coś mu się nagle przypomniało. 
     — Czy akceptują tu czeki Vivaldiego? I gdzie ten mruk poszedł? 
     — Zaraz przyjdzie. A na Vivaldiego... hmmm... będziesz musiał trochę poczekać. Ale nie martw się. 
     — Ciri, złotko, bogowie mi cię zesłali! Bo wiesz, mam u Vimmego w Novigradzie małe kontko. Nawet lepiej, że to ty mnie wyratowałaś, bo gdyby to był Geralt, uuuuu, ten by mnie wsadził, a bo ja wiem, może do jakiejś pustelni czy czegoś równie okropnego — wzdrygnął się na samą myśl. — I powiedziałby mi oczywiście, że to najbezpieczniejsze miejsce dla mnie, bo nikt nie będzie szukał tam znanego pogromcy serc niewieścich, a i nie przegram całej emerytury. Ale na całe szczęście nie ma go tu. Och, Ciri, nie masz pojęcia, jak ja ci jestem wdzięczny. 
     Jaskier przejęty czekającym go nowym życiem nie zauważył, że Ciri już nie było na koniu. Leżała na ziemi i tarzała się. 
     Odźwierny rzeczywiście pojawił się za moment. Widząc ciągle pełny koszyk, zdziwiony spojrzał się w stronę Ciri. Właśnie wstała i otrzepywała się. 
     — Hej, kolego! — Jaskier w wyśmienitym humorze postanowił bez zbędnych ceregieli nawiązać niezbędne w nowych warunkach kontakty towarzyskie. — Hej, ty, mandziare, dziękujemy ci, słyszysz? Dzię-ku-je-my! Ja, najsławniejszy bard i poeta, o, patrz tu jest moja lutnia, lu-tnia, ja ci dziękuję. Nie przejmuj się, że nie rozumiesz. Zamierzam nauczyć się italiano. O, widzisz? Coś jednak rozumiesz. Równy z ciebie gość. Zostaję tu. Nie można by było tylko zjeść tego w jakimś przyzwoitszym miejscu? 
     Ciri spojrzała na mężczyznę, pokazała Jaskra i gestem dała do zrozumienia, że jej towarzysz wybiera się do środka. Mężczyzna nie okazał zdziwienia. Przez chwilę tylko nad czymś myślał i w końcu wskazał Jaskrowi furtkę. 
     — O, człowieku dobry, niech ci bogowie błogosławią, tośmy się dogadali. Widzisz, trzeba było tak od razu. Nie ma strachu, my uczciwi wędrowcy. Ciri? — zwrócił się do dziewczyny, zsiadając z konia. Mężczyzna podszedł i wziął cugle w ręce. — Zapomniałaś mi powiedzieć, jak się to szczęśliwe miejsce nazywa? 
     — Hmm, dokładnie nie wiem, ale wydaje mi się, że tutejsi na miasteczko mówią Kassino — zastanowiła się chwilę, marszcząc brwi. — Tak, z całą pewnością Kassino. 
     Jaskier uniósł lekko głowę i przymknął oczy w widocznej rozkoszy. 
     — Dobrze usłyszałem?! Powiedziałaś „kasyno”?! O święty Hermesie! Moja wrażliwa dusza tego nie wytrzyma. Umrę z nadmiaru szczęścia. Ciri, czy ty wiesz, dziewczę urocze, gdzie mnie przyprowadziłaś? przecież to istny raj na ziemi! Kobiety... Vivaldi... kasyno... Nie, to stanowczo za dużo. Nie wiem, czy mogę zgodzić się na tyle rozkoszy. 
     Przez chwilę Jaskier bił się z myślami. Mężczyzna cierpliwie czekał, lekko uśmiechnięty, tak jakby wiele razy widział podobne sceny. W końcu bard znalazł wyjaśnienie tak niezwykle sprzyjających mu okoliczności. 
     — Ha! Skoro bogowie taki los zsyłają na człowieka, niezaprzeczenie mówi to, że chcą mu nadgrodzić poprzednie cierpienia, i nic dziwnego. Tyle, co ja się namęczyłem niepowodzeniem u kobiet i w kartach jednocześnie, to naprawdę mało komu się zdarza. Widać bogom moja krzywda kością w gardle stanęła. Stąd i ta niezwykła odmiana. Trudno, trzeba brać, co los ofiarowuje. 
     Wyraźnie pogodzony z wolą niebios, nie oglądając się, Jaskier raźnym krokiem ruszył do furtki, a odźwierny za nim. Ciri została. Jej nowy, najlepszy przyjaciel nagle sobie przypomniał o jej istnieniu i obrócił się w jej stronę. 
     — A ty na co czekasz? Może nie masz zamiaru jeść? 
     — Wiesz co, wujku Jaskrze? Chętnie bym została, ale mam jeszcze jedno spotkanie dzisiaj, a i tak jestem już spóźniona. Naprawdę muszę się spieszyć. Wezmę trochę tego, co twój kompan zostawił i pojadę. Wybacz mi, dobrze? Nie martw się, dam ci znać, kiedy umrą ci, co czyhają na twoje życie — śmiejąc się zakończyła z patosem. Kelpie jakby na potwierdzenie tych słów niecierpliwie tupnęła kopytem. 
     Jaskier spoważniał. Dłuższą chwilę patrzył Ciri prosto w oczy, po czym bezgłośnie poruszył ustami, wypowiadając jedno słowo. Wiedźminka wiedziała, jakie. Delikatnie uśmiechnęła się i skinęła głową. Kelpie sama zawróciła w stronę doliny. Jaskier z mężczyzną weszli do środka. 
     Na pierwszym zakręcie Ciri usłyszała jeszcze dochodzące zza muru słowa Jaskra. 
     — Ty, mandziare! Gdzie tu jest wasza Passiflora... rozumiesz... mandziare... Pa-ssi-flo-ra...? 

     ... 
     Za oknem świt delikatnie budził noc, dając ptakom sygnał do rozpoczęcia porannej uwertury. 
     — Po prostu odjechała — przygarbiony Jaskier oparł łokcie na kolanach i wtulił głowę w dłonie. — No i siedzę tu już tyle lat, przyzwyczaiłem się. Na początku było trudno, miałem ochotę wyskoczyć tu i tam — uśmiechnął się. — Nie będę ci mówił, co się działo, jak się zorientowałem, gdzie jestem. 
     Essi też się uśmiechnęła. 
     — Domyślam się. 
     — No nie wiem, Essi, ja sam bym nie uwierzył, gdyby mi to ktoś opowiedział. Zresztą, nieważne, było — minęło. Tylko już sam nie wiem, czy chciałbym wrócić. Tyle czasu upłynęło, zaraz, no właśnie, teraz twoja kolej! Jak to możliwe, że tak młodo wyglądasz? Ha, ha! — półgłosem roześmiał się i ten dźwięk dziwnie zabrzmiał w ścianach nasyconych jeszcze jego opowieścią. — Teraz jakbyśmy razem grali, to jak dziadek i wnuczka, ha, ha! 
     Essi wyobraziła sobie tę scenę i też się roześmiała. 
     — Dziadku Jaskrze, niech dziadek da piątaka na bajgielka! Dziadku, proszę! 
     Śmiali się razem, prawie się nie hamując. 
     — Dziadku, a ja bym chciała się dziadka coś jeszcze spytać? 
     — Spryciula z ciebie, wnusiu, wymigujesz się zgrabnie, Oczko, ale nie myśl, że ci się uda. Dobra, pytaj. 
     Jakiś cień wygładził jej resztki śmiechu na twarzy. 
     — Kiedy mówiłeś, o tej, no wiesz... — głos Essi sam zmienił się w szept — o tej... córce młynarza... Miałam wrażenie, że to nie było coś przelotnego... Że ciężko ci jest nawet dzisiaj... kiedy o tym mówisz. Mam rację? 
     Jaskier szeroko otworzył oczy i tak duże z natury. Przez jakiś czas poruszał ustami, jakby chciał coś powiedzieć. Dopiero po chwili szeptem zapytał: 
     — Skąd wiesz? 
     — Bo głos ci zaczął drżeć, jak o tym mówiłeś. Bardzo delikatnie, ale ja mam czułe ucho na takie tony. 
     Ta noc dla Jaskra musiała być rzeczywiście niezwykła. Bo nagle, sam, więcej nie nagabywany, wyznał: 
     — Tak, Oczko. Tutaj miałem sporo czasu na myślenie. Nie gonili mnie do roboty. No i pomyślałem, że dobrze byłoby, gdyby... ona i ja... no gdybym tam został. Wiesz, takie tam marzenia, co by było, gdyby. Gdyby żyła, to tak, pewnie tak. Jakoś to chyba każdemu w pewnym wieku przychodzi, że chce mieć swój dom. Nawet Jaskier. 
     Znowu zapadło milczenie. 
     Po chwili Jaskier mówił dalej. 
     — Może to i dziwne, Essi, ale właśnie tutaj, w tym, jak to nazwałaś? hehe, mnichowisku, zatęskniłem do prawdziwej miłości, takiej, wiesz, raz na całe życie, bez jednowieczorowych wyjątków na delegacji, takiej kiedy dogadujesz się bez słów. Ale ona już mi przeszła koło nosa. Bo ja nigdy tak naprawdę nie byłem zakochany. No i tak to wygląda. Wciąż, stary, czekam na miłość. Aż przyjdzie..., to bez sensu. Może powinienem był jej poszukać. Ale bałem się w tym obcym świecie. Nikogo tu nie znam, pieniędzy nie mam, języka też nie znałem. To siedziałem tutaj, czekając na Ciri. I doczekałem się ciebie — spojrzał na nią i uśmiechnął się. 
     Znów milczenie. 
     — Zaśpiewałbyś mi coś? 
     — Teraz? Zaraz świta. 
     — No i co? Cicho zaśpiewaj — poprosiła i westchnęła. — Jak ja cię dawno nie słyszałam. Ciebie i tej twojej antycznej magicznej lutni, zaraz, jakoś ją podobno nazwałeś? 
     — Lucille. To tak, na cześć pewnej damy z towarzystwa oxenfurckiego. Ale nie wiem, co zaśpiewać, tyle tego znam, że człowiek się gubi — przez chwilę szukał w pamięci. — O! Znasz tę starą balladę „Greensleeves”? 
     — Znam. 
     — Jest o takiej miłości, wiesz, raz na całe życie, no takiej... 
     — Wiem. 
     Cicho wstał i zdjął lutnię z haka na ścianie. Widać, że dawno jej nie brał do ręki, bo była kompletnie rozstrojona. Jękliwe dźwięki podkręcanych strun nieswojo zabrzmiały w ciszy poranka przeplatanej nieśmiałymi ptasimi popiskiwaniami. Jaskier jeszcze chwilę stroił. Potem znieruchomiał i delikatnie zaczął. 

     Alas, my love, thou do me wrong 
     To cast me off discourteously 
     For I have loved thou so long 
     Delighting in thy company. 
     Greensleeves was all my joy 
     Greensleeves was my delight 
     Greensleeves was my heart of gold 
     And who but my lady greensleeves. 

     Głos miał piękny jak zawsze, może nieco przykurzony wiekiem, ale przez to jeszcze cieplejszy. Brzmienie lutni, obudzonej do życia odrętwiałymi z początku dłońmi mistrza, magicznie współgrało ze śpiewem. Znów byli młodzi, w swoim świecie i znów miłość była tuż, na wyciągnięcie ręki... 

     I have been readie at thy hand 
     To grant whatever thou would crave 
     I have both wagered life and land 
     Thy love and good will for to have. 
     Greensleeves was all my joy 
     Greensleeves was my delight 
     Greensleeves was my heart of gold 
     And who but my lady greensleeves. 

     Skończył śpiewać, ale lutnia ciągle wygrywała temat, coraz ciszej i ciszej. 
     Kiedy zrzucili z siebie urok starej melodii, pomarańczowo-różowe niebo wygaszało kaganek w celi, a skrzydlate bractwo, zupełnie nieczułe na poezję, darło się już oficjalnie wniebogłosy. 
     — Podobno jakiś król napisał to dla swojej żony. 
     — Eee, nie wierz bajkom, Oczko, gdyby królowie pisywali takie rzeczy dla swoich żon, toby wszystkie wojny zaraz się skończyły. 
     — Myślisz? 
     — Jasne. 
     — To kto to napisał? 
     — Bo ja wiem, ktoś z prostej szlachty. 
     — Pewnie zakochany... 
     — Pewnie tak... 
     Znów słychać tylko ptaki. 
     — Jaskier? 
     — ? 
     — Muszę już iść. 
     Jeszcze zupełnie nie wydobrzał po zaklęciu „Greensleeves”. 
     — Jak to? Przecież świta? Jak się wydostaniesz? — był oszołomiony oczywistą koniecznością. — Zaraz, no właśnie, tak jak się tu znalazłaś? 
     I wtedy, trzeci raz tej niezwykłej nocy, poczuł się nieswojo. Bo Essi jakby wyblakła. Jakby było jej mniej niż przed chwilą. Jutrzenka wpełzała do pokoju coraz śmielej, ku rozpaczy Jaskra najwyraźniej wyganiając Oczko. Wciąż siedziała obok, a przecież nie ona. Jej ciało, przed chwilą młode i jędrne, włosy puszyste i gęste tak, że można się w nich zgubić, wszystko to nikło. Nawet jej oczy, oczy, które teraz patrzyły się bardzo smutno i bardzo wyraziście, też traciły blask. I wtedy zrozumiał. Pomału położył się zrezygnowany na łóżku, tuląc lutnię i odruchowo głaszcząc gryf. Patrzył w sufit niewidzącymi oczyma, które nagle napełniły się kryształkami dziecięcego żalu i starczej bezradności. 
     — To... ja... to mnie się... wszystko... to był tylko...? 
     Smutno skinęła głową. Coś powiedziała, ale już nie usłyszał. 
     Za moment w celi nie było nikogo. 

     * * * 
     Jak przez grubą ścianę dobiegł go dzwonek klasztorny. Wciągnął głęboko powietrze i już się miał zerwać, gdy sobie wszystko przypomniał i z powrotem wcisnął się w poduszkę. „Sen.” „To tylko sen.” Pewnie wszystko zostałoby załatwione tym rzeczowym stwierdzeniem, gdyby nie zaschłe jeszcze łzy w kącikach oczu i uczucie żalu, gdzieś bardzo głęboko, na granicy świadomości. Żalu, którego nie umiał zrozumieć. 
     Został w łóżku tego dnia. Był już stary, a poza tym bez wyrzutów sumienia zwolnił się z codziennych obowiązków u opata, mówiąc, że źle się czuje. Bracia przechodzący obok jego celi trochę się dziwili, słysząc dźwięk lutni i cichy śpiew. Nie znali języka, w którym brat Asterius śpiewał, ale z przyjemnością na chwilę zatrzymywali się, żeby przysłuchać się urzekającej melodii. Jednej i tej samej przez cały dzień. 
     W nocy bardzo chciał zasnąć. Chciał, żeby mu się coś przyśniło. Niepotrzebnie. Drzwi nie skrzypnęły. 
     Następnego dnia zdecydował, że trzeba wyzdrowieć. Poprosił o rozmowę z opatem. Krótka i rzeczowa, załatwiła, co miała załatwić. Jaskier zresztą nie spodziewał się innego rezultatu. Opat polecił mu wydać jednego konia ze stajni klasztornej i zaopatrzyć. Dał też trochę grosza na drogę. Furtian zdziwił się, widząc brata Asteriusa w dziwnym stroju prowadzącego za uzdę objuczonego konia. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy Asterius, zazwyczaj życzliwy i gadatliwy ponad normę, tym razem minął go bez słowa i przeszedł przez tę samą, wąską furtkę. Nawet się nie obejrzał. 
     Zjechał do miasta i ruszył na północ. Potem na wschód, potem znowu na północ. 
     Bardzo długo jechał. 
     Nadeszły pierwsze mrozy i śniegi. 
     Gdzieś na kolejnym rozstaju dróg poczuł, że jest zmęczony. Po raz setny zastanawiał się, którędy jechać, i w końcu przyznał się sam przed sobą, że tak naprawdę doskonale wie, że żadna droga nie zamierza go zaprowadzić tam, gdzie chce. Że nie ma szansy na powrót. A nie chce umierać w tym obcym świecie, chce zobaczyć jeszcze Geralta, pokłócić się z Yarpenem, uśmiechnąć do Yennefer, zrobić porządek na grobie Essi, bo przecież tylko on wie, gdzie ten grób jest. Chce odwiedzić „Passiflorę”, tylko tak, z przyzwyczajenia, zobaczyć, co słychać. Chce być u siebie. 
     Koń też był zmęczony. Jaskier ciężko zsiadł z niego, przymknął oczy i głęboko wciągnął mroźne, orzeźwiające powietrze. Ale nie poczuł tej znanej rozkoszy, z jaką płuca się napełniają wonią lasu i zmarzniętej ziemi. Poczuł zimno. Zachciało mu się usiąść, gdziekolwiek, a choćby o, i pod tym dębem. Głos rozsądku mówił mu coś nieśmiałym szeptem, że za zimno, nie powinien tu siadać, że może już nie wstać. Rzadko słuchał tego głosu, więc i tym razem zdjął derkę z konia, lutnię grubo opatuloną schował za pazuchę i poszedł w stronę ogromnego drzewa. Usiadł z westchnieniem, oparł się wygodnie o pień i zaczął przyglądać się chmurom widocznym przez wyłysiałe gałęzie. Myśli podobne do wron kołujących nad drzewami zaczęły przelatywać mu przez głowę. 
     „Na litość boską, chyba jest jakieś ziarno prawdy w tym, co mówią. 
     Gdzieś jest granica możliwości, nikt się nie podniesie sam za włosy. 
     Jeśli jakieś fatum, do ciężkiej zarazy, wisi nade mną, jakiś miecz przeznaczenia, to co ja poradzę? Jeśli w ogóle coś takiego jest, jak przeznaczenie? 
     Do stu tysięcy miesięcznych onucy Yarpena, mam dość. 
     Bo i po co to wszystko?” 
     Gorzkie myśli pomału gasły mu w głowie. 
     Zaczął się robić coraz bardziej senny i przymknął oczy. Nie powinien. Być może zdawał sobie z tego sprawę. Ptaki obsiadły drzewo i nastała cisza, przerywana co jakiś czas nieśmiałym skrzeczeniem. 

     * * * 
     — Tatku! Tatku!! — jasnowłosy chłopiec, może siedmioletni, opatulony w skóry aż podskakiwał na wozie z podniecenia. — Tam ktoś siedzi! 
     — Mikołaj, a będziesz ty mi siedział spokojnie, smyku jeden?! — barczysty mężczyzna na koźle uśmiechnął się pod wąsem, bo choć próbował temperować potomka przy każdej okazji, to przecież był dumny z ruchliwości i spostrzegawczości „smyka”. Chyba dlatego spojrzał w kierunku, który synek ciągle pokazywał małym palcem. I znieruchomiał. Bo rzeczywiście ktoś tam siedział. O tej porze roku to było niezwykłe. 
     — Gniewko, zatrzymaj no konie! 
     Mała karawana, złożona z dwu wozów i dwu jeźdźców stanęła. 
     Mężczyzna zeskoczył z wozu. 
     — Tatku, ja też chcę! — chłopcu błyszczały oczy z podniecenia. — Ja go znalazłem, tatku, ja! 
     Sfrunął w ramionach ojca. 
     — Będziesz ty mi cicho, smyku jeden? A może to zbój jakiś? Ha? I co byś zrobił, ty dzwońcu? Czekaj tu i nie ruszaj się, aż wrócę. Gniewko i Radomir, ze mną. 
     Ruszyli we trzech, czujnie się rozglądając. Wyglądało to bowiem dość dziwnie – samotny człowiek siedzący na mrozie pod drzewem i nigdzie śladu konia. 
     Podeszli bliżej. Mężczyzna musiał już ich słyszeć. Byli tak blisko, że widzieli siwe włosy, wymykające się spod kaptura i jakieś zawiniątko, niby opatulone skórami niemowlę, leżące między brzuchem a podkulonymi nogami. 
     — Hej, ktoś ty? 
     Nic. Stanęli wokół. Z drzewa zerwały się wrony. „Tatko” kucnął i pomału przesunął ręką przed twarzą nieznajomego. Bez rezultatu. Podstawił jeszcze zewnętrzną stronę dłoni pod nos i chwilę potrzymał. Nic nie mówiąc, pokręcił przecząco głową. I wtedy zobaczył coś jeszcze. 
     Na rzęsach mężczyzny osiadły nie wiadomo skąd małe kawałki lodu, niby kryształki. W promieniach wczesnozimowego słońca błyszczały jak najprawdziwsze, małe brylanciki. Skupiały na sobie całą uwagę patrzącego. „Przecież to tylko kawałki zamarzniętej wody” — pomyślał. 
     Nagle za plecami rozległ się nieśmiały szept. 
     — Tatku, a czemu on się nie rusza? 
     Ojciec nie odpowiedział. Ostrożnie wyciągnął zawiniątko. 
     Ziemia była już lekko zmarznięta, więc kopanie płytkiego grobu zajęło im sporo czasu. Późnym popołudniem dopiero wrócili do wozów i ruszyli w drogę. Chłopiec siedział z tyłu i z przejęciem dzierżył w objęciach mały pakunek. W końcu zasnął. Śniło mu się, że dojeżdżają do rodzinnego Radomia. W progu matka czeka na nich trochę zdenerwowana. Mikołaj skacze z wozu i rzuca się jej w objęcia. 
     — Matusiu, wiesz, co ja mam? Insturnent! Tatko obiecał, że pójdę się uczyć grać. Tylko nie wiem, jak się instrunent nazywa. Tatko też nie wie. Może to czarodziejski insturment? 
     Powieki Mikołaja drżały, uśmiechał się. 
     Ojciec siedział na koźle i próbował nie myśleć o zamarzniętym mężczyźnie. Zastanawiał się, czy dobrze zrobił, że wziął zawiniątko i podarował synowi. Szkoda mu było zostawiać misternie rzeźbiony kawałek drewna, bo by się zmarnował tak na mrozie i śniegu. 
     Wciąż widział spokojną twarz z błyszczącym srebrnobiałym ażurem na rzęsach. „Przecież to tylko kawałki zamarzniętej wody” — pomyślał. 


copyright 2003-2019 brylka