Przejdź do treści

Wróżba

Wszyscy wciąż uciekamy od realnej rzeczywistości. Jest to podstawowa definicja gatunku homo sapiens. Jeżeli więc sądzą państwo, że cała ta pechowa dygresja nie ma nic wspólnego z waszym Czasem, Postępem, Społeczeństwem, Ewolucją i wszystkimi innymi pisanymi z dużej litery upiorami nocnymi, co dzwonią łańcuchami za kulisami tej książki … nie będę się spierał. Ale będę miał państwa w podejrzeniu.

John Fowles, Kochanica Francuza

With one wish we wake the will
within wisdom.
With one will we wish the wisdom
within waking.
Woken, wishing, willing.

Dead Can Dance, Song of Sophia

Et voila justement comme on ecrit l’histoire

Niestety-zapomniany-przeze-mnie-autor-( prawdopodobnie-Montaigne)

Z daleka do złudzenia przypominała kruka. Czarna sylwetka na klęczkach pod wiekowym dębem: kiwająca się, kołysząca niczym w chorobie sierocej. Jakby wielki czarny ptak z przetrąconym skrzydłem dziobał wytrwale ziemię w poszukiwaniu ziarna. I choć z bliska nie była już ptakiem, jej nieustający ruch wciąż sugerował coś na kształt gorączkowych poszukiwań ziarna. Czymkolwiek by ono nie było.
Tristan potrząsnął głową i przyjrzał jej się ponownie. Czarne (niegdyś zapewne kruczo-czarne) włosy gęsto przetykane siwizną wystającą spod brudnej czerwieni aksamitu chusty, haczykowaty, wąski nos stereotypowej czarownicy, pozłacane cygańskie bransoletki- mnóstwo bransoletek pobrzękujących jękliwie przy każdym jej nachyleniu i powrocie do chybotliwego pionu. I ruch ten za każdym razem wywoływał w nim obawę, że krucha kobieca sylwetka lada chwila rozpadnie się w tuman pyłu, popęka ze starości zupełnie jak nieudolny fresk kościelny.
Tylko jej wciąż błyszczące, jakimś dziwnym trafem nie przytępione jeszcze starczą apatią, fiołkowe oczy nie pasowały do tych czarnych łachmanów, tych tandetnych jarmarcznych błyskotek i chorobliwej, kołyszącej się zgody na gnicie i rozpadanie się pod obojętnym okiem wiecznego dębu. Te oczy – pewnie już niedługo – mówiły o życiu, które się kończy, ale wciąż jeszcze trwa… na przekór wszystkiemu.
Żebraczka, która jest ptakiem. Ptak, który jeszcze żyje…życie, które się kończy.

* * *

Krowia kiszka. Krowia kiszka, drodzy moi, od dawien dawna spełniała różnorakie a pożyteczne funkcje w historii społeczności Lechowian. Wykorzystywana bywała, oprócz kulinarnych celów, rzecz jasna – ot, sięgając zaraz z brzegu – choćby jako tani czerpak do wody. Albo jako symbol szlachetnej profesji pastucha ( a były to jeszcze czasy gdy agrokultura była kołem napędowym cywilizacji, pastuchowie zaś forpocztą i murem obronnym postępu jednocześnie) , czy też za jakieś kilka wieków do celów, które w dalekiej i rozpasanej przyszłości pozyskać miały sobie miano antykoncepcyjnych, o maskach dla rozbójników – tfu! – ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości nie wspominając.
Jednego wszakże przewidzieć zapewne nie mogli byli ówcześni odpowiednicy naszych socjologów przy analizowaniu niegdysiejszych trendów rekreacyjnych. Wyobraźni nie stało im do koncypacji- przyznaję, zaskakującej- że oto kiszka, krowia kiszka, będzie za niedługo starannie wiązana, obszywana świńską skórą i radośnie traktowana przez znudzonych mężczyzn obutymi w zrogowaciałą skórę kończynami dolnymi –dalejże po soczystej murawie, w tę i z powrotem, hej, wprzód i nazad, na podobieństwo psów aportujących ułamaną specjalnie w tym celu, obślinioną i poznaczoną już tęgo kłami gałąź buku ku uciesze ekologicznie uwarunkowanych właścicieli. Cóż tu ukrywać, takie to już były przejmująco dziwne i straszne czasy, moi drodzy… Tak, tak… chyba nie wierzycie, że pojęcie ‘mroki średniowiecza’ urwało się z jakiejś choinki?

* * *

* * *

Główna izba gospody była chłodna, przyjemnie chłodna. Szerokie dębowe ławy, wiejski wystrój w rodzaju ozdobnych zabytkowych talerzy z wyrytymi w egzotycznej dla cudzoziemców cyrylicy i głagolicy liturgicznymi słowami, spoglądającymi na gości ze ścian z rubasznym, swojskim uśmiechem - było tu wszystko by móc poczuć się mile powitanym. Obietnica odpoczynku po jeździe w lipcowym skwarze również zrobiła swoje: Tristan z ulgą rozwaliwszy się na jednej z ław czekał leniwie aż zażywny karczmarz przyniesie mu piwa. Chwilę później dołączył do niego giermek zająwszy się końmi… i sobą. Dworny galant robił to, co każdy w jego sytuacji uznałby za stosowne: nadrabiał brak dobrego urodzenia czy możliwości życiowych pozorami.
Nowy turkusowy dublet, w który to przyodział się w międzyczasie, z figurami mitycznych stworów finezyjnie pociągniętych haftem złotej nici, wpędzał w kompleksy samego Tristana, króla wśród modnych kawalerów. Całe szczęście karczmarz śpieszył już z kuflami złocistego napoju, rycerz mógł więc oderwać ponure spojrzenie od swego odświeżonego i nad wyraz modnego giermka. Przymknął oczy i zaczął się rozkoszować chmielowym napojem. Dziwna sprawa, tego piekielnego dnia, pełnego kurzu, słońca i złośliwych dzięciolich hufców, nawet ten plebejski napój przypadł mu do gustu.

* * *

Prosta zagadka dla moich czytelników.
Napój alkoholowy otrzymywany w drodze fermentacji z winogron lub z innych owoców. Wprawia w odurzenie. Pomaga zapomnieć. Pomaga bawić się lepiej… Wino. Bogowie nie muszą zapominać ani bawić się lepiej, wystarcza im więc byle nektar. I nie wierzcie Syzyfowi: nektar to taniocha.
My, śmiertelni, potrzebujemy czegoś lepszego. Subtelniejszego. Ale z wykopem. Bogowie stworzyli nas, by czuć się bogami; my stworzyliśmy wino, by zostać bogami. Choć przez tę chwilę.
Lechowiańska małmazja nie wyróżniała się specjalnie w swej rodzinie. Być może dlatego, że była tylko bękartem winogron z niewłaściwymi rękoma, nieudaną podróbką win węgierskich, a może raczej dlatego, że właściwie była skleconym pośpiesznie półproduktem brutalnie wyrwanym ze spokojnego, zasłużonego snu fermentacji. Tak czy inaczej, obie swe funkcje spełniała wzorowo. Tristan, jego giermek, a także król z królową, po niecałej godzinie mieli we krwi wystarczająco alkoholu, by świat przezeń przefiltrowany wyglądał tak, jak wyglądać powinien zawsze: wiał przyjemny, wieczorny zefirek, spojrzenia rozmówców były rozluźnione i życzliwe. Senne słowa w powietrzu pieściły ucho, prowokowały uśmiech; najlepsi przyjaciele znów byli najlepszymi przyjaciółmi, kochające żony raz jeszcze były kochające i wierne.

* * *

I jeszcze jedna zagadka. Albo nie: odpowiedź do kolejnej zagadki.
Depresja. Obniżenie nastroju. Może być wywołana przez konkretną ciężką sytuację życiową. Chory depresyjny jest milczący i małomówny, ujemnie ocenia swoją przeszłość, teraźniejszość, nie widzi żadnych perspektyw na przyszłość. UMARŁY ZA ŻYCIA. Nierzadko występują u niego tendencje do samooskarżania się. Depresja może być objawem nerwicy, stanu reakcyjnego, lub fazą upojenia alkoholowego.

* * *

Tristan leżał w gościnnej komnacie i od dobrej godziny wpatrywał się w sufit. Myśli kłębiły mu się w czaszce jak szczury próbujące uciec z labiryntu. I wcale nie był pewien czy na zewnątrz nie czekał na nie kolejny labirynt. Król był tak miły, że przy łóżku czekała na Tristana kolejna butelka otworzonego już wina. A przez ten dziwny wieczór Tristan poczuł, że chętnie napije się jeszcze.
Pił więc, pił aż opróżnił butelkę, a z każdym łykiem słodkawy płyn smakował mu coraz bardziej. Jakaś przypadkowa myśl kołacząca się gdzieś na obrzeżach świadomości mówiła mu, że jest zupełnie pijany. Nie był jednak senny. A myśli – choć fantasmagoryczne – wydawały mu się najzupełniej trzeźwe.

***

Miarowy rytuał rozlewania wina… nieśpieszny rytm rozmowy z królem…gwiazdy są czujne i sprawiedliwe…po nocy musi być dzień…po jesieni zima, po życiu…każda sosna musi kiedyś…ale skąd ten smutek królu… ten patos…sprawiedliwość może być nieśpieszna, ale nie…przecież…ta sosna przetrwa burzę…musi ją przetrwać, wbrew wszystkiemu …tak…to jedno mogę ci obiecać, królu…słucham? Nie, nie, to nic takiego…choć tyle mogę…połyskliwy cynober wina faluje w kieliszkach…gwiazdy są czujne i sprawiedliwe… cierpliwe jak śmierć, śmierć o jasnych włosach, która czeka …słucham, Wasza Wysokość? …tak, czemu nie…tak, napijmy się jeszcze wina…gwiazdy są…a królowa ma cudowne złote włosy…
Szedł pewnie, jakby robił to już dziesiątki razy. Jakby to, co zamierzał było nawykiem, częścią jego jaźni. Korytarz oświetlony skąpą poświatą nielicznych pochodni skręcał zaraz w lewo, chwilę potem stawało się przed właściwą komnatą. Przed drzwiami wytężył słuch, zadowolony pokiwał głową i pchnął.

* * *

Król żył jeszcze długo, w jego żyłach płynęła dziedziczna długowieczność. Czy samotnie? Nie mnie o tym sądzić. Czy dobrze? Dość dobrze by być sławionym przez kilku konsekutywnych kronikarzy.
Czy stara sosna powalona podczas burzy może mieć żal do wiatru? Nie wiem. Skąd miałbym to wiedzieć? Jestem tylko kolejnym z kronikarzy. Zapewne tym najmniej karnym czy wdzięcznym, a najbardziej rozkapryszonym. Wiem tylko, że w tym wypadku to wiatr mógł mieć żal do burzy.
Dobrze, dość już zagrywek spod znaku Johna Fowlesa i self-conscious novel…niech historia dopowie się sama.

* * *

Królowa zamknęła oczy. Jęknęła cicho gdy kochanek zakończył długi pocałunek ugryzieniem w wargę.
Przeszli przez każdy stopień conocnego rytuału, od środka nasennego w winie męża i gości, do zębów wbijanych w ekstazie w słone od potu ramię kochanka. Od elektryzującego wzajemnego rozbierania się, do krzyku po którym zapadała długa cisza. Czy w takiej chwili można słyszeć cichy jęk otwieranych drzwi?
Jej kochanek ukrył w dłoniach jej cudownie kształtne piersi, pozwalając jej nadawać tempo tej nocy. Zamknął oczy. Gdy je otworzył o mało się nie roześmiał. Coś takiego nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy…zasnął. Zasnął w takiej chwili? Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że królowa nadal wydawała się z nim kochać, może jeszcze bardziej zapamiętale niż przed chwilą…ale przed chwilą miała jeszcze głowę zamiast fontanny krwi tryskającej z szyi, prawda?
Przymknął oczy raz jeszcze. Pod powiekami wciąż widział spływającą na niego posokę, więc co za różnica? Otworzył je i zerknął w bok. Na posadzce obok łóżka, w kałuży krwi, wśród dywanu blond włosów patrzyła na niego twarz królowej wykrzywiona w grymasie rozkoszy, a może katatonicznego osłupienia…
Czyjś łagodny głos pomógł mu wyrwać się z szoku:

***

Stary król zerknął ze smutnym uśmiechem na antałek z resztkami karmazynowego płynu pozostałego z kolacji. W tej zwodniczej aromatycznej czerwieni wirowały skomplikowane chemiczne układy proszku, który cudowna alabastrowa dłoń jego żony dosypała mu jak zwykle na noc. Potrząsnął pojemnikiem pieczołowicie - drobiny muszą przecież dobrze się w winie rozpuścić – i wziął łyka. Sny, które miewał po takim winie były barwne i szczęśliwe; właściwie był za nie królowej wdzięczny.
Smutek wynikał raczej z faktu, że nie będzie mógł rzecz jasna dzielić ich tej nocy z żoną…ani nawet z Tristanem. Do wina, które przesłała gościowi jego żona, on sam dosypał coś jeszcze. Specyfik, który mieszając się ze środkiem nasennym wywoływał krótki atak szału. Nie, to nawet nie to. Ofiara była najzupełniej trzeźwa. Świat wydawał jej się absolutnie przejrzysty. Czarno-biały. Decyzje wtedy podejmowane: sprawiedliwe i jedynie słuszne. Krótko mówiąc, znikały wszelkie opory i dylematy moralne, zostawał tylko obowiązek wobec sprawiedliwości. A o to przecież chodziło.
Czując coraz bliższą błogą senność, król przylgnął do ściany i zastygł tak w radosnej czujności.

* * *

Serce. Które pompuje krew, rozprowadzając ją po całym ciele. Dostarczając mu pożywienia i tlenu. Zbierając dwutlenek węgla. Niewielki przedmiot przypominający zaciśniętą pięść. Pracuje najszybciej podczas zmęczenia. Albo przerażenia.
Serce kochanka królowej o mało co nie wyskoczyło mu z piersi. Wytrzeszczał oczy to na stojącego opodal łoża odzianego w czerń mężczyznę, to na jego miecz, który nie był bynajmniej stalowo niebieski.
Miecz intruza był intensywnie czerwony, a czerwień ta – jako żywo przypominająca wino – była w dodatku osobliwą czerwienią. Płynęła. Skapywała z końcówki klingi na podłogę, formując rozległą purpurową kałużę, połyskującą światłem pochodni, mieszając się z inną kałużą, złotą. Ale nie, żachnął się, to drugie na pewno kałużą nie jest; to tylko falista kaskada, imponujący puszysty kobierzec włosów otaczających śliczną główkę królowej. Z niemal automatycznym obrzydzeniem strącił z siebie resztę ciała królowej i przeturlał się po łożu.
Zeskakując zeń miał już w ręku miecz, który przytomnie zostawił w jej zasięgu na kamiennej podłodze. Miecz momentalnie zatoczył od ziemi syczący półkrąg w kierunku brzucha mordercy. Ku zaskoczeniu kochanka, półkrąg przedłużył się w niezręczną, urwaną elipsę. Bo przeciwnika już tam nie było. Przeciwnik był niewyraźnym kształtem tuz obok, rozmazującym się w potężnym ataku.
Nie od parady jednak kochanek był najlepszym rycerzem w królewskiej drużynie. Odruchowo sparował wyprowadzony z prawej cios na wysokości swojej szyi. Zręcznie związał klingę przeciwnika i z całej siły ją odepchnął.
Serce pompowało niebywałe ilości krwi z adrenaliną. Rozpływała się po całym ciele dając mrowiejące poczucie nadludzkiej siły.
Tak właśnie czuł się kochanek nieszczęśliwie zmarłej królowej, idąc z uśmiechem do pchniętego pod samą ścianę przeciwnika. Rozpoznał go. To ten rycerz przybyły z giermkiem zza morza. Podróżnik. Morderca królewskich żon.
Sypnęło iskrami, gdy kochanek zaatakował ponownie gardę mężczyzny w czerni. Błyskawicznie uskoczył przed kontratakiem i zwodniczo podniósł miecz nieco nad głowę, prowokując pchnięcie na brzuch. Gdy nastąpiło, oszczędnym piruetem prześlizgnął się tuż obok, czując w obrocie jak sztych mija jego lewy bok o centymetry. Równocześnie wyprowadził cios w takim momencie nie do sparowania przez wychylonego w przód przeciwnika. Napastnik zginie sprawiedliwie, śmiercią którą sam zadał królowej. Potężne cięcie z pełnego obrotu zaszumiało w powietrzu.
Serce kochanka radowało się wyrównaną walką i jej rychłym końcem. Adrenalina wciąż tłoczyła się gorączkowo jego żyłami; był młodym bogiem. Płynęła bystro niczym fale rzeki podczas potopu. Aż nagle potop niespodziewanie ustał. Członki rycerza zostały widać wystarczająco nakarmione. Tyle tylko, że rzeka nie uspokajała się tak po prostu. Bliżsi prawdy bylibyśmy mówiąc, że błyskawicznie wysychała.
Niewielki przedmiot przypominający zaciśniętą pięść nie pompował już krwi. Rozpłatany na dwie równiutkie części uspokajał się, usypiał.
Bo gdy jeden miecz drgał ekstatycznie wbity głęboko w ścianę, ten drugi, po nieoczekiwanym uniku swojego właściciela, znalazł nową pochwę w piersi nagiego przeciwnika.

* * *

Król wytężył słuch: poprzez senność. Coś uderzyło głucho o ścianę. W chwilę potem coś innego ze zgrzytem wbiło się w nią z drugiej strony. Król, zmęczony wytężonym wyczekiwaniem, nagle usnął. Z błogim wyrazem na twarzy, z głową przy ścianie niby na poduszce.
Czy jego sen będzie miał kolor wina, które płynęło po ścianie z wysokości jego prawego policzka tworząc u stóp lekko maziowatą substancję?
Czy możliwym było, by miecz, dzierżony nawet przez najmocarniejszą rękę, mógł przebić się przez ścianę jakby była z papieru?
Tego rodzaju rozważania zostawmy bardom.

* * *

Tristan jest z siebie zadowolony. Tristan świetnie się spisał i to dodaje mu skrzydeł. Tristan… ma przed sobą całe życie. Przyszłość? Dawało się nią kierować. Dawało się ją pokonać, do spółki z tym sławnym przeznaczeniem. Mógł więc z rozczuleniem wspominać ptaka pod dębem i jego wróżbę. Myliłeś się, kruku. Myliłeś się.

* * *

Zapewne i bez dalszych wyjaśnień rozumiecie już, czytelnicy drodzy, że do niczego takiego nie doszło (i dojść nie mogło?). Tylko pozornie porzucając postmodernistyczną zabawę, pozwoliłem sobie na efekciarską, tragiczną końcową woltę ( bardzo w sumie przypominającą wydźwiękiem początkowe docinki pod waszym adresem), odbijającą się nieco tylko zniekształconym echem w legendzie (no, właściwie to dwóch, zakładając, że ta arturiańska jest tylko trawestacją tej oryginalnej Tristana i Izoldy), na której się oparłem. Słowem, znów dałem się ponieść wyobraźni i sam stałem się na chwilę bardem próbując spektakularnie skonkludować, zawiązać opowieść w ładną końcową kokardkę… Skruszony, biję się w piersi. Prawda i życie nie lubią ładnych kokardek, ani łatwego, bezproblemowego fastrygowania. A zatem…
Król przeżył (ale o tym już mówiłem, pamiętacie?), tak jak przeżyła jego niewierna żona i kochanek; Tristan zaś z jego (ich) błogosławieństwem wrócił do domu. Powyższa fantasmagoria (w której sędziwy monarcha - z wyrzutów sumienia, o których Freud miałby niemało do opowiedzenia – sam sobie zaprojektował wymyślną śmierć) była tylko pijackim (a także barwnym i szczęśliwym) snem sfrustrowanego króla, będącego zresztą na codzień wzorem cnót małżeńskich, cywilnych i monarszych. Raz jeszcze spytacie: koniec? Ani jednej, maleńkiej choćby kokardki? Takiej tyci, tyci? Jeszcze chwilka.
Przypuśćmy, że legendy same, z własnej natury przeplatają się w nieskończoność. Że same znajdują swoje odbicia w labiryntach kulturowej wyobraźni ludzi, których prowadzą, łącząc ich nawzajem w czasie i przestrzeni. Że to nie ludzie je opowiadają, ale odwrotnie, bardowie są tylko bezwolnymi marionetkami, historiami do opowiedzenia w długie zimowe wieczory przez jakieś bezosobowe byty?
I to, że sami rewanżują się tym samym owym okołoliterackim bytom, jest tylko nieudolną zemstą fajtłapowatych śmiertelników, którzy niemogąc spać próbują odgryzać się sile ( ile ryzykuję mówiąc wam o niej ?) zsyłającej bezsenność?
Ale po co, do ciężkiej cholery - po co opowiadać nieskładną historię, nie mającą nic wspólnego z tytułową wróżbą - tym samym narażając się śmiertelnie Czechowowi, Panie świeć nad jego duszą? Zdałem sobie przecież sprawę (czy zdawałem ją sobie od samego początku?), że wszystko, nawet / a zwłaszcza bezsenne zabawy muszą mieć wzór - hipnotyczny, kolisty układ pamiętający pradawne czasy.
Tutaj zaświtał mi pewien wygodny pomysł ( ale czy naprawdę jest inne wyjście?) A może złożę całą odpowiedzialność na ręce innego mściwego kolegi po fachu, podam piłeczkę o tysiąc lat wstecz, i pozwolę mu zadecydować, tak przez łączącą nas przyjaźn i los? Bo przecież domyślacie się już co takiego zrobię. Zaczynamy więc raz jeszcze, jednym kolistym, hipnotycznym ruchem wracając do początków…zaczynamy raz jeszcze.
Przypuśćmy, że legendy…Przypuśćmy, że…

* * *

Dokładnie rok później, jaskółka wylądowała na ręce Tristana, wbiła pazurki w jego dłoń. Wytężył wzrok. W jej dziobie falował na wietrze długi, złoty włos.