wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Wróżba

Wszyscy wciąż uciekamy od realnej rzeczywistości. Jest to podstawowa definicja gatunku homo sapiens. Jeżeli więc sądzą państwo, że cała ta pechowa dygresja nie ma nic wspólnego z waszym Czasem, Postępem, Społeczeństwem, Ewolucją i wszystkimi innymi pisanymi z dużej litery upiorami nocnymi, co dzwonią łańcuchami za kulisami tej książki ... nie będę się spierał. Ale będę miał państwa w podejrzeniu. 
     

John Fowles, Kochanica Francuza



     With one wish we wake the will 
     within wisdom. 
     With one will we wish the wisdom 
     within waking. 
     Woken, wishing, willing. 

     

Dead Can Dance, Song of Sophia



     Et voila justement comme on ecrit l’histoire 
     

Niestety-zapomniany-przeze-mnie-autor-( prawdopodobnie-Montaigne)


     

     
Z daleka do złudzenia przypominała kruka. Czarna sylwetka na klęczkach pod wiekowym dębem: kiwająca się, kołysząca niczym w chorobie sierocej. Jakby wielki czarny ptak z przetrąconym skrzydłem dziobał wytrwale ziemię w poszukiwaniu ziarna. I choć z bliska nie była już ptakiem, jej nieustający ruch wciąż sugerował coś na kształt gorączkowych poszukiwań ziarna. Czymkolwiek by ono nie było. 
     Tristan potrząsnął głową i przyjrzał jej się ponownie. Czarne (niegdyś zapewne kruczo-czarne) włosy gęsto przetykane siwizną wystającą spod brudnej czerwieni aksamitu chusty, haczykowaty, wąski nos stereotypowej czarownicy, pozłacane cygańskie bransoletki- mnóstwo bransoletek pobrzękujących jękliwie przy każdym jej nachyleniu i powrocie do chybotliwego pionu. I ruch ten za każdym razem wywoływał w nim obawę, że krucha kobieca sylwetka lada chwila rozpadnie się w tuman pyłu, popęka ze starości zupełnie jak nieudolny fresk kościelny. 
     Tylko jej wciąż błyszczące, jakimś dziwnym trafem nie przytępione jeszcze starczą apatią, fiołkowe oczy nie pasowały do tych czarnych łachmanów, tych tandetnych jarmarcznych błyskotek i chorobliwej, kołyszącej się zgody na gnicie i rozpadanie się pod obojętnym okiem wiecznego dębu. Te oczy – pewnie już niedługo – mówiły o życiu, które się kończy, ale wciąż jeszcze trwa... na przekór wszystkiemu. 
      Żebraczka, która jest ptakiem. Ptak, który jeszcze żyje...życie, które się kończy. 
      - Cyganka prawdę ci powie...daj sobie powróżyć, panie - Tristan oderwał z trudem wzrok od jej hipnotycznych oczu w odpowiedzi na ledwo słyszalny jęk. Prawie bezmyślnie pokiwał wielkodusznie głową i zeskoczył z deresza, a nędzarka skwapliwie wyciągnęła pomarszczone starcze ręce po jego dłoń. 
     Brzydki uśmiech wdzięczności jednak, który przeorał spękane od słońca oblicze staruszki jak kolejna, największa blizna czasu- znikł niczym zdmuchnięty, gdy niespodziewanie krzyknęła coś, odnajdując w sobie jakieś niezrozumiałe pokłady wigoru na ten krzyk - i puszczając jego dłoń jakby parzyła. 
     - Zawróć, panie – wciąż ten sam przejmujący krzyk – tam śmierć, śmierć o złotych włosach...czeka na ciebie... cierpliwie . Śmierć ma złote włosy,i nie sposób uciec... 
     Tristan momentalnie otrzeźwiał. Odpędził od siebie wszystkie dziwne, jesienne myśli, jakie go prześladowały tego dnia. Pokiwał głową ze smutkiem i zrozumieniem. Czyż choroba umysłowa i długotrwałe ubóstwo nie czynią z ludźmi potwornych rzeczy? Westchnął z należytym współczuciem i nie zapomniał wrzucić hojnej jałmużny do blaszanego naczynia na datki. Rzeczą, o której ewidentnie i karygodnie zapomniał było natomiast podziękowanie za wróżbę 

     * * * 

     Krowia kiszka. Krowia kiszka, drodzy moi, od dawien dawna spełniała różnorakie a pożyteczne funkcje w historii społeczności Lechowian. Wykorzystywana bywała, oprócz kulinarnych celów, rzecz jasna – ot, sięgając zaraz z brzegu – choćby jako tani czerpak do wody. Albo jako symbol szlachetnej profesji pastucha ( a były to jeszcze czasy gdy agrokultura była kołem napędowym cywilizacji, pastuchowie zaś forpocztą i murem obronnym postępu jednocześnie) , czy też za jakieś kilka wieków do celów, które w dalekiej i rozpasanej przyszłości pozyskać miały sobie miano antykoncepcyjnych, o maskach dla rozbójników – tfu! – ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości nie wspominając. 
     Jednego wszakże przewidzieć zapewne nie mogli byli ówcześni odpowiednicy naszych socjologów przy analizowaniu niegdysiejszych trendów rekreacyjnych. Wyobraźni nie stało im do koncypacji- przyznaję, zaskakującej- że oto kiszka, krowia kiszka, będzie za niedługo starannie wiązana, obszywana świńską skórą i radośnie traktowana przez znudzonych mężczyzn obutymi w zrogowaciałą skórę kończynami dolnymi –dalejże po soczystej murawie, w tę i z powrotem, hej, wprzód i nazad, na podobieństwo psów aportujących ułamaną specjalnie w tym celu, obślinioną i poznaczoną już tęgo kłami gałąź buku ku uciesze ekologicznie uwarunkowanych właścicieli. Cóż tu ukrywać, takie to już były przejmująco dziwne i straszne czasy, moi drodzy... Tak, tak... chyba nie wierzycie, że pojęcie ‘mroki średniowiecza’ urwało się z jakiejś choinki? 

     * * * 

     - Mówiłeś coś, panie mój?- obudził się roztargniony nieco giermek. Wyprostował się w siodle z wyśmienicie wyuczoną karnością, i tylko przymglone wciąż szczyptę spojrzenie galanta wyjaśniło Tristanowi o czym to marzył jego młody sługa. 
     A marzył on o czymś, co w poczet rzeczy karnych wliczone być nie mogło miarą żadną; o tym, co jest pono przedmiotem marzeń każdego zdrowego mężczyzny w każdej- niekoniecznie zdrowej - epoce. Wyjaśniać tego tutaj ani myślę z obawy przed odstręczającą trywialnością, której każdy pisarz, choćby i niedzielny, unikać winien jak ognia. Tym bardziej, że i każdy czytelnik z IQ pozwalającym mu na intelektualną wyższość w konwersacji z pawianem wie doskonale, że chodzi mi tu o....nie, nie - ha! - prawie udało wam się mnie sprowokować! Sprytne z was skurczybyki, nie ma co, ale jak widzicie: NIC Z TEGO. I kto tu ma teraz najwyższy iloraz inteligencji, hę? 
     Nie rozmawiajmy wszakże o waszym intelekcie, drodzy czytelnicy, albowiem - tak po prawdzie, rozprawiać tu o czym raczej nie ma, przyznajcież to szczerze! Wróćcie lepiej do czynności, do której być może nie jesteście stworzeni, ale czynności jednakowoż ze wszech miar pożytecznej ( naturalnie tylko jeśli nie sprzykrzyło wam się jeszcze górowanie nad pawianem ) bo pozytywy i wartości z czytania (o tego bowiem rodzaju zacną aktywność i strawę dla umysłu mi tu idzie) płynące niezliczonymi są w istocie. 
     Tak oto wyjaśniwszy sobie, by każda ze stron to robiła, do czego przysposobiona jest najadekwatniej przez naturę, powróćmy tymczasem do naszych bohaterów. 
     Pytanie, które brutalnie wytrąciło giermka z idyllicznej zadumy, dotyczyło przedziwnych, niepokojących wręcz poczynań grupki mężczyzn na polu przy wiosce, do której właśnie wjeżdżali. Mężczyźni owi bowiem, przy akompaniamencie dzięciolego klekotania, grali w ...chociaż nie, korzystając z przywileju narracyjnego- bo coś od życia mi się jednak należy za marnowanie tego wieczora przy komputerze, a już widzę, że mi idzie jak krew z nosa więc pewnie jeszcze kończyć mi wypadnie jutro wieczorem, niech to ciężka cholera...- pozwalam sobie zaproponować wam , kochani moi, byście z łaski swojej cofnęli się do mojego wywodu o średniowieczu, a wnet odgadniecie ( przynajmniej każdy z IQ wyższym od... itp.) jaką to grą zabawiali się miejscowi wieśniacy. 
     W tym oto punkcie uświadomiłem sobie nagle, nie bez pewnej osobliwej przykrości i zażenowania zresztą, że przywilej narracyjny nie tylko nie ułatwił mi pracy (a mogłem w tym czasie...), a wręcz przeciwnie, to, co zmieściłoby się łacno w jednym słowie, rozwlec mi podstępem kazał , drań przebiegły i intrygant niecny, na przeszło pięć, ciągnących się niesfornie jak krówki – znowu krowy? – w ustach pacholęcia, linijek. (co przekłada się na ponad minutę pisania) 
     Niniejszym cofam niefortunną, a krzywdzącą dla was uwagę o mojej nad waszą supremacji intelektualnej i – o ile determinacja dopisze – odbiegać dygresjami różnorakiego sortu od linii fabularnej sensu stricte nie będę, tak mi dopomóż Bóg. Ba, wyjdę wam nawet naprzeciw, słodkości wy moje, i wyjaśnię dokładnie, a powoli - w ramach rekompensaty za moje odautorskie chamstwo, tudzież protekcjonalność - na czym polegała gra owa, bo zasady to miała trywialne wprost niemożebnie; powiadam - nie martwcie się zatem ekscesyjnie, dziubaski wy moje, trudnościami w kwestii rozumienia słowa pisanego! No, postanowione zatem: 
      Tristan powtórzył cierpliwie wskazując ręką co miał na myśli: 
     - Pytałem co oni wyrabiają... 
     - Nazywają to wnogą. Gra owa jest ostatnim – niechaj mi wolno tu będzie użyć ukutej właśnie kolokacji- krzykiem mody wśród Lechowian. 
     - Wnoga - wycedził z dezaprobatą rycerz - pokrzykiwania mody...i kolokacje. Czego to ludzie nie wymyślą. 
      I jeszcze ten dzięcioł chędożony tłucze bezlitośnie w jakąś przeklętą sosnę... 
      - Ano wnoga, panie. Zasady są, wbrew pozorom, jakby to ująć...niemożebnie trywialne. Banalne, rzekłbym, naturalnie gdyby słowo takie istniało w naszych burzliwych czasach... 
     - Do rzeczy- zmitygował go groźnym warknięciem poirytowany niemnożko Tristan. 
     - Tak – giermek wyprostował się – karnie - jak to miał w swym zwyczaju- oczywiście, panie. Otóż wygląda to tak: wnoga jest jedna, bramki zaś dwie - dokończył triumfalnie na jednym oddechu. 
     - I to wszystko? Nie może być...Poza tym...co to jest bramka? 
     - To ino dwa paliki sosnowe, połączone takąż poprzeczką... 
     - Poprz- czym? 
     - Poprzeczką, panie. Poziomy palik, który... 
     - A teraz - przerwał mu niecierpliwie rycerz, pragnąc zagłuszyć kakafonię całej dzięciolej rodziny, walącej bez wytchnienia w biedną sosnę - cóż, na świętego Jerzego, teraz wyprawiają ci opuszczeni przez Boga nieszczęśnicy...? 
     - Chyba był spalony - zaryzykował giermek w zadumie 
     Tristan zmełł w zębach przekleństwo i sarknął: 
     - Jaki znowuż spalony...Gdzie ty dym widzisz, synu pawiana...? 
     - Nie, nie o dym tu chodzi bynajmniej...- sprostował urażony ciężko młodzieniec – ino o to, że jakiś zawodnik wnogę przyjął za linią obrońców... 
     - Dziwni ludzie – mruknął sir Tristan, coraz bardziej poirytowany. Głowa bolała go coraz to dotkliwiej, a arcynachalne, rozklekotane crescendo w wykonaniu całego lasu dzięciołów doprowadzało go już normalnie do kurwi...a arcynachalne rozklekotane crescendo w wykonaniu całego lasu dzięciołów stawało się doprawdy nieznośne. 

     * * * 

     Główna izba gospody była chłodna, przyjemnie chłodna. Szerokie dębowe ławy, wiejski wystrój w rodzaju ozdobnych zabytkowych talerzy z wyrytymi w egzotycznej dla cudzoziemców cyrylicy i głagolicy liturgicznymi słowami, spoglądającymi na gości ze ścian z rubasznym, swojskim uśmiechem - było tu wszystko by móc poczuć się mile powitanym. Obietnica odpoczynku po jeździe w lipcowym skwarze również zrobiła swoje: Tristan z ulgą rozwaliwszy się na jednej z ław czekał leniwie aż zażywny karczmarz przyniesie mu piwa. Chwilę później dołączył do niego giermek zająwszy się końmi... i sobą. Dworny galant robił to, co każdy w jego sytuacji uznałby za stosowne: nadrabiał brak dobrego urodzenia czy możliwości życiowych pozorami. 
     Nowy turkusowy dublet, w który to przyodział się w międzyczasie, z figurami mitycznych stworów finezyjnie pociągniętych haftem złotej nici, wpędzał w kompleksy samego Tristana, króla wśród modnych kawalerów. Całe szczęście karczmarz śpieszył już z kuflami złocistego napoju, rycerz mógł więc oderwać ponure spojrzenie od swego odświeżonego i nad wyraz modnego giermka. Przymknął oczy i zaczął się rozkoszować chmielowym napojem. Dziwna sprawa, tego piekielnego dnia, pełnego kurzu, słońca i złośliwych dzięciolich hufców, nawet ten plebejski napój przypadł mu do gustu. 
     - Panie, a pozwolę sobie zapytać, z daleka przybywacie? - Tristan otworzył niechętnie oczy. 
     Zakłopotana fizys karczmarza spoglądała na niego natrętnie z odległości niecałego metra. Znudzone samotnością, ciekawskie oczka określały się gdzieś na skali między służalczością a bezczelnością. Brudny fartuch wypychany przez sterczące nielicho brzuszysko, pot świecący się na obszernej łysinie, tudzież oddech ziejący interesującą mieszanką cebuli i piwa odpychały, a na osobistej skali reakcji Tristana od obrzydzenia do życzliwości, znacznie bliżej im było do tego pierwszego. 
     A jednak Tristan nie odprawił go szorstkim słowem. Nie wymierzył lekceważącego kopniaka, ani nie zbył paskudnym przekleństwem. Zamiast tego niedbałym gestem wskazał mu ławę naprzeciwko i uśmiechnął się. Zapragnął po wielkopańsku zbliżyć się do ludu pracującego? 
     A może po prostu łaknął wymiany opinii, kulturalnej konwersacji – źródła odświeżającej wiedzy dla postępowego, otwartego na świat człowieka? A gdzieżby tam. Po prostu marzyła mu się rozmowa z kimś innym niż jego przemądrzały, fircykowaty giermek. Który, trzeba to powiedzieć uczciwie, w językach obcych utalentowany był dużo bardziej od swego pana. Kto wie, może dlatego właśnie ten za punkt honoru postawił sobie by udowodnić sobie i wszystkim dookoła, że sam sroce spod ogona nie wypadł? 
     I tak, choć niestety z nieodzowną pomocą giermka - wkrótce Tristan wiedział już wszystko o krainie, przez którą podróżowali, łącznie z wynikami odbywającego się właśnie międzywioskowego turnieju gry wnoga, czy też o tym od kiedy i dlaczego królowa zdradzała swego starego męża z jego najlepszym rycerzem i przyjacielem. 
     Gospodarz z potoczystością urodzonego gawędziarza zajmująco opowiadał im o przejściowych problemach ekonomicznych monarchii lechowiańskiej, o tłumach chłopów blokujących trakty handlowe i gościńce, o liderze tejże opozycji, niepiśmiennym, zapijaczonym pomocniku świniopasa, który miał już za sobą przeszło 17 procent poparcia społecznego wśród ludzi zmęczonych widać dyktaturą kogoś, kto nawet z własną puszczalską żoną poradzić sobie nie potrafi. Bo i jak niby miałby sobie ktoś taki poradzić z wyzwaniem takim jak jednoczenie się z cywilizowanym Zachodem uosabianym przez postępowego cesarza niemieckiego? Tristan słuchał o tych dziwach niepojętych z otwartymi nieomal ustami, kręcąc ustawicznie głową i pytając retorycznie średnio co pół minuty: Czy może to być? Czy może istnieć kraj taki, w którym podobne temu dewiacyjne cuda nie widy, takie egzotyczne kurioza, by nie rzec – anomalie kulturowe, mogły by zaistnieć, skumulować się na przestrzeni jednej społeczności? 
     Tak czy inaczej, rozważania te znalazły dość brutalny finał. Po gwałtownym jęknięciu, drzwi gospody ustąpiły, do środka zaś wlało się kilkunastu drabów zgrzanych od niedawnego wysiłku na polach nieopodal wioski. Kapiący z nich pot, gniewne miny wiele mówiące o wyniku gry i agresywne, podniesione głosy nie zapowiadały niczego dobrego. Całkiem słusznie, jak się wkrótce okazało. Hałaśliwa grupa zajęła środkową część głównej izby, głośno wołając o piwo. Po wypiciu zaś sporej jego ilości, nawet jak na Lechowian, hałastra rozglądać się poczęła za celem zaczepki. Skutecznie, niestety. 
     - Hej, ty tam, dziadygo w kącie...- na wezwanie herszta bandy, prawie dwumetrowego dryblasa o płowych włosach, siedzący w kącie izby mężczyzna odwrócił się odruchowo. Miał nieobecny, obłąkany wzrok, długie, prawie białe włosy okalały jego wyraziście zarysowaną twarz szaleńca. 
     - Któż to? – zapytał ściszonym głosem giermek karczmarza. 
     - Miejscowy głupek - wyszeptał tamten - dzieci zowią go wiedźminem, bo ich matki straszą je nim, gdy są niegrzeczne. Odbiło mu,gdy nie chciała go taka jedna Cyganka...wróżyła za pieniądze dopóki grododzierżca jej nie wyrzucił. A ten tu...w sumie nieszkodliwy jest, gania z witką leszczyny za kurami krzycząc coś niezrozumiale strasznym głosem i naśladując wycie wilka. Ale przeważnie to siedzi cięgiem w chaszczach i obserwuje nas w zdziwieniu, pałaszuje mlecze albo liczy mrówki. Daję mu od czasu do czasu miskę zupy, posiedzi chwilę i pójdzie. A rano znajduję na progu cudny bukiecik mleczy... 
     - Jeśli czegoś nie zrobimy – Tristan odchrząknął i gestem głowy wskazał na biedaka, giermek zaś przełożył– już nigdy nie znajdziesz waść cudnego bukiecika mleczy na progu. 
     Herszt trzymał w swej opalonej, żylastej ręce szyję „wiedźmina”. Jego nogi dyndały rozpaczliwie kilka cali nad podłogą, a nieokreślonego koloru oczy wpatrywały się bez zrozumienia w swego oprawcę. 
     - Ostawcie go w pokoju, dobry człowieku... Jasnowłosy olbrzym obrócił się dookoła i zwrócił swą ogorzałą, upstrzoną krostami twarz ku Tristanowi. W prawej dłoni wciąż, jak gdyby nigdy nic, dzierżył szyję miejscowego amatora mleczy. Z którego ust, po obu stronach wywalonego na zewnątrz języka, wyciekał ze śliną coraz to cichszy charkot. 
     - Ty co powiedzieć? – wysilił się nienawykły widać do werbalnej wymiany informacji drab myśląc,że to Tristan wypowiedział powyższe słowa. Ty nazwać mnie dobry człowiek? – zarechotał pijackim śmiechem zerkając w kierunku kompanów, których rechot momentalnie mu zawtórował. Dobry człowiek spełnić twa prośba i puścić głupka.
     Tristan nie dał się zaskoczyć. Niecałe pół metra od ziemi złapał głowę „wiedźmina”, asekurując go jak mógł przed upadkiem, gdy kapitan drużyny cisnął nim w jego kierunku. Odciągnął go w kierunku najbliższej ławy i posadził. Półprzytomny wzrok biedaka w niego też wbijał się z niemym przerażeniem. 
     W kolejnej chwili rycerz był otoczony. O to im chodziło, pomyślał, znudzona banda znalazła sobie nową, atrakcyjniejszą zabawkę. 
     Wierny giermek Tristana wziął ostatni łyk piwa, i w pełnej gotowości zerwał się na równe nogi. Po czym dyskretnie ulotnił się z karczmy zostawiając swego pana bez wsparcia w dziedzinie translacji symultanicznej . W zapadłej nagle po trzaśnięciu drzwi ciszy, w Tristana wbiło się jedenaście posępnych spojrzeń. 
     Westchnął z rezygnacją i cofając się o krok podniósł dłonie w przepraszającym geście; jednocześnie jego lewa stopa wystrzeliła w kierunku pachwiny herszta. Gdy ten giął się wpół z głuchym jękiem, prawy łokieć Tristana z umykającą oku prędkością wyrżnął w dogodnie nachyloną skroń przeciwnika. 
     Całe zajście, od podniesienia rąk do ogłuszającego łoskotu walącego się cielska, trwało nie dłużej niż trzy sekundy; kamraci zawadiaki zdążyli nieledwie gęby rozdziawić w zdumieniu, a i to nie wszyscy. W chwili, gdy głowa herszta, wznosząc sporawy tuman kurzu, grzmotnęła o podłogę dokładnie w miejscu gdzie on sam cisnął „wiedźmina”, wszyscy odruchowo odskoczyli w szoku. 
     Tristan wypuścił z płuc resztę powietrza i wyprostował się. Jego przeciwnicy nie mieli absolutnie żadnej broni. Dlaczego więc on miałby sięgać po swój miecz? 
     Ledwo uformował tę myśl, gdy ruszyli na niego ze wszystkich stron, równocześnie, ławą: niczym zacieśniające się kleszcze. Tristan uśmiechnął się niewinnie do bezbronnych przeciwników, po czym uniósł dłonie w przepraszającym geście. 

     * * * 

     Prosta zagadka dla moich czytelników. 
     Napój alkoholowy otrzymywany w drodze fermentacji z winogron lub z innych owoców. Wprawia w odurzenie. Pomaga zapomnieć. Pomaga bawić się lepiej... Wino. Bogowie nie muszą zapominać ani bawić się lepiej, wystarcza im więc byle nektar. I nie wierzcie Syzyfowi: nektar to taniocha. 
     My, śmiertelni, potrzebujemy czegoś lepszego. Subtelniejszego. Ale z wykopem. Bogowie stworzyli nas, by czuć się bogami; my stworzyliśmy wino, by zostać bogami. Choć przez tę chwilę. 
     Lechowiańska małmazja nie wyróżniała się specjalnie w swej rodzinie. Być może dlatego, że była tylko bękartem winogron z niewłaściwymi rękoma, nieudaną podróbką win węgierskich, a może raczej dlatego, że właściwie była skleconym pośpiesznie półproduktem brutalnie wyrwanym ze spokojnego, zasłużonego snu fermentacji. Tak czy inaczej, obie swe funkcje spełniała wzorowo. Tristan, jego giermek, a także król z królową, po niecałej godzinie mieli we krwi wystarczająco alkoholu, by świat przezeń przefiltrowany wyglądał tak, jak wyglądać powinien zawsze: wiał przyjemny, wieczorny zefirek, spojrzenia rozmówców były rozluźnione i życzliwe. Senne słowa w powietrzu pieściły ucho, prowokowały uśmiech; najlepsi przyjaciele znów byli najlepszymi przyjaciółmi, kochające żony raz jeszcze były kochające i wierne. 
     - Jedenastu zdrowych, silnych mężczyzn – uśmiechnął się ponownie sędziwy król podejmując temat pijanym głosem – medyk wymieniał mi przez dobry kwadrans co im zrobiłeś. 
     - Nie dziękuję, jus jadłem –odpowiedział zwracając uśmiech Tristan, nie mniej pijany. 
     - To była obrona konieczna- giermek z niezłym refleksem poratował swego pana w kłopotach lingwistycznych 
     - Tak, tyle już wiem po relacji karczmarza. W innym wypadku siedziałbyś teraz w moim ciężkim więzieniu, Tristanie. Mocno posiniaczony przez nadgorliwych strażników. Straciłbyś kilka zębów, to pewne. Możliwe też, że coś by ci przypadkiem przetrącili czy złamali. Nos, jedną czy dwie kończyny, może kilka żeber...wina? 
     - Popłosę – ku zaskoczeniu giermka tym razem obyło się bez tłumacza 
     - Musisz wiedzieć, że spowodowałeś spory chaos- król własnoręcznie odkorkował kolejną butelkę małmazji - jedna z drużyn właściwie przestała istnieć. Organizatorzy zawodów wprost gotują się ze wściekłości. 
     Po krótkiej konsultacji z niezastąpionym tłumaczem Tristan mógł już odpowiedzieć: 
     - Salenie mi...errr psykło, Wasa Wysokość. I beseech you...uhm, błagam...o wybacenie 
     - Szczerze wątpię – król mrugnął psotnie i zachichotał niczym podlotka. A chichot ten był zaraźliwy i ponad wszelkimi podziałami językowymi: w następnej chwili rechotali już wszyscy łącznie z Tristanem i giermkiem, a milcząca do tej pory królowa uśmiechnęła się lekko. Tristan przelotnie uchwycił jej spojrzenie, momentalnie jednak spuścił wzrok. W jej oczach było coś niebezpiecznego, nieprzewidywalnego. Nie licującego z powagą monarchini. A może tylko mu się wydawało? 
     - Powiedz mi, Tristanie... 
     - Tak, królu? 
     - Jak ci się podoba mój kraj? Ładne widoki? Ludzie życzliwi? – tu król parsknął śmiechem. Momentalnie jednak śmiertelnie spoważniał – Dużo podróżujesz, sporo widziałeś...czy mój kraj czymś się wyróżnia? 
     - Cóż... 
     - Pomogę ci...przez te wszystkie lata...przez całe życie starałem się by moi poddani byli szczęśliwsi niż ludzie w innych krainach. By podróżny nie bał się samotnie podróżować nocnym traktem. By sztuka i rzemiosło kwitły...zauważyłeś jakieś efekty mych starań? 
     - Wszystko z wyjątkiem życzliwych ludzi – obrócił to w żart Tristan (po krótkiej konsultacji z giermkiem), od razu jednak zmiarkował, że nie tego oczekiwał król. Odchrząknął, po czym dodał ustami młodzieńca: 
     - Niewiele jeszcze widziałem, ale twoi poddani, panie, wydają się być szczęśliwsi niż inne nacje. Kraj jest ekstraordynaryjnie spokojny, a... 
     - Bo nie widziałeś demonstracji...- rzucił gorzko monarcha – wystarczy. Wybacz mi moją nachalność, Tristanie. Mam nadzieję, że będziesz mi z giermkiem towarzyszył podczas wieczornego spaceru. Tak niewiele mam ostatnio rozrywek. Aha, jeszcze jedno...Powiedz mi...wprawdzie nie ma takiego przysłówka jak ’ekstraordynaryjnie’ - a jeśli nawet jest, to cuchnie nieskładnym anglicyzmem- ale poza tym...to całkiem, całkiem nieźle...gdzieś nauczył się tak biegle posługiwać naszym językiem? 
     Tristan uśmiechnął się promiennie i niedbałym gestem uciszył śpieszącego na pomoc giermka. 
     - Nie dziękuję, jus jadłem 

     * * * 

     I jeszcze jedna zagadka. Albo nie: odpowiedź do kolejnej zagadki. 
     Depresja. Obniżenie nastroju. Może być wywołana przez konkretną ciężką sytuację życiową. Chory depresyjny jest milczący i małomówny, ujemnie ocenia swoją przeszłość, teraźniejszość, nie widzi żadnych perspektyw na przyszłość. UMARŁY ZA ŻYCIA. Nierzadko występują u niego tendencje do samooskarżania się. Depresja może być objawem nerwicy, stanu reakcyjnego, lub fazą upojenia alkoholowego. 
     - Jak można nie kochać tego miejsca - westchnął król i zatoczył dłonią łuk wskazując ziemie rozciągające się poniżej wieży, z której spoglądali. Rzeczywiście, widok wywoływał skurcz w gardle. Skomplikowana mozaika pól, borów i wyściełających wielobarwną płaszczyznę aż po horyzont wiosek, pocięta była tylko krystalicznymi wstęgami rzeki i strumyków. Zachodzące słońce odbijało się w nich tu i ówdzie, roztapiając też w miękkim powłóczystym świetle smukłą wieżę pobliskiego kościółka w zamazaną w obrysie bryłę purpury. 
     Radosne ujadanie psów niosło się aż po linię puszczy okalającej miasteczko bujnym wieńcem wiekowych jesionów, buków i dębów, po czym wracało jako echo nieoczekiwanym sennym pogłosem. Dym zaś- unoszący się z kominów okolicznych chat obrośniętych dzikim bluszczem przydawał temu widokowi pewnej zaskakującej sielankowości. Oto ludzie, szczęśliwi ludzie, żyją w spokojnej społeczności. Teraz jedzą kolacje razem z pociechami, może śmieją się poganiając się do łóżek. A zaraz przyjdzie noc i sen. Potem zaś podobny dzień, tak samo wypełniony sielankowością i wieczornym dymem z kominów. 
     - Jest piękne –szepnął Tristan, po krótkiej konsultacji z giermkiem. 
     - Jest piękne – powtórzył król- za piękne dla mnie? 
     - Wasa Wysokość wybacy, ale... 
     Król machnął ręką przerywając mu. Wypowiadając kolejne słowa uśmiechał się. 
     - To już nieistotne. Czy stara sosna powalona podczas burzy może mieć żal do wiatru? 

     * * * 

     Tristan leżał w gościnnej komnacie i od dobrej godziny wpatrywał się w sufit. Myśli kłębiły mu się w czaszce jak szczury próbujące uciec z labiryntu. I wcale nie był pewien czy na zewnątrz nie czekał na nie kolejny labirynt. Król był tak miły, że przy łóżku czekała na Tristana kolejna butelka otworzonego już wina. A przez ten dziwny wieczór Tristan poczuł, że chętnie napije się jeszcze. 
     Pił więc, pił aż opróżnił butelkę, a z każdym łykiem słodkawy płyn smakował mu coraz bardziej. Jakaś przypadkowa myśl kołacząca się gdzieś na obrzeżach świadomości mówiła mu, że jest zupełnie pijany. Nie był jednak senny. A myśli – choć fantasmagoryczne – wydawały mu się najzupełniej trzeźwe. 

     *** 

     Miarowy rytuał rozlewania wina... nieśpieszny rytm rozmowy z królem...gwiazdy są czujne i sprawiedliwe...po nocy musi być dzień...po jesieni zima, po życiu...każda sosna musi kiedyś...ale skąd ten smutek królu... ten patos...sprawiedliwość może być nieśpieszna, ale nie...przecież......ta sosna przetrwa burzę...musi ją przetrwać, wbrew wszystkiemu ...tak...to jedno mogę ci obiecać, królu...słucham? Nie, nie, to nic takiego....choć tyle mogę...połyskliwy cynober wina faluje w kieliszkach...gwiazdy są czujne i sprawiedliwe... cierpliwe jak śmierć, śmierć o jasnych włosach, która czeka ....słucham, Wasza Wysokość? ...tak, czemu nie...tak, napijmy się jeszcze wina...gwiazdy są...a królowa ma cudowne złote włosy... 
     Szedł pewnie, jakby robił to już dziesiątki razy. Jakby to, co zamierzał było nawykiem, częścią jego jaźni. Korytarz oświetlony skąpą poświatą nielicznych pochodni skręcał zaraz w lewo, chwilę potem stawało się przed właściwą komnatą. Przed drzwiami wytężył słuch, zadowolony pokiwał głową i pchnął. 

     * * * 

     Król żył jeszcze długo, w jego żyłach płynęła dziedziczna długowieczność. Czy samotnie? Nie mnie o tym sądzić. Czy dobrze? Dość dobrze by być sławionym przez kilku konsekutywnych kronikarzy. 
     Czy stara sosna powalona podczas burzy może mieć żal do wiatru? Nie wiem. Skąd miałbym to wiedzieć? Jestem tylko kolejnym z kronikarzy. Zapewne tym najmniej karnym czy wdzięcznym, a najbardziej rozkapryszonym. Wiem tylko, że w tym wypadku to wiatr mógł mieć żal do burzy. 
     Dobrze, dość już zagrywek spod znaku Johna Fowlesa i self-conscious novel...niech historia dopowie się sama. 

     * * * 

     Królowa zamknęła oczy. Jęknęła cicho gdy kochanek zakończył długi pocałunek ugryzieniem w wargę. 
     Przeszli przez każdy stopień conocnego rytuału, od środka nasennego w winie męża i gości, do zębów wbijanych w ekstazie w słone od potu ramię kochanka. Od elektryzującego wzajemnego rozbierania się, do krzyku po którym zapadała długa cisza. Czy w takiej chwili można słyszeć cichy jęk otwieranych drzwi? 
     Jej kochanek ukrył w dłoniach jej cudownie kształtne piersi, pozwalając jej nadawać tempo tej nocy. Zamknął oczy. Gdy je otworzył o mało się nie roześmiał. Coś takiego nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy...zasnął. Zasnął w takiej chwili? Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że królowa nadal wydawała się z nim kochać, może jeszcze bardziej zapamiętale niż przed chwilą...ale przed chwilą miała jeszcze głowę zamiast fontanny krwi tryskającej z szyi, prawda? 
     Przymknął oczy raz jeszcze. Pod powiekami wciąż widział spływającą na niego posokę, więc co za różnica? Otworzył je i zerknął w bok. Na posadzce obok łóżka, w kałuży krwi, wśród dywanu blond włosów patrzyła na niego twarz królowej wykrzywiona w grymasie rozkoszy, a może katatonicznego osłupienia... 
     Czyjś łagodny głos pomógł mu wyrwać się z szoku: 
     - Gotowy? 

     *** 

     Stary król zerknął ze smutnym uśmiechem na antałek z resztkami karmazynowego płynu pozostałego z kolacji. W tej zwodniczej aromatycznej czerwieni wirowały skomplikowane chemiczne układy proszku, który cudowna alabastrowa dłoń jego żony dosypała mu jak zwykle na noc. Potrząsnął pojemnikiem pieczołowicie - drobiny muszą przecież dobrze się w winie rozpuścić – i wziął łyka. Sny, które miewał po takim winie były barwne i szczęśliwe; właściwie był za nie królowej wdzięczny. 
     Smutek wynikał raczej z faktu, że nie będzie mógł rzecz jasna dzielić ich tej nocy z żoną...ani nawet z Tristanem. Do wina, które przesłała gościowi jego żona, on sam dosypał coś jeszcze. Specyfik, który mieszając się ze środkiem nasennym wywoływał krótki atak szału. Nie, to nawet nie to. Ofiara była najzupełniej trzeźwa. Świat wydawał jej się absolutnie przejrzysty. Czarno-biały. Decyzje wtedy podejmowane: sprawiedliwe i jedynie słuszne. Krótko mówiąc, znikały wszelkie opory i dylematy moralne, zostawał tylko obowiązek wobec sprawiedliwości. A o to przecież chodziło. 
     Czując coraz bliższą błogą senność, król przylgnął do ściany i zastygł tak w radosnej czujności. 

     * * * 

     Serce. Które pompuje krew, rozprowadzając ją po całym ciele. Dostarczając mu pożywienia i tlenu. Zbierając dwutlenek węgla. Niewielki przedmiot przypominający zaciśniętą pięść. Pracuje najszybciej podczas zmęczenia. Albo przerażenia. 
     Serce kochanka królowej o mało co nie wyskoczyło mu z piersi. Wytrzeszczał oczy to na stojącego opodal łoża odzianego w czerń mężczyznę, to na jego miecz, który nie był bynajmniej stalowo niebieski. 
     Miecz intruza był intensywnie czerwony, a czerwień ta – jako żywo przypominająca wino – była w dodatku osobliwą czerwienią. Płynęła. Skapywała z końcówki klingi na podłogę, formując rozległą purpurową kałużę, połyskującą światłem pochodni, mieszając się z inną kałużą, złotą. Ale nie, żachnął się, to drugie na pewno kałużą nie jest; to tylko falista kaskada, imponujący puszysty kobierzec włosów otaczających śliczną główkę królowej. Z niemal automatycznym obrzydzeniem strącił z siebie resztę ciała królowej i przeturlał się po łożu. 
     Zeskakując zeń miał już w ręku miecz, który przytomnie zostawił w jej zasięgu na kamiennej podłodze. Miecz momentalnie zatoczył od ziemi syczący półkrąg w kierunku brzucha mordercy. Ku zaskoczeniu kochanka, półkrąg przedłużył się w niezręczną, urwaną elipsę. Bo przeciwnika już tam nie było. Przeciwnik był niewyraźnym kształtem tuz obok, rozmazującym się w potężnym ataku. 
     Nie od parady jednak kochanek był najlepszym rycerzem w królewskiej drużynie. Odruchowo sparował wyprowadzony z prawej cios na wysokości swojej szyi. Zręcznie związał klingę przeciwnika i z całej siły ją odepchnął. 
      Serce pompowało niebywałe ilości krwi z adrenaliną. Rozpływała się po całym ciele dając mrowiejące poczucie nadludzkiej siły. 
     Tak właśnie czuł się kochanek nieszczęśliwie zmarłej królowej, idąc z uśmiechem do pchniętego pod samą ścianę przeciwnika. Rozpoznał go. To ten rycerz przybyły z giermkiem zza morza. Podróżnik. Morderca królewskich żon. 
      Sypnęło iskrami, gdy kochanek zaatakował ponownie gardę mężczyzny w czerni. Błyskawicznie uskoczył przed kontratakiem i zwodniczo podniósł miecz nieco nad głowę, prowokując pchnięcie na brzuch. Gdy nastąpiło, oszczędnym piruetem prześlizgnął się tuż obok, czując w obrocie jak sztych mija jego lewy bok o centymetry. Równocześnie wyprowadził cios w takim momencie nie do sparowania przez wychylonego w przód przeciwnika. Napastnik zginie sprawiedliwie, śmiercią którą sam zadał królowej. Potężne cięcie z pełnego obrotu zaszumiało w powietrzu. 
      Serce kochanka radowało się wyrównaną walką i jej rychłym końcem. Adrenalina wciąż tłoczyła się gorączkowo jego żyłami; był młodym bogiem. Płynęła bystro niczym fale rzeki podczas potopu. Aż nagle potop niespodziewanie ustał. Członki rycerza zostały widać wystarczająco nakarmione. Tyle tylko, że rzeka nie uspokajała się tak po prostu. Bliżsi prawdy bylibyśmy mówiąc, że błyskawicznie wysychała. 
     Niewielki przedmiot przypominający zaciśniętą pięść nie pompował już krwi. Rozpłatany na dwie równiutkie części uspokajał się, usypiał. 
     Bo gdy jeden miecz drgał ekstatycznie wbity głęboko w ścianę, ten drugi, po nieoczekiwanym uniku swojego właściciela, znalazł nową pochwę w piersi nagiego przeciwnika. 

     * * * 

     Król wytężył słuch: poprzez senność. Coś uderzyło głucho o ścianę. W chwilę potem coś innego ze zgrzytem wbiło się w nią z drugiej strony. Król, zmęczony wytężonym wyczekiwaniem, nagle usnął. Z błogim wyrazem na twarzy, z głową przy ścianie niby na poduszce. 
     Czy jego sen będzie miał kolor wina, które płynęło po ścianie z wysokości jego prawego policzka tworząc u stóp lekko maziowatą substancję? 
     Czy możliwym było, by miecz, dzierżony nawet przez najmocarniejszą rękę, mógł przebić się przez ścianę jakby była z papieru? 
     Tego rodzaju rozważania zostawmy bardom. 

     * * * 

     Tristan jest z siebie zadowolony. Tristan świetnie się spisał i to dodaje mu skrzydeł. Tristan... ma przed sobą całe życie. Przyszłość? Dawało się nią kierować. Dawało się ją pokonać, do spółki z tym sławnym przeznaczeniem. Mógł więc z rozczuleniem wspominać ptaka pod dębem i jego wróżbę. Myliłeś się, kruku. Myliłeś się. 

     * * * 

     Zapewne i bez dalszych wyjaśnień rozumiecie już, czytelnicy drodzy, że do niczego takiego nie doszło (i dojść nie mogło?). Tylko pozornie porzucając postmodernistyczną zabawę, pozwoliłem sobie na efekciarską, tragiczną końcową woltę ( bardzo w sumie przypominającą wydźwiękiem początkowe docinki pod waszym adresem), odbijającą się nieco tylko zniekształconym echem w legendzie (no, właściwie to dwóch, zakładając, że ta arturiańska jest tylko trawestacją tej oryginalnej Tristana i Izoldy), na której się oparłem. Słowem, znów dałem się ponieść wyobraźni i sam stałem się na chwilę bardem próbując spektakularnie skonkludować, zawiązać opowieść w ładną końcową kokardkę... Skruszony, biję się w piersi. Prawda i życie nie lubią ładnych kokardek, ani łatwego, bezproblemowego fastrygowania. A zatem... 
     Król przeżył (ale o tym już mówiłem, pamiętacie?), tak jak przeżyła jego niewierna żona i kochanek; Tristan zaś z jego (ich) błogosławieństwem wrócił do domu. Powyższa fantasmagoria (w której sędziwy monarcha - z wyrzutów sumienia, o których Freud miałby niemało do opowiedzenia – sam sobie zaprojektował wymyślną śmierć) była tylko pijackim (a także barwnym i szczęśliwym) snem sfrustrowanego króla, będącego zresztą na codzień wzorem cnót małżeńskich, cywilnych i monarszych. Raz jeszcze spytacie: koniec? Ani jednej, maleńkiej choćby kokardki? Takiej tyci, tyci? Jeszcze chwilka. 
     Przypuśćmy, że legendy same, z własnej natury przeplatają się w nieskończoność. Że same znajdują swoje odbicia w labiryntach kulturowej wyobraźni ludzi, których prowadzą, łącząc ich nawzajem w czasie i przestrzeni. Że to nie ludzie je opowiadają, ale odwrotnie, bardowie są tylko bezwolnymi marionetkami, historiami do opowiedzenia w długie zimowe wieczory przez jakieś bezosobowe byty? 
     I to, że sami rewanżują się tym samym owym okołoliterackim bytom, jest tylko nieudolną zemstą fajtłapowatych śmiertelników, którzy niemogąc spać próbują odgryzać się sile ( ile ryzykuję mówiąc wam o niej ?) zsyłającej bezsenność? 
     Ale po co, do ciężkiej cholery - po co opowiadać nieskładną historię, nie mającą nic wspólnego z tytułową wróżbą - tym samym narażając się śmiertelnie Czechowowi, Panie świeć nad jego duszą? Zdałem sobie przecież sprawę (czy zdawałem ją sobie od samego początku?), że wszystko, nawet / a zwłaszcza bezsenne zabawy muszą mieć wzór - hipnotyczny, kolisty układ pamiętający pradawne czasy. 
     Tutaj zaświtał mi pewien wygodny pomysł ( ale czy naprawdę jest inne wyjście?) A może złożę całą odpowiedzialność na ręce innego mściwego kolegi po fachu, podam piłeczkę o tysiąc lat wstecz, i pozwolę mu zadecydować, tak przez łączącą nas przyjaźn i los? Bo przecież domyślacie się już co takiego zrobię. Zaczynamy więc raz jeszcze, jednym kolistym, hipnotycznym ruchem wracając do początków...zaczynamy raz jeszcze. 
     Przypuśćmy, że legendy...Przypuśćmy, że... 

     * * * 

     Dokładnie rok później, jaskółka wylądowała na ręce Tristana, wbiła pazurki w jego dłoń. Wytężył wzrok. W jej dziobie falował na wietrze długi, złoty włos.


copyright 2003-2020 brylka