wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Myszy 2

Sznur mocno wżynał się Kayleigh'owi w ręce, dodatkową niedogodnością był fakt, że drugi jego koniec przymocowany był do biegnącego ze sporą szybkością konia. Z tego co mógł zobaczyć, w podobnej sytuacji znajdował się Reef. A pomyśleć, że jeszcze kilka minut temu, obaj ucieszyli się na wieść, że dowódca patrolu który ich pojmał zdecydował się na zabranie ich do obozu, zamiast na powieszenie na miejscu. Publiczne egzekucje miały ponoć zbawienny wpływ na morale wojska. 
     Kiedy po, zdecydowanie zbyt długiej i odbywającej się w niezbyt komfortowy sposób, podróży dotarli do celu, którym okazał się obóz małego, złożonego z kilkudziesięciu konnych, podjazdu, rzucono ich brutalnie na ziemie. Okolica nie przedstawiała się zbyt interesująco, poza lasem, a właściwie paru dziesięcioma drzewami które w jakiś niewytłumaczalny sposób znalazły się pośrodku otaczającej ich wielkiej równiny, krajobraz urozmaicało jedynie kilka niedalekich wzgórz. Nie dane im jednak było delektować się widokami, bo wkrótce w pobliżu zjawił się dowódca podjazdu. Kayleigh nie musiał znać nilfgaardzkich stopni wojskowych, żeby rozpoznać w nim sierżanta. Tak jak większość przedstawicieli tej szarży, charakteryzował się on byczym karkiem, wyrazem twarzy godnym żeliwnego pieca i, chociaż niestety nie można się było o tym naocznie przekonać, mysim mózgiem. 
     - A więc znudził się nam wojskowy wikt, co? Myślę, że znajdziemy na to szybko jakieś lekarstwo. – Zaczął dowcipnie podoficer. – Nóżki pewnie też was bolą? Z tym też nie będzie problemu, poczekajcie tylko aż chłopcy przygotują jakąś odpowiednią gałąź. 
     Nie doczekawszy się odpowiedzi odszedł, doglądać idących wcale sprawnie prac przy prowizorycznej szubienicy. Wtedy uwagę straży zwrócił jakiś ruch na grzbiecie pobliskiej górki. Pocwałowało tam na zwiad kilku jeźdźców, niezadowolonych, że z powodu jakiś głupot pozbawia się ich możliwości podziwiania widowiska, którego bohaterami mieli być dwaj schwytani dezerterzy. Nic poza tym nie zakłóciło już przygotowań i po chwili jeńcy zostali postawieni pod rozłożystym dębem. Zebrane wokół wojsko wysłuchało niewyszukanego przemówienia dowódcy, sprowadzającego się głównie do wyjaśnienia, że żołnierz ma generalnie dwie możliwości: oglądać egzekucję, lub w niej uczestniczyć. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości dodał jeszcze, że, z powodu wojny, instytucja ostatniego życzenia została zawieszona do odwołania. Kayleigh wiercił się nerwowo w pętach, z oczywistych przyczyn niezadowolony z rozwoju sytuacji. Jego chwila jednak widać jeszcze nie nadeszła, ponieważ ktoś zauważył dosyć szybko posuwającą się w ich kierunku chmurę kurzu. Wracał patrol, a nie wypadało zaczynać bez towarzyszy. Chmura rosła coraz bardziej, co, biorąc pod uwagę wielkość patrolu, było nieco podejrzane, więc pokłusowało w jej stronę jeszcze kilku żołnierzy. Kiedy chmura urosła do rozmiarów takiej zostawianej przez kilkuset konnych, przyspieszyli z kłusa do galopu. Zanim jeszcze dotarli do obozu reszta podjazdu była już w siodłach i uciekała w tym samym kierunku. Kayleigh i Reef, zostawieni samym sobie, błyskawicznie rzucili się w głąb lasu. Po kilkudziesięciu metrach padli na ziemie i spróbowali zakopać się w liściach, co, ze względu na związane za plecami ręce, sprawiło pewien problem. Po kilku sekundach do ich uszu dotarł głośny zgrzyt metalu o metal, krzyki ludzi i kwik koni. Stare przysłowie o podziale wojowników na szybkich oraz martwych po raz kolejny okazało się prawdziwe, chociaż jego autor miał chyba coś innego na myśli. 
     Minęła prawie godzina, kiedy wreszcie Kayleigh odważył się poruszyć. Po kilku próbach udało mu się wyswobodzić z, niezbyt starannie nałożonych, więzów. Ostrożnie odwrócił głowę. Widok skierowanego w jego stronę miecza nie zaskoczył go zbytnio, dziwne było tylko to, że to rękojeść znajdowała się bliżej. Zagadka rozwiązała się, gdy dostrzegł, że to jego towarzysz trzyma drugi koniec. Jak się okazało zwinny nilfgaardczyk uwolnił się już jakiś czas temu i zdążył do tej pory rozejrzeć się nieco. W obozie kawalerzystów pozostały wszystkie ich zapasy, kilka trupów i cztery bezpańskie konie. Napastnicy byli zapewne wojskiem jakiegoś zbuntowanego barona, chociaż w zasadzie nie miało to najmniejszego znaczenia. To czy zabiją ich żołnierze walczący o wolność i za pieniądze, czy ci walczący jedynie za pieniądze, nie im robiło większej różnicy. 
     Szybko uzupełnili zapasy, wzięli sobie po mieczu i na zdobycznych koniach pojechali na zachód. Ich celem było największe w okolicy miasto portowe – Gelibol. Podróż przebiegała bez zakłóceń, dopóki na swej drodze nie napotkali pucołowatego mężczyzny w sile wieku, eskortowanego przez dwóch innych, uzbrojonych w pałki. Widok był naprawdę niecodzienny, w rodzinnych stronach Kayleigh’a ktoś podróżujący w tak małej grupie i bez miecza mógł być jednie jakimś zwariowanym pustelnikiem, lub bardzo sfrustrowanym samobójcą. Cisze, jaka zapanowała przerwał nieznajomy. 
     - Witam panów, udajecie się zapewne do naszego pięknego miasta? 
     - Tak – Odparł Reef. – Chociaż ciekawi mnie, co was sprowadza w te okolice. 
     - Och, to proste – Roześmiał się jego rozmówca. – Jak zawsze po żniwach zbieramy daninę dla cesarza. 
     Reef pamiętał jak jego wioskę odwiedził kiedyś poborca podatków. Był całkiem podobny do mężczyzny z którym teraz rozmawiał, tyle, że był eskortowany przez całkiem spory oddział wojska, którego utrzymanie kosztowało zapewne więcej niż mógł zebrać. Postanowił nie zaglądać w zęby przysłowiowemu koniowi i kuć, również przysłowiowe, żelazo póki gorące. Błyskawicznie wyciągnął miecz i zakręcił nim efektownego młynka. 
     - Będziemy zmuszeni podjąć trochę waszych pieniędzy. 
     - Niestety, po zapomogę musicie zwrócić się osobiście do prefekta. 
     - Co?! To jest napad! Nie pozwolę, by te pieniądze zostały wydane na opłacenie kolejnych oddziałów zabójców, palących wsie i zabijających niewinnych ludzi! – Reef podczas długiej podróży nauczył się nieco rewolucyjnej retoryki, używanej z pasją przez jego przyjaciela. Zaszokowany urzędnik został szybko pozbawiony kilku ciężkich mieszków, podczas gdy jego ochrona, sterroryzowana przez Kayleigh’a, nie śmiała się ruszyć. Zdecydowanie nie spodziewali się takiego obrotu sytuacji. Już po chwili wszyscy trzej ze zdumiewającą szybkością uciekali w stronę pobliskiego lasku, a dwaj młodzi dezerterzy, bogatsi o, między innymi, nowe doświadczenia, jechali dalej. 
     Dalsza podróż przebiegała już bez żadnych przeszkód i wkrótce ich oczom ukazało się duże miasto portowe. Już z daleka sprawiało dziwne wrażenie, chociaż trudno było orzec, co jest tego powodem. Dopiero kiedy przejechali przez bramę zrozumieli, co budziło takie zdumienie. Miasto było czyste. Nie tylko zresztą, wyglądało też na spokojne, dobrze zorganizowane i – co widać było wyraźnie na twarzach przechodniów – bezpieczne. Oczywiście tak jak każdy, nawet najmniejszy, port rybacki, silnie zalatywało tak zwanymi „owocami morza”, co jak zwykle oznaczało sterty dorszy, nieco zbyt długo leżące w magazynach. Pozbawione jednak było całej reszty zapachów, normalnych dla każdego skupiska ludzi większego niż pięć osób. Nie wnikając w przyczyny tego stanu rzeczy szybko skierowali się do najbliższej karczmy, którą okazał się sporej wielkości przybytek o nazwie „Pod Skacowanym Śledziem”, oznaczony szyldem, ozdobionym nieco dziwnie powykręcaną srebrną rybą. W środku znajdowało się zaledwie kilku ludzi oraz barman, gruby i jowialny, będący niemal archetypicznym przedstawicielem swej profesji. Dzięki sporym zasobom finansowym udało im się, za pomocą standardowej metody, polegającej na postawieniu wszystkim kolejki, zdobyć sympatię obecnych, a co za tym idzie – informację o tym, iż w najbliższym czasie do Meacht odpływa „Mątwa”. Statek należał do kapitana Steedgusa, zwanego adwokatem, ze względu na wybitnie szemraną reputację i prawie pewną nielegalną działalność, mimo której nie był nigdy o nic oskarżony. 
     Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie, ukazując pechowego poborcę podatków w towarzystwie kilku, zdecydowanie groźniej niż poprzedni wyglądających, strażników, oraz mężczyzny w sile wieku o twarzy poznaczonej bliznami w sposób mogący pozbawić przytomności osobę o słabej kondycji psychicznej. 
     - To oni, panie Fulko, ci dwaj przy barze! 
     - Ach, więc to wy uznaliście, że znajdziecie lepsze zastosowanie dla państwowych pieniędzy? Jednak prawowici ich właściciele mają jeszcze w tej sprawie trochę do powiedzenia. Brać ich! – Krzyknął do strażników, którzy, wyciągnąwszy miecze, ruszyli niespiesznie w kierunku złodziei. Ci zaś, nie zastanawiając się wiele rzucili się w kierunku wejścia na zaplecze. Po chwili wahania bardzo zdziwieni stróżowie porządku ruszyli za nimi. Już od piętnastu lat żaden przestępca nie próbował ucieczki. Odkąd prefektem został pan Fulko Artevelde wiele się zmieniło. Kilku pierwszych złoczyńców, którzy mieli pecha zostać złapani przez jego ludzi, zakończyło publicznie swój żywot, w sposób tyleż bolesny, co urozmaicony. Oczywiście prefekt nie zjednał sobie w ten sposób powszechnej przyjaźni. Ze względu na stały napływ zamachowców musiano zatrudnić trzech dodatkowych katów. Po paru miesiącach wieści rozeszły się szeroko, a prowincja Meacht stała się najbezpieczniejszą w całym cesarstwie. Każdy złapany na gorącym uczynku dobrowolnie oddawał się w ręce sprawiedliwości, z nadzieją, że jego współpraca wpłynie nieco na wysokość wyroku. Nieszczęście polegało na tym, że Kayleigh, wychowany w rodzinie szlacheckiej, nie miał dostępu do takich informacji, Reef zaś pochodził ze wsi zaściankowej w sprawiającym, że nawet wiadomość o koronacji kolejnego cesarza docierała tam z kilkuletnim opóźnieniem. Powyższe fakty zadecydowały o tym, że do sytuacji podeszli z otwartym umysłem i już po kilkudziesięciu metrach zostawili pogoń z tyłu. 
     Bez trudu odnaleźli port, zaś miejsce cumowania „Mątwy” wskazał pewien przyjazny marynarz. Marynarz znajdował się jeszcze w stanie pozwalającym na konwersacje, co, biorąc pod uwagę fakt, że na lądzie był już dwie godziny, było zdumiewające, więc do celu dotarli po zaledwie godzinie błądzenia. Na pokładzie powitał ich bogato odziany człowiek o zdecydowanej nadwadze. Co zdumiewające, on właśnie okazał się kapitanem. Po krótkich, acz napiętych negocjacjach zgodził się wziąć ich na pokład, żądając pieniędzy w ilości wystarczającej niemalże na wyłożenie złotem pokładu. Na szczęście, dzięki bezzwrotnej pożyczce z nilfgaardzkiego skarbca, nie było to wielkim problemem i już po chwili Reef i Kayleigh żeglowali w kierunku Meacht i świetlanej przyszłości, która miała tam na nich czekać.


copyright 2003-2020 brylka