wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Frankenstein

      Geralt przestał walczyć. 
      Powieki same się zamknęły, a głowa opadła na piersi. 
      Ogarniająca go senność w końcu zwyciężyła. 
      Leżał w miłym cieniu, odpoczywając po sutym obiedzie. Nieopodal na grządce pracowicie bzyczał trzmiel. A może duża pszczółka? Geralt nawet nie miał siły otworzyć oka, żeby sprawdzić. 
      Rozwalił się wygodniej na leżaku, zsunął znaleziony nieopodal słomkowy kapelusz ogrodnika głębiej na twarz, wciągnął nosem głęboko powietrze przepełnione zapachem kopru, szałwii, rozmarynu i pietruszki. 
      - Mmm... Ta wspaniała południowa kuchnia... - pomyślał - Kiedyś na szlaku wystarczał pół-surowy, pół-spalony w ognisku królik i krótka drzemka w siodle, a teraz... Ależ ja stary jestem... - Myśli wiedźmina zaczęły krążyć coraz wolniej i leniwiej. - Całkiem przyjemna ta ostatnia robota... dobrze karmią, a pracy niewiele... A zapowiadało się tak nieszczególnie...

      +++

      Drzwi gospody skrzypnęły i w progu ktoś stanął. 
      Niski, krępy, garbaty człowieczek w płaszczu przeciwdeszczowym. 
      Wtoczył się do środka podpierając kosturem i utykając zamaszyście na lewą nogę. Wchodząc nie zdjął nawet kaptura, ale wszyscy goście doskonale wiedzieli, kto zacz. I wcale nie mieli ochoty na jego towarzystwo. Pochylili się głębiej nad swoimi kuflami, w nadziei, że przybysz zniknie równie szybko, jak się pojawił. 
      Podszedł do skamieniałego szynkarza rozsiewając dookoła kropelki deszczu, które jakby z wielką chęcią odrywały się od jego płaszcza, byle jak najszybciej znaleźć się jak najdalej. Zagadał coś niewyraźnie. Tamten tylko wskazał wzrokiem schody prowadzące na piętro....

      Geralt leżał na wyrku i patrząc na brudny, pokryty pajęczynami sufit wsłuchiwał się w odgłosy burzy szalejącej na dworze. Wiedział, że za chwilę jego oczekiwanie się skończy. W ciągu tylu lat wiedźmiństwa wyrobił mu się jakiś dodatkowy zmysł i nie potrzebował do tego nawet medalionu. 
      To i lepiej, bo dziś medalion nie miał prawa drgnąć. 
      Ktoś się zbliżał. Słyszał szuranie buta. Geralt opuścił nogi na ziemię siadł na łóżku i szybko związał włosy kawałkiem rzemyka. 
      Drzwi skrzypnęły cicho. Zdeformowana postać stanęła w progu. 
      Błyskawica za oknem rozdarła niebo na pół przez moment oświetlając twarz przybysza. Geralt osłonił dłonią oczy... Nie to, żeby oślepiła go błyskawica, po prostu twarz przybysza nie należała do najprzyjemniejszych. 
      Geralt mruknął. 
      - Witaj. Ty pewnie jesteś Borys? Czekałem na ciebie... 
      Przybysz nazwany Borysem przez chwilę stał jakby zbierając się w sobie, po czym wycharczał zaciągając samogłoski. 
      - Pan przysłał mnie po ciebie... Powóz czeka... To niedaleko... Podróż nie potrwa długo...

      +++

      
      - Geralt!!! - przeraźliwy krzyk rozdarł popołudniową ciszę w posiadłości barona von Frankensteina. - Geralt, na pomoc! Znowu się wyrwał!! 
      Geralt ocknął się z drzemki, zdjął z twarzy kapelusz, który miał go chronić przed słońcem i z ciężkim westchnieniem wstał z leżaka. 
      - O, rrany... No to po sjeście. - Zapiął spodnie, które po sutym obiedzie zrobiły się trochę za ciasne, wsunął sobie miecz pod pachę i dłubiąc w nosie, nieśpiesznie opuścił słoneczne patio. Ruszył w stronę wejścia do kuchni w zachodnim skrzydle, ponieważ stamtąd najszybciej można było się dostać do laboratorium barona. Po drodze minął Borysa, który kusztykał z tacą zastawioną napojami chłodzącymi. Zawahał się na moment, ale zdusił w sobie pokusę sięgnięcia po drinka. 
      Obowiązki najpierw.

      Pomieszczenie wyglądało jakby przetoczyło się przezeń stado żubrów. Pachniało też nieszczególnie. Wszędzie walały się rozbite naczynia laboratoryjne, poplątane elastyczne rurki i kupa innego złomu potrzebnego do wykonywania czarów spod znaku siódmej pieczęci albo transmigracji połączonych z detoksem i płukaniem żołądka. 
      - Gdzie? - Geralt, jak zwykle konkretny, skierował pytanie do barona, który stał w rogu i gorączkowo pocierał czoło. Widać zastanawiał się nad czymś intensywnie. 
      Baron zerknął półprzytomnie na Geralta. 
      - Uciekł do piwniczki - wskazał palcem kierunek. 
      - No dobra, zarygluj za mną drzwi, gdy wejdę... 
      Baron podbiegł do Geralta i błagalnie składając ręce wyszeptał. 
      - Tylko, proszę, nie uszkodź go tak jak ostatnio, dobrze? Ledwo potem poskładałem wszystko do kupy.... 
      - Dobra. 
      - Ale poważnie, Geralt, bo inaczej nigdy nie skończę! 
      - Dobra. 
      - Obiecujesz? 
      - Jej... No, jak mówię, że dobra, to dobra!... - Wiedźmin popluł w dłonie, wyjął spod pachy Sihill i machnął nim parę razy na próbę. Potem wszedł do piwniczki i zatrzasnął za sobą drzwi. Po chwili jednak wrócił się, wystawił głowę przez szparę i zapytał - To znaczy, najwyżej w dwóch, trzech kawałkach, tak?

      +++

      Wszechwiedzący narrator musi w tym miejscu się wtrącić i wyjaśnić, że Geralt jest już w gościnie u barona von Frankenstein od ponad pół roku. Został zaproszony jako, powiedzmy, bodyguard, ponieważ baron para się amatorsko bardzo niebezpiecznym zajęciem. Właściwie to robi coś, co literatura branżowa nazywa "rebuilding recycled bodyparts into custom artificial human being", a co my, fachowcy, nazywamy "sklecaniem Monkiego". 
      Aby nie trzymać państwa w napięciu powiem po prostu: baron składa z kawałków różnych nieboszczyków istotę na wzór człowieka, w nadziei że wyjdzie mu coś, co oprócz metabolizowania pokarmu, będzie potrafiło na przykład grać na drumli albo obsłużyć jakiś sprzęt AGD, taki jak, powiedzmy, miotła. 
      Początki nie są łatwe, zwłaszcza że twór barona wykazuje skłonności destrukcyjne, nie mówiąc o takich drobiazgach jak niemożność utrzymania moczu w pęcherzu. W każdym razie ponieważ stwór posiada nadludzką siłę fizyczną, a przy tym umysłowość na poziomie moskita, nieodzowna jest pomoc wiedźmina do utrzymania go w ryzach.

      +++

      - To.... żyje? 
      Geralt nie mógł się nadziwić. 
      Patrzył na zanurzone w kadzi z rzadziutkim, różowym żelem ciało, które pięć godzin temu, nic sobie nie robiąc z próśb barona, własnoręcznie potraktował jak rzeźnik świniaka. Bąbelki powietrza wydobywające się spod maski tlenowej przy każdym wydechu były najlepszym dowodem, że to coś faktycznie powstało z martwych. 
      Znowu. 
      Baron z uśmiechem kiwnął głową. 
      - Idzie mi coraz lepiej, prawda? Uszkodzenia mięśniowo-szkieletowe to już dla mnie nie problem i załatwiam je od ręki. Gorzej mi idzie z hydrauliką i połączeniami nerwowymi. Na szczęście nie uszkodziłeś zbyt poważnie organów wewnętrznych, więc, jak widzisz, za tydzień będzie jak nowy. 
      Geralt spacerował po laboratorium oglądając sprzęt i eksponaty jakich jeszcze w życiu na oczy nie widział. Podniósł jakiś słój z niezidentyfikowaną zawartością, przyjrzał mu się z obrzydzeniem i odstawił na miejsce. Był przyzwyczajony do różnych okropieństw, ale to miejsce przyprawiało go o ciarki. Spojrzał w iluminator kadzi stojącej na drugim końcu laboratorium i przez moment wydawało mu się że twór barona przygląda mu się z nienawiścią. Po chwili to wrażenie minęło, ale nieprzyjemne uczucie zostało. 
      - Baronie... - zaczął - z tego co widzę, balansujesz na krawędzi ryzyka. Jeśli gildia czarodziejów dowie się o twoich praktykach, możesz mieć kłopoty... Czy nie obawiasz się, że to wszystko może ci się wymknąć spod kontroli? 
      - Eeee, nie.... Wszystko jest w najlepszym porządku. Mój kochany stryjo jest szychą w Kręgu. A poza tym jestem wręcz nieprzyzwoicie bogaty, więc gówno mi mogą zrobić. Gdy skończę, to będzie prawdziwy przełom. Ja, baron Viktor von Frankenstein dokonam niemożliwego: fuzja dwóch wykluczających się rzeczy - prawdziwej nauki i magii, a wszystko to w jednej osobie mojego powstańca. - baron pieszczotliwym ruchem przesunął po zaparowanym iluminatorze. 
      - Nie o to mi chodziło. - Geralt zmarszczył się - Z tego co widziałem, mózg twojego powstańca składa się z wielu różnych kawałków. Osoby z których został poskładany mogły mieć różne temperamenty, charaktery, może nawet sprzeczne, a to może stanowić wybuchową mieszankę. Może to jest przyczyną jego niekontrolowanych wybuchów agresji? 
      - Wiedźminie - przerwał mu baron - gadasz bzdury w tej chwili. Czy ja cię uczę jak wypruwać flaki? Nie, bo jesteś w tym fachowcem. Nie ucz mnie więc jak mam postępować w kwestii, na której znam się na pewno lepiej. Popatrz na to. 
      Baron podszedł do wielkiej oszklonej szafy w głębi laboratorium, otworzył jej skrzydła na oścież ukazując wnętrze, które wyglądało jak wystawa jubilera. Wszędzie było pełno kryształów, kryształków, pryzmatów, różnokolorowych kamieni szlachetnych, oszlifowanych w przedziwne kształty i poustawianych jeden na drugim w piramidki lub bezładne kupki. 
      - No, ładny kawałek fortuny tu masz, baronie - Geralt podszedł i wyciągnął rękę chcąc dotknąć jakiegoś szczególnie ładnego okazu szmaragdu, lecz baron szybko powstrzymał wiedźmina z krzykiem. 
      - Nie dotykaj! - wyszeptał ze zgrozą. - To programator. Nie masz pojęcia jaka to delikatna maszyneria! Każdy kamień jest tutaj oszlifowany i ustawiony z dokładnością do tysięcznych części cala. Wiele z tych kamieni to unikaty, jedyne w swoim rodzaju, praktycznie już nie do zdobycia, jak na przykład ten purpurowy tlenek glinu, tuż obok fioletowego antraxu. Faktycznie zdobycie wszystkich kamieni kosztowało fortunę, ale ich wartość jest praktycznie bezcenna, jeśli wziąć pod uwagę ich zastosowanie w tej maszynie. Jeszcze mój świętej pamięci dziadek zaczął pracę nad tym cackiem. Potem jego dzieło kontynuował mój prześwietny rodziciel, a ja dopracowywałem szczegóły od czasów studiów, czyli ponad trzydzieści lat! 
      Gdy Geralt z szacunkiem odsunął się od szafy, baron odetchnął, po czym łagodniejszym tonem zaczął tłumaczyć. 
      - Mówiłeś, Geralt, że mózg powstańca jest miszmaszem różnych mózgów. Zgadza się. Ale dzięki programatorowi mogę ten mózg sformatować, czyli wyczyścić do zera, a potem napełnić go każdą wiedzą jaką chcę. Jest to proces długotrwały oczywiście, ale za to efekt jest zdumiewający. Popatrz. 
      Baron podszedł do okna, otworzył je i sięgnął do małego lustra przymocowanego na zewnątrz budynku na ruchomych wspornikach. Ustawił je tak, aby kierowało światło na największy z pryzmatów programatora. Wnętrze szafy nagle rozbłysło i zaczęło migać, mrugać, błyskać oraz pulsować. Widok był niesamowity. 
      - Niesamowity widok - mruknął Geralt - tylko że co... to tak sobie ma mrugać i tyle? 
      Baron westchnął i zaczął dalej. 
      - To co widzisz to tylko efekt uboczny. Światło jest nośnikiem informacji zakodowanych w strukturze i w konfiguracji kryształów i pryzmatów. To co chcę zapisać w mózgu powstańca przygotowuje wcześniej w postaci takich małych dziurkowanych tabliczek, które my, fachowcy, nazywamy kartami perforowanymi, a dla ciebie wystarczy, jak powiem, że są to przesłony modulujące i kierujące światło w odpowiednie miejsca programatora. Światło z zakodowaną informacją porusza się po tych szklanych przewodach, które widzisz wychodzące ze szczytu szafy i dalej trafia do specjalnego hełmu, który sam w sobie jest arcydziełem inżynierii. Hełm ten zakłada się na głowę osoby, którą chcemy czegoś nauczyć. Specjalne cieniutkie sondy wchodzą przez blaszkę mózgoczaszki i automatycznie zagłębiają się w odpowiednie miejsca, stymulując odpowiednie regiony kory mózgowej i tak dalej... Dwa pacierze działania mojego programatora równają się miesiącowi nauki zwykłej. Bez tej maszyny nie byłbym w stanie stworzyć powstańca. Co ty na to? Może chcesz spróbować? W tej chwili jest załadowany program nauki wyplatania koszyków z wikliny. 
      Geraltowi na samą myśl sond wbijających się w mózg zrobiło się słabo. 
      - Nnnie.. dziękuję... umiem wyplatać koszyki...

      +++

      Minęły dwa miesiące. 
      Jest to właściwie środek lata. Dokładnie jest to miesiąc zwany w tych okolicach Btsuleniteeranum, czyli w wolnym tłumaczeniu: miesiąc leniwych komarów. Ale to nie ma większego znaczenia dla opowieści. W każdym razie przez ten czas zdarzyło się kilka sytuacji ekstremalnych w zamku Frankenstein, ale zawsze dawało się je w porę opanować. 
      Ogólnie powstaniec barona ma się o wiele lepiej. Jego kondycja fizyczna jest jak nigdy dotąd, po prostu super. Psychiczna.... hm... jeszcze przypomina ocean podczas tajfunu lub nastrój kobiety podczas menstruacji. Ogólnie mówiąc nie da się tego opisać, tym bardziej, że autor jest facetem i nie ma o pewnych rzeczach zielonego pojęcia. 
      Cały ten wtręt ma na celu skrócenie opowiadania do minimum, ponieważ autor nie lubi przynudzać i doskonale zdaje sobie sprawę, że Czytelnicy i tak przeskakują takie opisy, bo są nudne. 
      Koniec końców, sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda tak:

      Geralta obudziły krzyki, właściwie było już rano i wiedźmin powinien był się sam obudzić, ale życie w domu barona rozpieszczało go tak, że zaczynał się już przyzwyczajać do słodkiego lenistwa. 
      Wskoczył błyskawicznie w spodnie i capnął miecz z pojemnika na parasole. Koszulę zakładał już w biegu.

      - ...Tym razem eksperymentowałem z gruczołami dokrewnymi.. chciałem żeby nabrał osobowości, no wiesz, Geralt, to ma być facet z charakterem. Że tak powiem, facet z... hem, hem... z jajami... no, ale nie przewidziałem jednego, instynkty wzięły górę i... 
      Twarz wiedźmina wykrzywiła się w domyślnym uśmiechu. 
      - Gwałci? 
      - Tak... trochę.... każdego, kto nie ucieka... albo robi to zbyt wolno.. 
      - Hm... Właśnie się dziwiłem biegnąc tutaj, czemu Borys w takim podłym humorze... 
      - Hm... Nie tylko Borysa spotkał po drodze uciekając z zamku... - mruknął baron z niewyraźną miną, po czym nagle zarumienił się. 
      Geralt spoważniał. 
      - Zatem tym razem mam się go pozbyć definitywnie? 
      - Ależ nie! Wprost przeciwnie! Jestem już tak blisko końca! - Baron gwałtownie zaprzeczył - Musi tu wrócić nieuszkodzony, a przynajmniej w jak najlepszym stanie! Już nawet wiem co poprawić, to kwestia odpowiednich proporcji... 
      - Postaram się, ale musi baron zrozumieć: gdy sytuacja będzie podbramkowa, za wszelką cenę będę bronił swojego życia... - Geralt zrobił znaczącą przerwę, po czym dodał - lub cnoty.

      +++ 

      Pierwszą ofiarę znalazł na polu przy drodze do wsi.

      Była to sześćdziesięciotrzyletnia kobieta. W rodzinnej wsi wołali na nią Żwirka, ale przecież tego Geralt nie mógł wiedzieć. 
      Leżała na kupie siana, które widocznie właśnie grabiła w chwili ataku. Ubranie miała w strzępach, a jej grabie leżały połamane obok. Niestety, niewiele się od niej dowiedział, bo ciężko sapała dochodząc do siebie po szoku jaki ją spotkał i jedyne, co była w stanie wyksztusić z siebie, to "Łolabogałolaboga!" 

     Następny był sołtys Machotek. Potwór musiał go dopaść, gdy zszedł z wozu za potrzebą, ponieważ wóz stał na drodze, a sam Machotek leżał pod przydrożnym krzakiem ze spuszczonymi spodniami. 
      Geralt zaczął analizować ślady pozostawione na wygniecionej trawie. Potwór musiał być nieludzko szybki, bezwzględny, a także lubił atakować od tyłu. Wszystko to stało się zanim sołtys zdążył użyć broni. Dłoń nieprzytomnego wciąż była mocno zaciśnięta na bacie. Dosiadając Płotki Geralt zauważył, że wół zaprzęgnięty do wozu Machotka również słaniał się na nogach. 
      Żywotność i wytrzymałość powstańca zaczynała poważnie niepokoić wiedźmina.

      Wieś wyglądała na wyludnioną. 
      Jedyne co było widać, to dwie gęsi gęgające niepewnie, idące jakimś dziwnym, rozbujanym krokiem, ale Geralt nie był w stanie niczego stwierdzić na pewno, ponieważ nie znał się na drobiu. Przywiązał Płotkę do najbliższego płotka i ostrożnie ruszył na łowy z obnażonym mieczem. Gdy zagłębił się między chaty zaczął znajdować coraz to nowe dowody pazerności i nienasycenia potwora. 
      Piekielny powstaniec nie wybierał - atakował jak leci. 
      Geralt widział kobiety i mężczyzn w różnych pozycjach i miejscach: rozciągniętych na trawie, przewieszonych przez okna albo płoty. Ci którzy mieli szczęście zostali zaatakowani w łóżkach. 
      To był pogrom. Wiedźmin jeszcze czegoś takiego nie widział: ludzi skamieniałych ze zgrozy i przerażenia, nieprzytomnych z wyczerpania, choć były też jednostki, które po prostu spały z wyrazem rozanielenia na twarzy. 
      Cisza we wsi była tak nienaturalna, że aż krzyczała. 
      Po pół pacierzu ostrożnego skradania się i dyskretnych podchodów Geralt powoli zaczął tracić chęć na tę zabawę. W jego mózgu zachodziły chłodne procesy myślowe i kalkulacje. Ośrodek planowania wysłał małego posłańca do ośrodka decyzyjnego z wiadomością, która brzmiała: "Potwora nie widać, ani nie słychać. Stop. Prawdopodobnie wyruszył do następnej wsi w poszukiwaniu nowych ofiar. Stop. Zaprzestać działań prewencyjnych. Stop."
      Nagle wiedźmin usłyszał kwik przerażonego zwierzęcia gdzieś za sobą. Obrócił się i zaczął biec tak szybko, że jego cień spocił się z wysiłku, żeby nadążyć za nim. 
      Dzikie odgłosy doprowadziły go do miejsca, z którego zaczął poszukiwania. Stanął jak wryty. Złe ogniki zabłysły mu w oczach, miecz zalśnił w dłoni, a obrażona duma i godność wiedźmina wyszczerzyły drapieżnie zęby. Tego już było za wiele! 
      - Nie... tylko nie moja Płotka....

      +++ 

      Narrator znów musi wtrącić swoje trzy grosze, albowiem to opowiadanie dostało kategorię "Dla dzieci od lat 12" tylko pod warunkiem, że nie będzie w nim scen przemocy i seksu. Jako że to, co nastąpiło, zawierało najpierw seks, a potem ogromną ilość nieuzasadnionej przemocy, autor z pełną świadomością i odpowiedzialnością wyciął ten kawałek. Być może pojawi się on w wersji uncut opowiadania w późniejszym terminie.

      Tydzień później

      - Tobie, Geralcie, już podziękuję za współpracę. Mogę cię zapewnić, że fakt, iż niemal unicestwiłeś mojego powstańca podczas jego ostatniej ucieczki nie ma tu żadnego wpływu na moją decyzję. Swoje obowiązki wypełniałeś sumiennie i według mnie wszystko jest w porządku. Nie chowam urazy, bo rozumiem twoje motywy. Otrzymasz zatem doskonałe listy polecające, bez obaw. Otrzymasz również odpowiednią odprawę, równą trzymiesięcznej pensji, którą u mnie zarabiałeś. Oprócz tego w ramach rekompensaty strat moralnych możesz sobie wybrać konia z mojej stajni, skoro twój poprzedni przestał ci odpowiadać. 
      - Naprawdę już ci nie będę potrzebny? Jesteś tego pewien, baronie? - Geraltowi z trudem przychodziło pogodzenie się z utratą ciepłej posadki. 
      - Najzupełniej. Twoja pomoc okazała się nieodzowna w pierwszych fazach mojego eksperymentu, ale teraz jest już po prostu zbędna. Bobasek już nigdy nikomu nie zrobi krzywdy. Odkryłem, że regularne zaspokajanie jego potrzeb likwiduje ten problem całkowicie. 
      Geralt nie ośmielił się spytać kto i w jaki sposób zaspokaja powstańca. Baron ze swojej strony nie zagłębiał się w szczegóły. Za to z zachwytem przyglądał się jak jego twór poruszając ustami czyta książeczkę dla dzieci. 
      - Poza tym mój mądrala ostatnio odkrył jeszcze inne podniety: czyta poezję, wyplata koszyki, no, pali też jointa za jointem... Ale nam to nie przeszkadza, prawda Bobasku? 
      Bobasek drapany przez barona za uchem zamruczał i zaczął odruchowo machać lewą nogą nie odrywając oczu od książki. 
      Geralt podrapał się po głowie. 
      - No... Może jeszcze jest nadzieja, że wyjdzie na ludzi. Serdecznie ci tego życzę, baronie. 
      - Tak, tak... dziękuję, żegnamy zatem...

      Most zwodzony zamku barona von Frankenstein zaczął się podnosić zaraz gdy tylko nowy koń Geralta zszedł z pomostu na drogę. Wiedźmin nawet się nie obejrzał. 
      Bodnął Płotkę piętami w miękkie i ruszył w stronę najbliższej wsi. Przeżuwał w milczeniu swoją klęskę i chciał jak najszybciej utopić ją w piwie, choćby miały to być najpodlejsze szczyny dostępne w tej okolicy. 
      Zaczął się pocieszać. 
      - Może to była ciepła posadka, może była wygoda, dobre żarcie, czysta pościel i łazienka, ale przecież to była robota, która zatrzymywała mnie w miejscu. Nie rozwijałem się tutaj. To nie było dla mnie żadne wyzwanie, a przecież jako wiedźmin muszę się wciąż rozwijać, aby .... kurwa, kogo ty chcesz oszukać, Geralt... Przecież jesteś już za stary na jakikolwiek rozwój, nawet według wiedźmińskich standardów... 
      Pociągnął nosem, jakby mu się na płacz zbierało. Po chwili jednak zaklął szpetnie dla poprawienia sobie nastroju, splunął na bok i sięgnął do kieszeni. Wyciągnął z niej coś, co w słońcu błyskało purpurowo. Z tej odległości nawet narrator nie mógł dokładnie zobaczyć co to było, ale zdaje się, że wyglądało jak mały, oszlifowany w rozetkę kryształ. Geralt przyglądał się temu przez chwilę, po czym nagłym, zdecydowanym ruchem rzucił daleko, daleko w zarośla. 
      Potem popędził Płotkę mrucząc coś pod nosem. Narrator nadstawił ucha i nie dałby głowy, ale zdawało mu się, że to brzmiało jak: 
      - Życzę powodzenia, baronie.

      Uwaga! 

      Żadne zwierzęta nie zostały skrzywdzone podczas pisania tego opowiadania.


copyright 2003-2019 brylka