Przejdź do treści

Frankenstein

Geralt przestał walczyć.
Powieki same się zamknęły, a głowa opadła na piersi.
Ogarniająca go senność w końcu zwyciężyła.
Leżał w miłym cieniu, odpoczywając po sutym obiedzie. Nieopodal na grządce pracowicie bzyczał trzmiel. A może duża pszczółka? Geralt nawet nie miał siły otworzyć oka, żeby sprawdzić.
Rozwalił się wygodniej na leżaku, zsunął znaleziony nieopodal słomkowy kapelusz ogrodnika głębiej na twarz, wciągnął nosem głęboko powietrze przepełnione zapachem kopru, szałwii, rozmarynu i pietruszki.

+++

_Drzwi gospody skrzypnęły i w progu ktoś stanął.
Niski, krępy, garbaty człowieczek w płaszczu przeciwdeszczowym.
Wtoczył się do środka podpierając kosturem i utykając zamaszyście na lewą nogę. Wchodząc nie zdjął nawet kaptura, ale wszyscy goście doskonale wiedzieli, kto zacz. I wcale nie mieli ochoty na jego towarzystwo. Pochylili się głębiej nad swoimi kuflami, w nadziei, że przybysz zniknie równie szybko, jak się pojawił.
Podszedł do skamieniałego szynkarza rozsiewając dookoła kropelki deszczu, które jakby z wielką chęcią odrywały się od jego płaszcza, byle jak najszybciej znaleźć się jak najdalej. Zagadał coś niewyraźnie. Tamten tylko wskazał wzrokiem schody prowadzące na piętro…

Geralt leżał na wyrku i patrząc na brudny, pokryty pajęczynami sufit wsłuchiwał się w odgłosy burzy szalejącej na dworze. Wiedział, że za chwilę jego oczekiwanie się skończy. W ciągu tylu lat wiedźmiństwa wyrobił mu się jakiś dodatkowy zmysł i nie potrzebował do tego nawet medalionu.
To i lepiej, bo dziś medalion nie miał prawa drgnąć.
Ktoś się zbliżał. Słyszał szuranie buta. Geralt opuścił nogi na ziemię siadł na łóżku i szybko związał włosy kawałkiem rzemyka.
Drzwi skrzypnęły cicho. Zdeformowana postać stanęła w progu.
Błyskawica za oknem rozdarła niebo na pół przez moment oświetlając twarz przybysza. Geralt osłonił dłonią oczy… Nie to, żeby oślepiła go błyskawica, po prostu twarz przybysza nie należała do najprzyjemniejszych.
Geralt mruknął.

Pomieszczenie wyglądało jakby przetoczyło się przezeń stado żubrów. Pachniało też nieszczególnie. Wszędzie walały się rozbite naczynia laboratoryjne, poplątane elastyczne rurki i kupa innego złomu potrzebnego do wykonywania czarów spod znaku siódmej pieczęci albo transmigracji połączonych z detoksem i płukaniem żołądka.

+++

_Wszechwiedzący narrator musi w tym miejscu się wtrącić i wyjaśnić, że Geralt jest już w gościnie u barona von Frankenstein od ponad pół roku. Został zaproszony jako, powiedzmy, bodyguard, ponieważ baron para się amatorsko bardzo niebezpiecznym zajęciem. Właściwie to robi coś, co literatura branżowa nazywa “rebuilding recycled bodyparts into custom artificial human being”, a co my, fachowcy, nazywamy “sklecaniem Monkiego”.
Aby nie trzymać państwa w napięciu powiem po prostu: baron składa z kawałków różnych nieboszczyków istotę na wzór człowieka, w nadziei że wyjdzie mu coś, co oprócz metabolizowania pokarmu, będzie potrafiło na przykład grać na drumli albo obsłużyć jakiś sprzęt AGD, taki jak, powiedzmy, miotła.
Początki nie są łatwe, zwłaszcza że twór barona wykazuje skłonności destrukcyjne, nie mówiąc o takich drobiazgach jak niemożność utrzymania moczu w pęcherzu. W każdym razie ponieważ stwór posiada nadludzką siłę fizyczną, a przy tym umysłowość na poziomie moskita, nieodzowna jest pomoc wiedźmina do utrzymania go w ryzach.
_
+++

+++

_Minęły dwa miesiące.
Jest to właściwie środek lata. Dokładnie jest to miesiąc zwany w tych okolicach Btsuleniteeranum, czyli w wolnym tłumaczeniu: miesiąc leniwych komarów. Ale to nie ma większego znaczenia dla opowieści. W każdym razie przez ten czas zdarzyło się kilka sytuacji ekstremalnych w zamku Frankenstein, ale zawsze dawało się je w porę opanować.
Ogólnie powstaniec barona ma się o wiele lepiej. Jego kondycja fizyczna jest jak nigdy dotąd, po prostu super. Psychiczna… hm… jeszcze przypomina ocean podczas tajfunu lub nastrój kobiety podczas menstruacji. Ogólnie mówiąc nie da się tego opisać, tym bardziej, że autor jest facetem i nie ma o pewnych rzeczach zielonego pojęcia.
Cały ten wtręt ma na celu skrócenie opowiadania do minimum, ponieważ autor nie lubi przynudzać i doskonale zdaje sobie sprawę, że Czytelnicy i tak przeskakują takie opisy, bo są nudne.
Koniec końców, sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda tak:
_
Geralta obudziły krzyki, właściwie było już rano i wiedźmin powinien był się sam obudzić, ale życie w domu barona rozpieszczało go tak, że zaczynał się już przyzwyczajać do słodkiego lenistwa.
Wskoczył błyskawicznie w spodnie i capnął miecz z pojemnika na parasole. Koszulę zakładał już w biegu.

+++

Pierwszą ofiarę znalazł na polu przy drodze do wsi.

Była to sześćdziesięciotrzyletnia kobieta. W rodzinnej wsi wołali na nią Żwirka, ale przecież tego Geralt nie mógł wiedzieć.
Leżała na kupie siana, które widocznie właśnie grabiła w chwili ataku. Ubranie miała w strzępach, a jej grabie leżały połamane obok. Niestety, niewiele się od niej dowiedział, bo ciężko sapała dochodząc do siebie po szoku jaki ją spotkał i jedyne, co była w stanie wyksztusić z siebie, to “Łolabogałolaboga!”

Następny był sołtys Machotek. Potwór musiał go dopaść, gdy zszedł z wozu za potrzebą, ponieważ wóz stał na drodze, a sam Machotek leżał pod przydrożnym krzakiem ze spuszczonymi spodniami.
Geralt zaczął analizować ślady pozostawione na wygniecionej trawie. Potwór musiał być nieludzko szybki, bezwzględny, a także lubił atakować od tyłu. Wszystko to stało się zanim sołtys zdążył użyć broni. Dłoń nieprzytomnego wciąż była mocno zaciśnięta na bacie. Dosiadając Płotki Geralt zauważył, że wół zaprzęgnięty do wozu Machotka również słaniał się na nogach.
Żywotność i wytrzymałość powstańca zaczynała poważnie niepokoić wiedźmina.

Wieś wyglądała na wyludnioną.
Jedyne co było widać, to dwie gęsi gęgające niepewnie, idące jakimś dziwnym, rozbujanym krokiem, ale Geralt nie był w stanie niczego stwierdzić na pewno, ponieważ nie znał się na drobiu. Przywiązał Płotkę do najbliższego płotka i ostrożnie ruszył na łowy z obnażonym mieczem. Gdy zagłębił się między chaty zaczął znajdować coraz to nowe dowody pazerności i nienasycenia potwora.
Piekielny powstaniec nie wybierał - atakował jak leci.
Geralt widział kobiety i mężczyzn w różnych pozycjach i miejscach: rozciągniętych na trawie, przewieszonych przez okna albo płoty. Ci którzy mieli szczęście zostali zaatakowani w łóżkach.
To był pogrom. Wiedźmin jeszcze czegoś takiego nie widział: ludzi skamieniałych ze zgrozy i przerażenia, nieprzytomnych z wyczerpania, choć były też jednostki, które po prostu spały z wyrazem rozanielenia na twarzy.
Cisza we wsi była tak nienaturalna, że aż krzyczała.
Po pół pacierzu ostrożnego skradania się i dyskretnych podchodów Geralt powoli zaczął tracić chęć na tę zabawę. W jego mózgu zachodziły chłodne procesy myślowe i kalkulacje. Ośrodek planowania wysłał małego posłańca do ośrodka decyzyjnego z wiadomością, która brzmiała: “Potwora nie widać, ani nie słychać. Stop. Prawdopodobnie wyruszył do następnej wsi w poszukiwaniu nowych ofiar. Stop. Zaprzestać działań prewencyjnych. Stop.”.
Nagle wiedźmin usłyszał kwik przerażonego zwierzęcia gdzieś za sobą. Obrócił się i zaczął biec tak szybko, że jego cień spocił się z wysiłku, żeby nadążyć za nim.
Dzikie odgłosy doprowadziły go do miejsca, z którego zaczął poszukiwania. Stanął jak wryty. Złe ogniki zabłysły mu w oczach, miecz zalśnił w dłoni, a obrażona duma i godność wiedźmina wyszczerzyły drapieżnie zęby. Tego już było za wiele!

+++

_Narrator znów musi wtrącić swoje trzy grosze, albowiem to opowiadanie dostało kategorię “Dla dzieci od lat 12” tylko pod warunkiem, że nie będzie w nim scen przemocy i seksu. Jako że to, co nastąpiło, zawierało najpierw seks, a potem ogromną ilość nieuzasadnionej przemocy, autor z pełną świadomością i odpowiedzialnością wyciął ten kawałek. Być może pojawi się on w wersji uncut opowiadania w późniejszym terminie.
_
**Tydzień później

Most zwodzony zamku barona von Frankenstein zaczął się podnosić zaraz gdy tylko nowy koń Geralta zszedł z pomostu na drogę. Wiedźmin nawet się nie obejrzał.
Bodnął Płotkę piętami w miękkie i ruszył w stronę najbliższej wsi. Przeżuwał w milczeniu swoją klęskę i chciał jak najszybciej utopić ją w piwie, choćby miały to być najpodlejsze szczyny dostępne w tej okolicy.
Zaczął się pocieszać.

_**Uwaga!

Żadne zwierzęta nie zostały skrzywdzone podczas pisania tego opowiadania.
**_