wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Wizja

Fear leads to Anger 
     Anger leads to Hate 
     And Hate is the path of the Dark Side 
     of the Force
 
     Yoda 

     You're so fuckin special 
     I wish I was special 
     But I'm a creep 
     I'm a weirdo 
     What the hell am I doing here 
     I don't belong here 
     I don't belong here
 
     Thomas Edward Yorke


     

     Geralt zdecydowanie przesadził z eliksirami. Vesemir zawsze im powtarzał, żeby pod żadnym pozorem nie mieszać białej mewy z czarną, a już na pewno nie dodawać do koktajlu przygodnie znalezionych, podejrzanych grzybków, ale wiedźmin miał ochotę nareszcie się zabawić, a przy okazji odnalazł w sobie żyłkę eksperymentatora. Monotonne i systematyczne wyniszczanie kolejnych przedstawicieli rzadkich gatunków wpędzało go z wolna w melancholię, a alkohol już dawno przestał robić na nim jakiekolwiek wrażenie. 
     Problem w tym, że zabawa jak na razie wcale nie zapowiadała się zbyt hucznie. Zamiast w bajkowym świecie, wypełnionym feerią barw i niekompletnie ubranych kobiet, jak to sobie naiwnie wyobrażał, znalazł się nagle na szczycie czegoś, co mogłoby przypominać wysoki stóg siana, gdyby nie fakt, że było zbudowane z piasku. A piasek, zwłaszcza suchy jak pieprz, nie zalicza się jak wiadomo do budulców zbyt solidnych. Nie było nawet czasu pomyśleć o kuracji odchudzającej. Wiedźmin zamachał rękami, stracił równowagę i poleciał w dół na łeb na szyję, razem z chmurą wszędobylskiego pyłu. 
     - Pięknie - wybełkotał sam do siebie, wypluwając tony piachu i malutkie, przypominające miniaturową jaszczurkę stworzonko, które odpełzło w popłochu, najwyraźniej wstrząśnięte niedoszłą próbą pożarcia. 
     Sam wiedźmin był nie mniej poruszony, ale nie było czasu na rozpamiętywanie nowo odkrytych, krwiożerczych instynktów. Zewsząd otaczało go morze piasku, przetykane gdzieniegdzie sterczącymi pionowo skałami o niespotykanej, ciemnobrązowej barwie. Pierwsza, całkiem racjonalna myśl sugerowała, że znalazł się nie wiedzieć czemu na pustyni Korath. Jednak błogie przeświadczenie, że jest tysiące mil od Kaer Morhen i wszystkich swoich problemów, a na dodatek może się choć przez chwilę poprażyć na słońcu, trwało tylko moment. Może i był tysiące mil od Kaer Morhen, ale coś kazało mu nagle diametralnie zmienić opinię na temat potencjalnej liczby tych tysięcy: nisko nad linią horyzontu, czerwonym blaskiem lśniły dwa wielkie, bliźniacze słońca. 
     Wiedźmin zmarszczył brwi, sugerując, że jakaś nieśmiała myśl z trudem toruje sobie drogę poprzez zakamarki zmutowanej kory mózgowej. "Skoro w Kaer Morhen jest ranek, a tu najwyraźniej mamy zachód, to - cholera wie co z tego wynika" - skonstatował nie bardzo do rzeczy, bo problem leżał jakby gdzie indziej. Ale nie był to rzecz jasna jego jedyny problem. Z oddali zaczął go stopniowo dobiegać hałas, który wyczulone ucho wiedźmina bezbłędnie zidentyfikowało jako odgłosy walki. A ściślej mówiąc - rzezi. 

     Geralt znieruchomiał z dłonią na rękojeści miecza. Nie była to zbyt wygodna pozycja, bo sihill spoczywał tradycyjnie w pochwie na plecach, więc nieruchome trzymanie jego rękojeści oznaczało nienaturalne i dość groteskowe wygięcie całej ręki, ale wymogi dramaturgii do czegoś w końcu zobowiązują. Ostrożnie wychylił głowę znad niewielkiej wydmy i zlustrował wzrokiem otoczenie. Nieopodal rozciągało się coś w rodzaju obozowiska, czy też może niewielkiej, pustynnej osady, składającej się z kilkunastu niewielkich, półokrągłych namiotów. O ile był w stanie się zorientować, grupka autochtonów, wszyscy bez wyjątku okutani od stóp do głów w ciemne skóry i brudne, wytłuszczone szmaty, próbowała stawić czoła smukłemu młodzieńcowi, z kuglarską zręcznością wywijającemu dziwnym mieczem, którego klinga otoczona była niezwykłą, błękitną poświatą i przy każdym ruchu wydawała zagadkowy, buczący odgłos. W praktyce próba stawienia oporu sprowadzała się do biegania w kółko i wydawania z siebie niezidentyfikowanych porykiwań. 
     Geralt z natury nie lubił się mieszać do lokalnych konfliktów, a już szczególnie nie uśmiechało mu się to na pustyni, nad którą właśnie zachodziły dwa potężne słońca, a która w założeniu miała być krainą mlekiem i miodem płynącą, ale jeszcze większą awersję czuł do szlachtowania bezbronnych dzieci, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało. Zresztą odrobina patosu w opowieści o dzielnym herosie jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A młodzian z mieczem właśnie zdekapitował uciekającego malca, na oko co najmniej o połowę mniejszego od niego. 
     Wiedźmin westchnął ciężko i bezszelestnie wyciągnął miecz z pochwy (jakikolwiek szelest byłby tu wybitnie nie na miejscu); w ostatnich promieniach zachodzących słońc ostrze sihilla zalśniło w jego dłoni czerwonym blaskiem. 

     Anakin Skywalker poczuł lekkie ukłucie poczucia winy, kiedy cięty na odlew człowieczek pustyni wrzasnął niemal jak ludzkie dziecko. Wiedział, że nie powinien ulegać negatywnym emocjom, ale szczerze mówiąc, miał to gdzieś. Obi-Wan może mu teraz nagwizdać. Jego mistrz kazał mu się zawsze koncentrować na "tu i teraz", no to proszę bardzo, właśnie to robił. I czuł się z tym świetnie. Od niechcenia wywinął mieczem młynka, trafiając jednego z ludzi pustyni prosto między oczy, o ile w ogóle były jakieś oczy za tymi metalowymi rurkami, wystającymi ze zwojów brudnych szmat. I wtedy jakiś szósty zmysł kazał mu się odwrócić. Gdyby nie owo przydatne narzędzie, wiele opowieści o dzielnych herosach kończyłoby się znacznie szybciej i znacznie mniej spektakularnie, niż wymagają tego reguły dramaturgii, czy choćby prosty rachunek ekonomiczny. 
     Napastnik biegł w jego stronę od pobliskiej wydmy. Długie białe włosy powiewały mu na wietrze, a włączony miecz świecił złowróżbnym, czerwonym blaskiem. Anakin zadrżał z podniecenia. Obi-Wan powtarzał mu do znudzenia, że czerwonych mieczy świetlnych używali tylko tajemniczy Lordowie Sith, wyznawcy Ciemnej Strony. Szczerze mówiąc uważał to za cholerną niesprawiedliwość, bo krwista czerwień przemawiała do niego o wiele bardziej niż mdły błękit lub wegetariańska zieleń, którymi musieli się kontentować rycerze Jedi. No, może za wyjątkiem Mistrza Mace-Windu, ale to była zupełnie inna historia, bo chyba tylko sam Mistrz Yoda wiedział, ile trudu kosztowało czarnoskórego szermierza przekonanie tych biurokratów z Rady Jedi, żeby wreszcie zgodzili się zaakceptować jego fioletową ekstrawagancję. 
     Anakin momentalnie zapomniał o niedobitkach ludzi pustyni i zwrócił się w stronę nowego przeciwnika - teraz wreszcie będzie miał okazję udowodnić, że jest już najlepszym szermierzem pośród wszystkich rycerzy Jedi! 

     Jeżeli Geralt liczył na zaskoczenie młodzieńca, to oczywiście się przeliczył. Był najwyżej w połowie drogi do obozowiska, kiedy tamten ruszył w jego stronę z bojowym okrzykiem na ustach i szaleństwem w oczach. 
     "Kiedyś wreszcie tego pożałuję" - pomyślał jeszcze wiedźmin, zanim obie klingi spotkały się z nieprzyjemnym kląśnięciem. No i pożałował niemal natychmiast, kiedy większa część ostrza sihilla wbiła się w piasek za jego plecami. Szczęka opadła mu mimo woli i tylko instynktowi zawdzięczał fakt, że właściciel niesamowitego ostrza nie rozpłatał go jak kapłona. Błyskawicznie padł na ziemię i przeturlał się do tyłu, zastanawiając się jednocześnie, czy ma na plecach drugi miecz, ten o srebrnym ostrzu, przeznaczonym na potwory. Nigdy dotąd nie spotkał się z klingą, której najprzedniejsza krasnoludzka stal sprawiła nie więcej problemów niż kartka papieru. Miecz młodzieńca musiał być otoczony potężną magiczną aurą, o czym zresztą musiała świadczyć ta niesamowita niebieska poświata i denerwujące buczenie. Dlatego Geralt doszedł do wniosku, że i srebrne ostrze może tu nic nie wskórać. Cały skomplikowany proces myślowy, wraz z wieńczącym go wnioskiem, trwał rzecz jasna zaledwie frakcję sekundy, w przeciwnym bowiem razie wiedźminowi mogłyby się gwałtownie skończyć opcje. A tak wyciągnął rękę i bez namysłu uderzył znakiem Aard, odrzucając przeciwnika o kilka kroków. Problem w tym, że nie bardzo wiedział co dalej. Co on tu w ogóle robił? Na dobrą sprawę powinien teraz leżeć na wieży w Kaer Morhen i systematycznie oczyszczać organizm z pozostałości eliksirów. 

     Anakin nie posiadał się ze zdumienia. Zamiast znajomego trzasku, towarzyszącego spotkaniu ostrzy dwóch mieczy świetlnych, usłyszał jedynie dziwne kląśnięcie, a potem stracił równowagę i o mało nie upadł, kiedy siła ciążenia pociągnęła go w bok. Przelotnie zastanowił się jakim cudem jeszcze żyje, skoro nie udało mu się zabić Sitha, ale nie było czasu na dłuższe deliberacje. Właśnie brał zamach do kolejnego cięcia, kiedy fala Mocy uderzyła go w pierś i odrzuciła w tył. Moc nie emanowała wcale z jego przeciwnika zbyt silnie, ale to pewnie dlatego, że - jak zwykł mawiać Mistrz Yoda - trudna do zobaczenia Ciemna Strona jest. 
     - Chciałbyś sprawdzić moją biegłość w Mocy? Proszę bardzo - krzyknął, wyciągając rękę. 

     Tak jak się obawiał, miał do czynienia nie tylko z szermierzem uzbrojonym w potężną broń, ale również czarownikiem. W ostatniej chwili zanurkował w bok, przecinając na pół lecący wprost na niego namiot, sądząc po odgłosach, wraz z zawartością, ale uderzeniu sporym głazem zapobiec już nie zdążył. Odłamek skały gruchnął go w potylicę z taką siłą, że wiedźmin poszorował twarzą po ziemi i zatrzymał się - miał wrażenie - dopiero po kilku dobrych metrach. Zerwał się natychmiast, ściskając w dłoni srebrny miecz i z całej siły łupnął głową w dębowy blat stołu, obok którego leżał. Kiedy się ocknął, był z powrotem w Kaer Morhen, tyle wiedział na pewno. Kaszlnął głośno i wypluł przed siebie kilka drobin piasku oraz maleńkie, przypominające miniaturową jaszczurkę stworzonko, które błyskawicznie odpełzło, kryjąc się w załomach muru. A może mu się tylko zdawało? Chyba naprawdę musiał przesadzić z eliksirami. 
     Coś mu mówiło, że powinien jednak poświęcić się odpowiedniejszym dla swojej profesji rozrywkom. Może by tak na przykład przeszukać jeszcze raz lochy pod tretogorskim zamczyskiem? Przy pewnej dozie szczęścia na pewno znajdzie się tam jeszcze jakaś swojska strzyga. 

     Młody Jedi podejrzliwie pomacał nogą w miejscu, w którym powinien leżeć obalony Lord Sith. Nie było żadnych wątpliwości, przeciwnik najzwyczajniej w świecie zniknął. Anakin nie chciał się do tego przyznać przed samym sobą, ale doszczętnie zbaraniał. Nigdy w życiu nie słyszał o takim wykorzystaniu Mocy. Z drugiej strony cwany Sith zniknął, bo nie potrafił mu stawić czoła w pojedynku, to oczywiste. To mu odrobinę poprawiło humor. Kolejna myśl wydała mu się jeszcze bardziej podnosząca na duchu. Skoro ludzie pustyni mieli Sitha za obrońcę, to znaczy, że należą do obmierzłych sługusów Ciemnej Strony! 
     Anakin Skywalker podskoczył radośnie i w poczuciu dobrze wypełnianego obowiązku, łącząc wreszcie przyjemne z pożytecznym, rzucił się w pogoń za kobietą, ściskającą w rękach dwoje otulonych w szmaty niemowląt.


copyright 2003-2020 brylka