wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Decorum

Silniki starego Lancastera pracowały głośno, samolot trząsł się i podskakiwał w powietrzu. W przedziale „Pasażerskim” panowało nieznośne zimno. Jednak tym, co nie pozwalało Geraltowi zdrzemnąć się choć na chwilę, był zwykły strach. Chociaż nie. Nie zwykły. Wiedźmin nigdy w życiu nie bał się tak bardzo. Oczywiście nikt nie odgadłby tego patrząc na niego – twarz jak zawsze pozbawiona wyrazu, szczęki mocno zaciśnięte, oczy od których najodważniejszy odwracał wzrok. Ale w środku cały aż się gotował. Nie a się temu co dziwić, każdy człowiek zmuszony... Umieszczona nad lukiem lampa rozbłysła krwistą czerwienią, głośnik zawył. Szarpnięte drzwi otwarły się, wpuszczając do środka podmuch lodowatego powietrza. Pierwszy żołnierz już wyskoczył, za nim natychmiast podążył drugi. Geralt wstał, zaczepiając jednocześnie linkę otwierającą spadochron. Czwarty, piąty. Jeszcze tylko jeden i... Wiedźmin skoczył w noc. Godziny ćwiczeń na wyspach nie poszły na marne, pewność płynąca z wykonywania powtarzanych setki razy czynności okazała się silniejsza niż lęk. Najpierw jedno lekkie szarpnięcie, potem następne, o wiele mocniejsze i już spadał powoli na pozycje nieprzyjaciela gdzieś w północnej Francji. Spojrzał w górę. Poza niewyraźnie majaczącą w mroku czaszą spadochronu nie widział nic. Każdy samolot w jego dywizji powietrzno-desantowej był od spodu pomalowany matową, czarną farbą. 
     Po kilkudziesięciu sekundach statecznego opadania zaczął rozróżniać pierwsze kształty na ziemi. Po kolejnych kilku rozpoczął kunsztowny i wyrafinowany rytuał wyklinania od ostatnich pilota, oraz jego krewnych i rodziny do 10 pokolenia wstecz. Pod stopami widział jedynie morze gęsto rosnących palm i innych tropikalnych drzewek, na których nie sposób bezpiecznie wylądować. W dodatku przeklętego słonia, który miał zostać zrzucony zaraz po nim, również nigdzie nie było. Dopiero kiedy od czubków drzew dzieliło go ok. 30 metrów zobaczył niewielką przesiekę. Odetchnął z ulgą, zadowolony, że nie dana mu będzie przyjemność cięcia uprzęży nożem i skoku w zielone piekiełko z bliżej nieznanej wysokości. Delikatnym pociągnięciem linek skierował się w jej stronę i już po chwili twardo stał na ziemi. Szybko odpiął spadochron, zrolował go i ukrył w zaroślach, przysypując dodatkowo darnią. Następnie przełożył miecz do pochwy na plecach, sprawdził czy nóż bez oporu wychodzi z tej w bucie, przysiadł na najbliższym większym kamieniu i zaczął rozmyślać, gdzie u diabła mógł podziać się jego „primary objective”. Wtedy zarośla zatrzęsły się gwałtownie. Geralt zaklął siarczyście w myśli i wyszarpnął broń, pewien, że Viet Kong wykrył zrzut. Jednak z pomiędzy drzew wypadł jedynie pokaźnych rozmiarów słoń. Wiedźmin już zaczynał cieszyć się, że nie będzie musiał szukać go po dżungli, kiedy bestia zaryczała mu na powitanie głosem, który musiał usłyszeć każdy partyzant w promieniu piętnastu mil. Teraz przynajmniej mógł pokląć sobie na głos. Szybko złapał zwierzaka za uprząż i pociągnął w las. Kierował się do pobliskiego miasteczka, w którym miał skontaktować się z człowiekiem odpowiedzialnym za dalszą część transportu słonia. 
     Podróż, chociaż niewątpliwie przyjemną nie była, minęła szybko i bez przeszkód, więc jeszcze przed świtem znalazł się na przedmieściach. Po kilku krokach natknął się na niewysoki budynek ozdobiony nie całkiem działającym neonem, oznajmiającym światu, że poniższy przybytek nosi dumną nazwę „K_n_yna”. Ze środka dobiegały ożywione odgłosy, typowe dla instytucji tego rodzaju. Geralta dobiegł urywek piosenki:
     „...Wstań , powiedz nie jestem sam I nigdy więcej już nikt nie powie Sępie miłości , nie kochasz 
     Ja jestem panią mych słów 
     Moich marzeń i lęków 
     Moich straconych dni 
     Moich łez , wylanych łez ...” 
     Mimowolnie zaczął przytupywać do rytmu, po chwili nawet zanucił. „A co mi tam.” Pomyślał. „Może sempre, a nawet fidelis, ale nie będę po tym bagnie latał o suchym pysku.” Przywiązał Płotka, tak bowiem nazywał szarego bydlaka, do jakiejś Belki, pchnął drzwi i statecznym krokiem wszedł do środka. Oczywiście doskonale widział w panujących ciemnościach. Jak zwykle wewnątrz panował ścisk. Były tu stworzenia jednookie i o tysiącu oczu, pokryte łuską, porośnięte futrem i takie, których skóra zdawał się marszczyć i zmieniać konsystencję zależnie od aktualnego nastroju. W tak doborowym towarzystwie nawet estradowy tercecik nie wyróżniał się zbytnio. 
     Geralt podszedł do baru. Natychmiast stanęło przed nim zielonkawe piwo, za które podziękował barmanowi lekkim skinieniem głowy. Nie zdążył nawet podnieść napoju do ust, gdyż zaraz pojawił się obok niego jakiś stary człowiek w brązowym, długim do ziemi płaszczu z kapturem. Z rozmowy wynikło, że mężczyzna potrzebuje szybkiego i dyskretnego transportu. Wiedźmin skinął głową i zasugerował, by warunki ustalić za chwilę w nieco bardziej dyskretnym miejscu. Gdy starzec oddalił się, wychylił jednym haustem pół kufla. Wtedy w środku sali ktoś krzyknął, coś zasyczało, a ktoś inny zawył w niebogłosy. Stali bywalcy tego przybytku byli przyzwyczajeni do podobnych incydentów, więc Geralt od niechcenia jedynie spojrzał w tamtą stronę. Wyglądało na to, że staruszek chlasnął czymś w rękę jakiegoś zbira. Leżąca na ziemi kończyna niedwuznacznie sugerowała, że było to coś raczej ostrego. Nic nie wskazywało na to, by bójka miała mieć jakikolwiek epilog, więc wrócił do swojego kufla. Jednak po chwili poczuł gwałtowne szarpnięcie za ramie. Odwrócił się niespiesznie i spojrzał przeciągle w oczy, a raczej czarne oczodoły białego hełmu, jakiemuś szturmowcowi. 
     - Piwo skończę – warknął. W powietrzu musiało zapachnieć świeżym trupem w hurtowych ilościach, bo żołnierzyk obronnym gestem przycisnął do piersi karabin laserowy, szybko przeprosił i błyskawicznie wycofał się tyłem. 
     Wiedźmin, lekko zdenerwowany, udał się do umówionego stolika. Czekał tam już na niego stary w towarzystwie młodzika, o bardzo prostodusznym wyglądzie. Okazało się, że potrzebują transportu dla 4 osób na Aldeeran. Bez dłuższych deliberacji zgodzili się zapłacić dość wygórowaną cenę i opuścili lokal. Geralt już chciał udać się w ich ślady, gdy wyrósł przed nim niewysoki, zielony stworek uzbrojony w pistolet, za pomocą którego dobitnie sugerował pozostanie przy stole, do którego zresztą sam się dosiadł. 
     - Wiedźmin? – zaśmiał się – pipidówka jakaś, nie wiedźmin. 
     - Witaj Greedo – odparł ignorując chwilowo obrazę – właśnie idę zobaczyć się z twoim szefem. 
     - Za późno. Teraz Jabba zadowoli się tylko twoją głową. No, może weźmie statek. 
     - Po moim trupie! 
     -O to właśnie chodzi. Czekałem na to dość długo. 
     - Mogę się założyć – odparł Geralt i błyskawicznie ciął mieczem. Głowa stwora potoczyła się po stole, zaś reszta ułożyła się pod nim. 
     - Co ty wiesz o zabijaniu – dodał filozoficznie pod adresem stygnącego trupa. 
     Wychodząc rzucił jeszcze barmanowi monetę na sprzątanie. 
     Pasażerowie zjawili się na statku punktualnie co do minuty. Bez słowa zamknął za nimi właz, odbił od brzegu i wpłynął w mgłę. Powietrze drżało od pracy setek silników, jednak za burtą widać było jedynie śnieżnobiałą watę. Minuty dłużyły się w nieskończoność, wiedźmin i reszta jego kompanii byli coraz bardziej zdenerwowani. W końcu mgła podniosła się i ich oczom ukazał się niezbyt odległy brzeg. Musieli zostać zauważeni, gdyż po chwili woda aż zagotowała się od uderzeń. Wtedy przetoczył się po niej ogłuszający huk, a nad ich głowami ze świstem przemknęły pociski największego kalibru. To ogień otworzył HMS „Warspite”. Potężne działa jego artylerii głównej zaczęły ziać ogniem ze swych 406 milimetrowych paszcz, salwa za salwą wgryzając się w umocnienia Wału Atlantyckiego. Wkrótce do kanonady dołączyły krążowniki „Mauritius”, „Orion” i „Frobisher”, śląc na wroga tony materiałów wybuchowych w nieco mniejszych porcjach. Cała chmara eskortujących je kontrtorpedowców nie pozostała w tyle, dodając do chóru nieco lżejszy ton swych 120-stek. Niestety nawała ognia i stali nie uciszyła obrońców. Co chwila na dno szła któraś z barek desantowych. Jednak brzeg był coraz bliżej, Z transporterów czołgów zjechały już przerobione na amfibie Shermany. Niektóre podjęły dalszą podróż do przodu, inne, niedokładnie wdać uszczelnione, w dół. Geralt zastanawiał się, czy ich załogom udało się w porę otworzyć włazy i uciec z pływających trumien. Nareszcie jego własna zazgrzytała dnem o piasek. Błyskawicznie wyskoczył z barki, depcząc plażę „Sword” jako jeden z pierwszych żołnierzy Brytyjskich Inwazyjnych Sił Uderzeniowych. Biegiem ruszył w stronę zasieków przeciwczołgowych, które mogły zapewnić mu osłonę przed ogniem nieprzyjaciela. Gdy dopadł do jednego ze stalowych kloców natychmiast skulił się na ziemi. Odetchnął głęboko i włożył Pierścień na palec. 
     Niezauważony przeniknął przez pozycje Wehrmachtu i ruszył w głąb lądu. Początkowo unikał dróg, peszył go widok wielu żołnierzy, lecz szybko zdał sobie sprawę, jak doskonale został przygotowany przez MI6. Heinrich Himmler wraz ze wszystkimi swoimi ludźmi, całą Abwehrą, Sicherheitsdienstem i Reichssicherheitshauptamtem na dodatek byli dla niego równie groźni, jak minus dwadzieścia stopni dla radzieckich dywizji syberyjskich. Kiedy już rozpoczął swoje drang nach ostern, a konkretnie nach Berlin, nic nie mogło go powstrzymać. Wprawdzie po dwóch dniach wyczerpały się baterie w Pierścieniu, jednak wywiad zaopatrzył go również w doskonale podrobione dokumenty na każdą okazję, dzięki którym bezpiecznie dotarł do celu. Ulica była pusta. Zmrok już dawno zapadł, jedynego światła dostarczały rzadko rozstawione latarnie. W ciemnych zakamarkach mógłby kryć się cały pułk noszących czarne skóry sado-masochistów z Schutzstaffeln. Mógłby, ale nie krył się. Geralt, w nieźle uzasadnionym poczuciu prywatności, zbliżył się do domu numer 16A, mieszkanie 9. Miał tu spotkać się z agentem radzieckiego wywiadu. Zapukał do drzwi 106 razy w umówiony sposób, jednak nikt nie odpowiedział. Dopiero wówczas dostrzegł ustawione obok wycieraczki 74 stalowe żelazka – znak wpadki. Nerwowo rozejrzał się dokoła i śpiesznym krokiem ruszył w stronę położonego na drugim końcu miasta lokalu zapasowego. Ledwie przekroczył próg i pochylił się nad skrytką zawierającą specjalny, szpiegowski miecz wiedźmiński do samodzielnego montażu, rozległo się walenie do drzwi. 
     - Otwieraj! Wiemy że tam jesteś! 
     Wszystko było stracone. Chociaż... Postanowił zaryzykować, stawiając wszystko na jedną kartę. 
     - Geralta nie ma w domu! – krzyknął na całe gardło. 
     Po kilku dłużących się niemiłosiernie sekundach usłyszał jakieś stłumione „Himmelhergot”, nerwowe kroki i silnik odjeżdżającego samochodu. Odetchnął z ulgą. Więc po raz kolejny udało mu się przechytrzyć Gestapo. 
     Pospiesznie dokończył montażu broni, a następnie, przywdziawszy czarny i długi do ziemi płaszcz, ruszył w stronę Kancelarii Rzeszy, zabierając jeszcze ze sobą duży kufer. Na miejscu z zadowoleniem zauważył, że oprócz niego jedyną żywą istotą w pomieszczeniu jest wyraźnie znudzony strażnik. Przechodząc przez bramkę wykrywacza metali zmienił ten stan rzeczy na jeszcze korzystniejszy, za pomocą szybkiego cięcie w szyję. Niestety, ledwie przebrzmiał charkot umierającego, do hallu wpadło około 30 uzbrojonych po zęby esesmanów. Wiedźmin uśmiechnął się lekko i delikatnie odłożył Bagaż na ziemię. Ten, przeczuwając co się święci, wysunął nóżki i szybkim truchtem odbiegł pod ścianę. Geralt postał jeszcze chwilę w miejscu dla zwiększenia efektu i dalszego zdemoralizowania przeciwnika, a następnie skoczył w prawo i błyskawicznie ruszył po ścianie, machając na wszystkie strony mieczem. Wrogowie, chociaż doskonale wyszkoleni, zostali zaskoczeni tą nowatorską taktyką. Stawili jednak twardy opór, czym zmusili go do zastosowania swojej najnowszej sztuczki, polegającej na skakaniu po podpierających sufit kolumnach. 
     Kiedy wszyscy żołnierze byli już martwi, skierował się do windy, przywołując ruchem głowy Bagaż. W środku wyciągnął z niego pokaźnych rozmiarów ładunek wybuchowy i ustawił zapalnik. Kufer natychmiast wybiegł z budynku, uciekając ile siły w nóżkach w stronę najbliższego punktu kontaktowego, a wiedźmin wdrapał się na dach. Policzywszy do 15 szybkim zamachem przeciął jedną ze stalowych linek. Winda szarpnęła się w górę, w czym wydatnie pomogła jej eksplozja bomby, o sile tony trotylu. Kolejne piętra wieżowca migały Geraltowi przed oczami. 30...50...90... przyspieszał coraz bardziej 150...300. Na ostatnim piętrze wyskoczył z szybu, unikając zmiażdżenia dzięki sprytnemu wyłączeniu praw fizyki. Wbiegł po schodkach na dach, gdzie natychmiast ruszył w stronę czekającego helikoptera. Jednak siódmy, wiedźmiński zmysł w porę kazał mu się odwrócić. Stał przed nim agent Smith, trzymający w swobodnie opuszczonej dłoni specjalnie zmodyfikowany pistolet magnum, kaliber 0,73 cala. Wersja do polowania na transportery opancerzone, dygnitarzy najwyższej rangi i dinozaury. „To koniec.” Pomyślał Geralt, sięgając jednocześnie do cholewy buta po nóż. Tak, to rzeczywiście był koniec. Nóż nosił w drugim bucie... 
      W Barze [tm.] panowała cisza. Ostatni klient, którym był mężczyzna o siwych włosach i twarzy pooranej bliznami, spał przy swoim stoliku. Podszedł do niego Hagrid, pełniący tu odpowiedzialną i zaszczytną funkcję ciecia. Wielkolud delikatnie podniósł obcego za klapy wymiętoszonej marynarki i lekko klepnął w twarz. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, wskazał swego podopiecznego barmanowi i zapytał: 
     - Jak myślisz Gulczas? 
     Zagadnięty rzucił na ofiarę upojenia alkoholowego przeciągłe spojrzenie i ocenił ze znawstwem: 
     - Ten już ma dosyć, chyba sporo wymieszał. Nic więcej mu nie serwuj! 


copyright 2003-2020 brylka