wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Strach

Aino stała na najniższym stopniu krętych, drewnianych schodów biegnących ku jaskini i czuła, jak serce łomocze jej ze strachu. Nie było to zwykłe uczucie, jakie każdy chyba wiedźmin odczuwał przed walką; to było coś gorszego: okropna, paraliżująca niemoc, która ogarnęła ją, gdy tylko poczuła chłód bijący z ciemnego, skalnego otworu. Przeczucie? Nie miała go nawet wówczas, gdy bazyliszek z ruin starej kamienicy miał ją ciężko poranić w przedśmiertelnej konwulsji. Roan wyniósł ją wtedy na rękach i leczył sam przez następne trzy tygodnie. Medyka w okolicy nie było, a nikt z miejscowych nie chciał się mieszać. Chociaż od czasów legendarnego Geralta z Rivii i Ciri z Vengerbergu stosunek zwykłych śmiertelników do wiedźminów nieco się zmienił, ludzkie uprzedzenia okazały się w tym wypadku zbyt mocno zakorzenione, by ktokolwiek miał odwagę udzielić pomocy temu dziwnemu, chmurnookiemu mężczyźnie i jego towarzyszce na krawędzi dwóch światów. 
     Aino jednak przeżyła. Póżniej, już w Kaer Derw, zastanawiała się, czy rzeczywiście posiada wystarczająco siły psychicznej, by wytrwać na drodze, którą sobie wybrała. Czas pędził wciąż naprzód; cech wiedźmiński zrzeszał teraz niewielu członków. Cywilizacja postępowała w szybkim tempie: Na co był komu potrzebny miecz, skoro były hakownice i garłacze? I na co komu taki anachroniczny, samotny najemnik? Mimo oburzenia starych weteranów nowe przepisy bezpieczeństwa zakazywały teraz chodzić parami (przy wykonywaniu zlecenia jeden z walczących ubezpieczał drugiego), wprowadzono też obowiązek stosowania uzbrojenia ochronnego: zamiast popularnych kaftanów i tunik pojawiły się kolczugi, brygantyny, a niekiedy nawet masywne zbroje płytowe ograniczające zwinność, tak ważną drzewiej dla pogromców potworów. Zaczęto stosować kusze i broń palną. POddawanie jakimkolwiek zmianom mutacyjnym zostało surowo zabronione. Zmieniły się też zasady rekrutacji, dzięki czemu Aino mogła ubiegać się o przyjęcie na szkolenie. Została, choć opinie egzaminatorów były podzielone. Później dowiedziała się, że to Roan wstawił się za nią. 
     Nie pasował jakoś do współczesnego wizerunku wiedźmina. Używał wyłącznie broni siecznej. Cichy, nieco ponury, trzymał się zwykle na uboczu. Zawsze jednak był sobą. Wszyscy go szanowali, a nawet darzyli szczerą sympatią. Choć niewiele starszy od Aino, był już mistrzem miecza. Został jej pierwszym nauczycielem, później partnerem do wykonywania zadań. Wiedziała, że może na nim polegać w każdej sytuacji. Zawsze dodawał jej otuchy, gdy wątpiła, był przy niej w chwilach słabości i pomagał odzyskiwać zimną krew. A ona się starała: w najtrudniejszych momentach zaciskała zęby i powtarzała sobie w myślach, że musi wytrzymać. 

     * * * 

     Strach... Dziwne, ale dopiero teraz uświadomiła sobie, że lęk towarzyszył jej od samego początku i był przyczyną jej wszystkich trudności. Pilnowała starannie, by nikt tego nie zauważył, jednak nawet gdy zdobywała się na najbardziej karkołomne dowody odwagi, czuła na karku to znajome dotknięcie zimnej ręki, grozące odebraniem sił w momencie największej potrzeby. Potem, gdyby przeżyła, mógł być już tylko wstyd, hańba i odejście z Kaer Derw. A ona nie miała dokąd póść. 
     Schody za plecami Aino zaskrzypiały. Z mroku wyłoniła się sylwetka Roana z pochodnią w ręku. Za nim po krętych stopniach stąpał graf Yaxa, właściciel zamku. Był wysokim, szpakowatym mężczyzną o arystokratycznych rysach. Z bliska jednak jego twarz była wymizerowana, a czerwony, aksamitny dublet ze złotymi guzikami nosił źle zamaskowane ślady cerowania i długotrwałego noszenia. Czasy tego człowieka już przeminęły. Może dlatego wyglądali z Roanem na pokrewne dusze. 
     - Znajdujemy się teraz dokładnie pod basztą. - Powiedział cicho - Ta jaskinia składa się z wielu połączonych ze sobą przejść, które przecinają łańcuch wzgórz i prowadzą do zamaskowanego wyjścia w borze. W razie wojny, lub innego niebezpieczeństwa, może to być jedyna droga ucieczki dla ludności z całej okolicy. 
     Roan kiwnął głową. W świecie od niepamiętnych czasów nękanych różnorakimi konfliktami zbrojnymi, nie trzeba było tłumaczyć przydatności podobnych miejsc. 
     - Te schody pali się za sobą, a wejście zasypuje. W środku znajdują się (a przynajmniej znajdowały) zapasy żywności na wypadek dłuższego pobytu. Sami rozumiecie... 
     Urwał zmieszany. Najwyraźniej nie w smak było mu posyłanie tych dwojga młodych ludzi w tchnący zimnem labirynt grot i szczelin, w którym gdzieś w ciemnościach czaiło się groźne nieznane. Owo COŚ zaledwie wczoraj zaatakowało małego synka służącej, który zapuścił się na dół w poszukiwaniu przygody. Znalazł ją, ale ledwo uszedł z życiem. 
     - To jak, wchodzimy? 
     Spokojny jak zawsze głos partnera wyrwał Aino z odrętwienia. "Muszę się opanować" - pomyślała. - "Nigdy, przenigdy Roan nie zobaczy na mojej twarzy choc cienia lęku". Lekkim, niemal nonszalanckim ruchem przesunęła pas z mieczem (dlaczego właściwie zabrałam tylko miecz?)i poprawiła na głowie kolczy kaptur. Yaxa oddał jej swoje łuczywo. Jego wyraźne zawstydzenie wcale nie dodało jej odwagi. 

     * * * 

     Cicho wsunęłi się do środka. Natychmiast owionęło ich zimno, wyzierające z każdej szczeliny pokrytej lodem groty, w której się znaleźli. Była ona prawdziwym cudem natury: gładkie, jakby wycięte z kryształu ściany spływały koliście do na wpół zamarzłej sadzawki, z której niczym zamkowe wieże wyrastały białe stalagmity. Z wysokiego sklepienia pokrytego siatką bruzd i otworów zwisały przedziwne skalne twory w kolorach tęczy. Zapatrzony w nie Roan poślizgnął i zjechał po kolana w wodę. Aino chciała go przytrzymać, jednak jej ruchy były spowolnione przez nerwy. Wiedźmin roześmiał się i spojrzał na nią. Jakoś dziwnie. 
     Schodzili coraz niżej: ich medaliony poczęły ledwo zauważalnie drgać. Przy każdym kroku Aino czuła, jak jak żołądek podjeżdża jej do gardła, a kończyny odmawiają posłuszeństwa; to już nie był strach, to było przerażenie. Nigdy wcześniej nie odczuła czegoś takiego, nie wiedziała też, co mogło być powodem takiego stanu. Wszystkie jej dotychczasowe lęki wydały się nagle dziecinną błahostką. Wreszcie stało się. 
     - Roan, ja już nie mogę. - Słyszała własny głos jakby z oddali. Brzmiał drżąco i piskliwie. Wiedźmin zatrzymał się. 
     - Co się stało? 
     - Boję się. 
     - Wiem. 
     Popatrzył jej w oczy. Jego twarz wyrażała takie opanowanie, iż przez chwilę zastanawiała się, czy rzeczywiście kiedyś mógł ją rozumieć od tej strony. Jednak musiała się mylić. 
     - Zastanów się tylko, czego tak naprawdę się lękasz. Znam cię dobrze; nigdy nie bałaś się bólu, ani śmierci. Nawet, gdy wmawiałaś sobie, że tak jest. Boisz się po prostu własnego strachu. 
     - Nie rozumiem. Zawsze sie starałam. 
     - Boisz się samej siebie. Walczysz z emocjami, chcąc za wszelką cenę ukryć przed światem swoje słabości. Ale to na nic. Jeżeli ich nie zaakceptujesz, nigdy nie nauczysz się byś sobą i nie osiągniesz nawet tego, do czego zostałaś bezsprzecznie stworzona. To, że jesteś niewiastą, ani nawet to, że czasem się wahasz, nie jest istotą rzeczy. Nawet kamień można pokruszyć. 
     Zapadła cisza. Wiedźminka nie mogła się zdobyć na jakąkolwiek odpowiedź, milczała więc patrząc gdzieś przed siebie. Wreszcie Roan poruszył się. 
     - Czas nagli. Jeśli się nie pospieszymy, nasz graf zwątpi w wiedźmiński profesjonalizm. Skoro nie czujesz się na siłach, zostań tu, Dogonisz mnie, gdy poczujesz się lepiej. 
     - Ja nie... nigdy... 
     Znów spojrzał na nią tym dziwnym wzrokiem. 
     - Chcę cię jeszcze zobaczyć żywą. 
     Schylił głowę i zniknął w wąskim otworze kolejnego korytarzyka. Aino nie ruszywszy się z miejsca oparła urękawiczoną dłoń o bryłę lodu. Nie mogła pozbierać myśli. Słowa przyjaciela ciągle tętniły jej w uszach; wiedziała, iż miał rację, choć nie potrafiła tego zrozumieć. Nie była w stanie nawet wydobyć głosu, gdy mówił. Zresztą nadal nie opuściło jej to dziwne, paraliżujące uczucie, które nazywała przerażeniem. Czyżby jednak bała się o siebie? 
     A może o niego? 
     Z otworu dobiegł nagle głuchy łoskot, następnie coś jakby ochrypłe skrzeczenie: ni to ryk, ni bulgot. Potem krzyk. Zdecydowanie ludzki. 
     Wiedźminka momentalnie zapomniała o wszystkich dotychczasowych problemach. Błyskawicznie wyciągnęła miecz z pochwy i rzuciła się ku wejściu. Wylot kończył się dość stromym stokiem, pokrytym warstwą zakrzepłego śniegu. W zawrotnym tempie zjechała po nim w dół, ledwo unikając pokaleczenia się o własną broń. Błyskawicznie poderwała się na nogi. Pod przeciwległą ścianą stał potwór. 

     * * * 

     Już od dzieciństwa Aino zawsze słyszała, że strach ma wielkie oczy. Jednak kreatura, która właśnie zastygła w bezruchu zaskoczona jej pojawieniem, posiadała tylko dwie wąskie szparki okolone grubą poduszeczką tłuszczu. Należała niewątpliwie do ssaków, jednak jej cielsko wielkości sporego wołu pokrywała opalizująca, sinoniebieska łuska. Miała krótką paszczę wypełnioną białymi, podobnymi stalaktytom kłami i długi, sprężysty ogon. Zniżyła gruby kark, a z jej gardzieli znów dobył się charkoczący bulgot. Nieoczekiwanie świsnęła w powietrzu biczowatym ogonem, mierząc w nową przeciwniczkę. Wiedźminka ledwo zdążyła wykonać unik, wypuszczając z ręki pochodnię, która zgasła, pogrążając grotę w niemal całkowitych ciemnościach. 
     Roan wyskoczył z drugiej strony, nacierając na bok stwora, Zgubił gdzieś swój żebrowy hełm; z włosów ściekała mu na plecy strużka czerwieni. Potwór kontratakował, trafiając ogonem w płaz jego głowni, która pękła z brzękiem. trafiony następnym chlaśnięciem wojownik zgiął się wpół, wypluwając krew. Aino z okrzykiem skoczyła w przód: oburącz sparowała przeznaczony dla niej cios, jednak jego siła była zbyt duża. Przewróciła się na lód, tym razem wpadając niemal między grube, pazurzaste łapy. Chwiejnie wstała. Roan wyszarpnął zza pasa mizerykordię. Podbiegł i z całej siły odpychając Aino na bok, wbił ostrze sztyletu w nieosłoniętą gardziel potwora. Nieznacznie chybił tchawicy. Stworzenie zaniosło się skrzekiem i gwałtownie rzuciło w przód, miotając łbem na wszystkie strony. Sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna. Wiedźmin oddychając z trudem cofnął się. Towarzyszka chwyciła go za rękę i odskakując pociągnęła za sobą. Niestety, o ułamek sekundy za późno. Potwór wprawiając znów w ruch swą nielichą broń, trafił go ponownie w klatkę piersiową, ze straszliwą siłą odrzucając na kamienno - lodowy blok. Roan osunął się na ziemię z twarzą wykrzywioną paroksyzmem bólu. Potem znieruchomiał. 
     Aino oglądała to jak przez mgłę. Jeden krótki moment całego zajścia wydłużył się w jej umyśli do rozmiarów nieskończoności. Nie czuła już strachu, bólu... niczego. Tylko jedna myśl utrzymywała ją jeszcze w pozycji pionowej, ze żelazem w garści: zabić tę obrzydliwą kreaturę. Jeszcze nigdy, w ciągu całego swego życia nie odczuła w sobie prawdziwej nienawiści. Aż do tej chwili. 
     Odzyskałą jednak zimną krew. Odetchnęła powoli i mocniej ścisnąwszy w dłoni rękojeść miecza ruszyła naprzód. Nie spuszczała przeciwnika z oka; jej ruchy były spokojne i opanowane. Potwór nie podjął jeszcze działań jednoznacznie ofensywnych, cofać się jednak też nie miał zamiaru. Dołączył tylko do repertuaru swych ruchów wierzganie potężnymi, uzbrojonymi w zakrzywione pazury kończynami. Dopiero w chwili, gdy niewiasta była już blisko, wydał z siebie wściekły bulgot i całym cielskiem rzucił się do przodu. Wiedźminka wykonałą szybli półobrót i cięła po skosie płąską paszczę. Jeszcze jeden unik...z trudem utrzymana zastawa na atakujące pazury... nagły sztych na gardziel, tuż obok rany zadanej przez Roana. Za płytki. Stwora zamiotała się, przecinając powietrze konwulsyjnymi ruchami. Aino nie lekceważyła zasad bezpieczeństwa: na cóż mogła się przydać jej śmierć? Musiała wykonać zadanie do końca. Odturlała się na bok i czekała na reakcję przeciwnika. Dopiero, gdy wyczuła właściwy moment, poderwała się i pchnęła z doskoku, tym razem trafiając idealnie tam, gdzie mierzyła. 

     * * * 

     Roan leżał na plecach, oddychając chrapliwie. Gdy Aino uklękła obok, otworzył oczy i spojrzał na towarzyszkę. 
     - A więc jednak odważyłaś się. - Powiedział z wysiłkiem. 
     - Nic nie mów, oszczędzaj siły. Spróbuję cię stąd wyciągnąć. - Chwyciła go pod ręce i pociągnęła w kierunku lodowego zbocza. Było jednaj dbyt śliskie. Wiedźmin zajęczał cicho zjedżdżając w dół; pozostawił za sobą na bieli wąską, różową smugę. 
     - Zrobimy inaczej. Wytrzymaj tu, ja pobiegnę do zamku po pomoc i... 
     - Daj spokój. 
     - Roan, już nigdy cię nie... 
     - Przestań. Nie widzisz, że to nie ma sensu? 
     Aino nie mogła się już dłużej pohamować. Wybuchnęła płaczem. Zawsze się starała; nigdy nie okazywała słabości. Jednak ta bezsilność... Bez wahania oddałaby życie, gdyby tylko uratować przyjaciela leżącego przed nia w zimnie i ciemnościach. Takich jak on nie było już wielu. Przez cały okres trwania ich znajomości, nigdy nie dowiedział się, ile naprawdę dla niej znaczył. Rzadko nawet śmiali się razem. Ale Aino bałą się okazywania uczuć. Była przecież wiedźminką, maszyną do zabijania. Cóż z tego, że nowoczesną? 
     Płakała, nie próbując się już powstrzymać. Przestała dopiero, gdy Roan skrzywił się i poruszył wargami. 
     - Ty chyba po raz pierwszy w życiu jesteś sobą. 
     Znów wstrząsnął nią szloch. Czy to przed tym broniła się przez te wszystkie lata? I czy tak ma wyglądać współczesna wiedźmin? 
     - Gdybym tylko nie stchórzyła i weszła wtedy z tobą... 
     Wyszeptał jeszcze raz: 
     - Nie bój się... strachu. 
     Próbował się uśmiechnąć, jednak rozkaszlał się tylko; z ust pociekła mu strużka krwi. potem nie było już nic. 

     * * * 

     Nie pamiętała, kiedy i w jaki sposób wydostała się na górę i zdobyła na rozmowę z Yaxą. Nie przyjęła zapłaty, zajęli się tylko wspólnie pochówkiem Roana. Później wróciła do Kaer Derw, starej twierdzy otoczonej dębowym lasem. Wiedźmini zrozumieli ją i nie próbowali obarczać odpowiedzialnością za śmierć towarzysza. Przydzielili jej tylko nowego partnera. Ale Aino nie chciała kogoś innego. Wbrew przepisom walczyła już wyłącznie sama, z czasem zyskując opinię dzielnej i niezwyciężonej. Później zajęła się szkoleniem młodych rekrutów; wtedy na krótko jeszcze odżyły zapomniane idee, a jej uczniowie poczuć mogli, że ich przyszły zawód, to coś innego, niż tylko pęd ku oryginalności. Zawsze była sobą; zawsze wpajała im potrzebę bycia człowiekiem, kimś, na kim można polegać. I zawsze powtarzała: "nie bój się strachu". Sama też się nie bała. Nazywano ją spadkobierczynią Geralta Rivijskiego, najsłynniejszego z wiedźminów. Ale potwory stanowiły teraz ginące gatunki, znacznie zmniejszyła się też liczba ich tępicieli. Byli już przeżytkami, reliktem mrocznej przeszłości. Aino wraz z garstką jej podobnych nie miała już nawet czego ratować. No, prawie. 
     Zginęla w wieku czterdziestu czterech lat, próbując ratować z płonącego spichlerza młodą dziewczynę, która wbrew wszystkiemu chciała póść w jej ślady. Wiedźmiński cech boleśnie odczuł jej stratę. 
     Później nastąpił zmierzch...


copyright 2003-2020 brylka