Przejdź do treści

Potąd, aż nie umrę

No one knows nothing about me
I’m guessing I’ll just keep ’em guessing
No one sees what I see
This is my blessing

Soul Asylum, “Can’t even tell”, Clerks OST

I can hear the sound
I can hear it loud
Of the beat before
Time was dawned

Slade, “Universe”

Geralt wiedźmin poprawił miecz na plecach, przeczesał palcami włosy, przełknął ślinę, zwilżył wargi, odetchnął głęboko, podrapał się po swędzącym czubku nosa (swędzenie było jeszcze dość subtelne, lecz za kilka minut stanie się nie do zniesienia), roztarł bolącą skórę wokół zadrapania na policzku, przetarł oczy, zamrugał kilka razy, odsapnął, wyregulował oba pasy, by nie poluźniły się zanadto, zrolował rękawy, wytarł podeszwę buta o podłoże, zawiązał solidnie wszystkie możliwe sznurki, a odstające troki pochował, by o nic się nie zaczepiały; wykonał parę głębokich wdechów i wydechów, rozluźnił napięte mięśnie ramion i karku, popatrzył w mrok przed sobą, pomyślał o Yennefer, a potem o Ciri - i wszedł.
Korytarz był długi, ciemny i wąski. Wiedźmin, idąc, przesuwał dłoń po ścianie. Ściana śmierdziała. Nie wiedział dokładnie czym, ale czy to z powodu tej substancji, czy jakichś innych czynników rękę miał całą mokrą. Tak jakby krople wody (a może nie wody?) osadzały się na murach. Tylko dlaczego? Czyżby miejsce, do którego szedł, było siedzibą jakiegoś wodolubnego potwora? A może to nekropolia? Nie, chyba nie to - z żadnej nekropolii nie dochodziłby tak straszliwy hałas. Coś jakby łomot spadających bloków skalnych. Głuche, potężne uderzenia. Wyczulone zmysły wiedźmina odczuwały niemal fizyczność tego dźwięku. Kamienie lekko dygotały od uderzeń. Cokolwiek znajdowało się na końcu korytarza, musiało to być straszne.

Toublanc Michelet jęknął, zwinął się, ściskając obiema rękami rozchlastany brzuch. Czuł, jak krew uchodzi z niego, płynąc wartko spomiędzy palców. Nie opodal leżał Flavius. Jeszcze przed chwilą drgał. Ale teraz już znieruchomiał. Toublanc zacisnął powieki, po czym otworzył oczy. Ale kobieta siedząca obok Flaviusa najwyraźniej nie była halucynacją, bo nie znikła. Jęknął znowu i odwrócił głowę.
Jakaś dziewka, sądząc po głosie, bardzo młoda, darła się przeraźliwie.

A gdy Michał Rozakiewicz otworzył oczy, zobaczył nad sobą maskę samochodu zbryzganą krwią, stłuczone szkło leżące wszędzie dookoła, zakrwawiony miecz w foliowej torbie trzymany przez kogoś stojącego nad nim, zwisającą z rozwalonego reflektora brudną białą perukę i flaki… wszędzie pełno flaków. Jego flaków. Nie miał siły podnieść głowy, lecz wiedział, że jego wnętrzności zamieniły się w miazgę.
Słońce wstało, rozświetlając brzydką zazwyczaj ulicę Roosevelta, tańcząc złotymi odblaskami w liściach drzew. Michał uśmiechnął się resztkami ust.

Rzeczywiście nie bolało.