wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Potąd, aż nie umrę

     No one knows nothing about me 
     I'm guessing I'll just keep 'em guessing 
     No one sees what I see 
     This is my blessing 


     Soul Asylum, "Can't even tell", Clerks OST 
     

     I can hear the sound 
     I can hear it loud 
     Of the beat before 
     Time was dawned 

     

     Slade, "Universe" 


     Geralt wiedźmin poprawił miecz na plecach, przeczesał palcami włosy, przełknął ślinę, zwilżył wargi, odetchnął głęboko, podrapał się po swędzącym czubku nosa (swędzenie było jeszcze dość subtelne, lecz za kilka minut stanie się nie do zniesienia), roztarł bolącą skórę wokół zadrapania na policzku, przetarł oczy, zamrugał kilka razy, odsapnął, wyregulował oba pasy, by nie poluźniły się zanadto, zrolował rękawy, wytarł podeszwę buta o podłoże, zawiązał solidnie wszystkie możliwe sznurki, a odstające troki pochował, by o nic się nie zaczepiały; wykonał parę głębokich wdechów i wydechów, rozluźnił napięte mięśnie ramion i karku, popatrzył w mrok przed sobą, pomyślał o Yennefer, a potem o Ciri - i wszedł. 
     Korytarz był długi, ciemny i wąski. Wiedźmin, idąc, przesuwał dłoń po ścianie. Ściana śmierdziała. Nie wiedział dokładnie czym, ale czy to z powodu tej substancji, czy jakichś innych czynników rękę miał całą mokrą. Tak jakby krople wody (a może nie wody?) osadzały się na murach. Tylko dlaczego? Czyżby miejsce, do którego szedł, było siedzibą jakiegoś wodolubnego potwora? A może to nekropolia? Nie, chyba nie to - z żadnej nekropolii nie dochodziłby tak straszliwy hałas. Coś jakby łomot spadających bloków skalnych. Głuche, potężne uderzenia. Wyczulone zmysły wiedźmina odczuwały niemal fizyczność tego dźwięku. Kamienie lekko dygotały od uderzeń. Cokolwiek znajdowało się na końcu korytarza, musiało to być straszne. 
     - Nie, nie boję się - przekonał sam siebie Geralt - Nie boję. Nie. Jestem wiedźminem, a wiedźmini się nie boją. 
     Teraz widział już całkiem wyraźnie. Bez trudu rozróżniał pęknięcia murów, ciemnie zacieki, jakieś zielone paskudztwo zwisające gdzieś z góry. Nie, nie spojrzał tam. Strach czy obrzydzenie powstrzymały go przed tym. Ale medalion nie dawał żadnych sygnałów. Na razie jeszcze nic nie groziło Geraltowi. 
     Nic... 
     Ohydne, czarne znaki wypłynęły z mroku. Plugawe symbole szczerzyły do wiedźmina bezczelny uśmiech liter. Cokolwiek tu żyło, było inteligentne i piśmienne, przynajmniej na tyle, by zaznaczyć swoją obecność. I doskonale wiedziało o istnieniu swoich wrogów. Ukryte w swojej ohydnej, brudnej jamie głęboko w tych lochach, złośliwie czekało na przybycie kogoś takiego jak Geralt. Zostawiło dla niego te pogardliwe, złowieszcze litery, wyzierające ostrymi rysami z brudnej ściany. Wiedźmin nie rozumiał słów, lecz instynktownie wyczuwał, co oznaczały. Pomimo huku słyszał chichot podłych istot, które je napisały. 
     - Taak... sprytni jesteście, to już wiem... ale ja jestem sprytniejszy...walczę ze złem… robię to dla pieniędzy… jestem wiedźmin. Geralt wiedźmin! 
     Pokrzepiony tą myślą ruszył dalej. Idąc, bezszelestnie wysunął z pochwy miecz. Klinga uspokajająco zaciążyła w dłoni. Teraz już się nie bał nic a nic. Był w stu procentach sobą. Był sobą jak nigdy dotąd. 
     Yennefer, pomyślał Geralt, teraz robię to dla ciebie. Robię to dla twoich kruczych włosów i oczu pełnych błyskawic. Robię to dla twojej cudownej wybuchowości i spontaniczności. Robię to dla twojego gorącego serca i zimnego głosu. Robię to dla ciebie i dla Ciri, naszej małej kochanej córeczki, z którą los obszedł się tak okrutnie. To z jej powodu postanowiłem, że będę walczył z każdym złem i nigdy się nie poddam, nigdy nie spocznę. Bo zło trzeba niszczyć. Tak. Świat jest pełen Zła, a tacy jak my jesteśmy po to, by z tym Złem walczyć. Nawet sami przeciwko całemu światu....I choć nie mamy tylu sił, co dawniej, by niebo wzruszyć i ziemię, jesteśmy sobą w serc spójni heroicznej, które los sterał; wola w nich wciąż silna, każe walczyć i szukać - i nie ustępować... czy jakoś tak... 
     Wiem, zostałem sam. Wszyscy inni odeszli. Zrezygnowali. Przestraszyło ich Zło, a może zniechęciło? Ja wiem, że nie można się uginać wobec Zła, bo jeśli człowiek ucieknie, ono go dopadnie i zniszczy. Nie wątpię, że to stało się z innymi. Z Coenem, Lambertem, Vesemirem... tylu nas było. Śmierć idzie za nami krok w krok. Tylko ja zostałem. Ja sam i gwiazdy. Ostatni bastion Dobra wobec zalewu Zła. Po mnie nie będzie już nikogo. Mimo tego nie poddaję się. Walczę dalej. Bo celem moim żeglować poza słońca zachód, pod gwiazd ulewą - potąd, aż nie umrę... yyy, to chyba nie tak, ale na pewno coś w tym stylu. 
     Na pewno. 
     Na ścianach była krew. Długie, rozmazane linie, dawno już wyschłe, lecz nadal straszne. Na podłodze, przy nodze wiedźmina, znajdowała się także niewielka czerwona kałuża. Ona też dawno już wyschła. 
     - Nie przestraszycie mnie. Nie pokonacie mnie - szepnął Geralt suchymi wargami, zbliżając się do ciemnego otworu w ścianie ziejącego ciemnością, smrodem, złem. I łomotem. Huk teraz zdawał się wdzierać we wnętrze jego organizmu, przejmować rytm serca i uderzać jakby w piersi wiedźmina. Teraz Geralt rozróżniał także inny dźwięk: wycie. Upiorne wycie... triumfu? Strachu? Bólu? Czy ta istota tam (istoty?) wiedziała (wiedziały?), że on nadchodzi? A może ten krzyk oznaczał "Chodź, nie boję się ciebie"? 
     Wiedźmin zadygotał i wytarł strużkę śliny spływającą mu bezwiednie po brodzie. Otarł pot, podrapał się po nosie, przeczesał palcami włosy, przełknął ślinę, zwilżył wargi, odetchnął głęboko, podrapał się po swędzącym czubku nosa (swędzenie było jeszcze dość subtelne, lecz za kilka minut stanie się nie do zniesienia), roztarł bolącą skórę wokół zadrapania na policzku, przetarł oczy, zamrugał kilka razy, odsapnął, wyregulował oba pasy, by nie poluźniły się zanadto, zrolował rękawy, wytarł podeszwę buta o podłoże, zawiązał solidnie wszystkie możliwe sznurki, a odstające troki pochował, by o nic się nie zaczepiały; wykonał parę głębokich wdechów i wydechów, rozluźnił napięte mięśnie ramion i karku, popatrzył w mrok przed sobą, pomyślał o Yennefer, a potem o Ciri - i wszedł. 
     To, co zobaczył wewnątrz, ścięło mu krew w żyłach. To nie była nekropolia, lecz coś znacznie gorszego. Istoty, które otoczyły Geralta, nie mogły być ani wampirami, ani zombimi, lecz czymś jakby pośrodku. Zmutowane ghoule? Zewoluowane strzygi? Człekopodobne, lecz zupełnie nie wyglądające jak ludzie - chude, wyciągnięte, o skórze białej jak kość, wielkich, ciemnych studniach podkrążonych oczu i ohydnych, czarnych jamach ust. Niektóre miały nawet jakby zieloną narośl na skórze. Potwory zaopatrzone były w długie, czarne szpony, a z głów spływały im gęste, brudne kudły. Ich skóra, z wyjątkiem rąk i twarzy miała czarny kolor - a może to futro? 
     To musiała być jakaś resztka pradawnej, groźnej rasy, odprawiająca tu swoje plugawe kulty. Przodkowie wampirów? Może ghouli? Chyba jednak ghouli. Było w nich tępego i prymitywnego, lecz groźnego. Wysoko, na jednej z ogromnych ścian, znajdowały się te same czarne, ohydne znaki, co w korytarzu. Dwie wysokie kolumny prowadziły od podłogi do sufitu. A zatem świątynia... wiedźmin przeszkodził w jakiejś straszliwej ceremonii. Medalion zadygotał silnie. 
     Wszystkie potwory patrzyły na Geralta tymi strasznymi, hipnotycznymi oczami, jakby czekając, co zrobi. Huk ucichł, krzyki też. Zapadła lodowata cisza. 
     - Uaaahimyr Elooohoood Szhboruuuty Tooooc!!!!!! - wrzasnął straszliwie ich przywódca, prawdopodobnie najwyższy kapłan, straszliwie wysokie, co najmniej trzymetrowe monstrum o paskudnych czarnych naroślach na twarzy. Miało głos tak potężny, że słychać go było w całych lochach, ściany niemal dygotały od potwornego ryku. Geralt nie rozumiał ich mrocznego języka, lecz wiedział już, że musi je zabić. Nie wiedział, ile istot może znajdować się w tych lochach - dwieście? Trzysta? Nie był pewien, czy podoła. Ale musiał je wszystkie zabić. Ich istnienie zagrażało rasom rozumnym. Ich istnienie oznaczało Zło. 
     - ...pod gwiazd ulewą... potąd, aż nie umrę... - wyszeptał Geralt, zamachując się potężnie mieczem. Cios spadł na najbliższego potwora, który wydał z siebie nieludzki krzyk, a potem zwalił się na ziemię, brocząc krwią. 
     Dopiero teraz się poruszyły. Jedne cofnęły się falą, inne przeciwnie: rzuciły na Geralta. 
     - Aaariw Si Oooget!!! Eciya-Mmysh!!! Tswopaaaw Ruuuuk!!!! - wrzeszczał zaklęcia wódz. 
     Pierwszy potwór zaatakował jakimś tępym narzędziem, po to tylko, by odskoczyć i dać innemu zza pleców okazję do zdradzieckiego sztychu czymś w rodzaju noża. Geralt zakręcił się w piruecie, wyminął ich i ciął tego drugiego od tyłu, samym końcem miecza, przez potylicę, kark i plecy. Był zły, uderzył mocno. Krew fontanną trysnęła na mur. 
     Ten pierwszy wycofał się błyskawicznie, robiąc miejsce dla następnych. Ci rozdzielili się w ataku, tnąc mieczami z różnych kierunków, tak by tylko jedno cięcie było możliwe do sparowania - drugie musiało trafić w cel. Geralt nie parował, wirując w piruecie wszedł pomiędzy nich. Jeden zdołał obrócić się w miękkim, kocim zwodzie, odskoczył zwinnie. Drugi nie zdążył. Stracił równowagę, ustawił się plecami. Wiedźmin, wykręcając się w odwrotny piruet, z rozmachem ciął go w krzyże. Był zły. Czuł, jak wyostrzona wiedźmińska klinga przecina kręgosłup. Przeraźliwe wycie przetoczyło się echem po lochach. Pozostali dopadli do niego natychmiast, zasypali uderzeniami, które parował z łatwością. Wszedł w piruet, wyrwał się spod migoczących brzeszczotów. Ale miast oprzeć się plecami o mur i bronić, zaatakował. 
     Nie spodziewali się tego, nie zdążyli odskoczyć i rozdzielić się. Jeden skontrował, ale wiedźmin minął kontrę, zawirował, ciął w tył, na oślep, mierżąc na ruch powietrza. Był zły. Celował nisko, na brzuch. Trafił. Usłyszał zdławiony krzyk, ale nie miał czasu się oglądać. Kolejny z potworów był już przy nim, już uderzał czymś w rodzaju pałki. Geralt sparował w ostatnim momencie, statycznie, bez obrotu, kwartą z dexteru. Tamten, korzystając z przejętego impetu parady, odwinął się jak sprężyna i uderzył z zamachu, szeroko i mocno. Za mocno. Geralt już wirował. Pałka przeciwnika, znacznie cięższa od klingi Wiedźmina, przecięła powietrze, zbir musiał pójść za ciosem. Rozpęd obrócił go. Geralt wywinął się z półpiruetu tuż przy nim, bardzo blisko. Zobaczył jego wykrzywioną twarz, przerażone oczy. Był zły. Uderzył. Krótko, ale silnie. I niechybnie. Prosto w oczy. 
     Słyszał przeraźliwy krzyk samicy. 
     - Aycilo puawodro mazhino!!!!!! 
     Ja ci dam mazhino, ty kurwo, pomyślał Geralt, rozrywając klingą jej cienką szyję. Potworna kudłata głowa z wielką, czarną jamą ust spadła z karku i potoczyła się pomiędzy trupy. 
     I wtedy stało się coś, czego wiedźmin się nie spodziewał. 
     Wódz, skurczywszy się nagle do ludzkich rozmiarów, cofał się w głąb korytarza, unosząc i wyciągając przed siebie obie ręce, z których już zaczynało się sączyć magiczne światło. 
     - Okby Shokly Tu-Tiwis Oduh Hseim Zdo Bulkat Lewsora Not - mamrotał jękliwie kapłan, a z palców tryskały mu smugi zielonego blasku. 
     Geralt ścisnął miecz oburącz i bez zastanowienia puścił się biegiem w jego kierunku. Puścili się w szaleńczy pościg ciemnym, śmierdzącym korytarzem. Wiedźmin przemknął jak ognista kula obok krwawych linii na ścianach, obok złowieszczych, mrocznych liter nabazgranych na murach. Już się ich nie bał. Przed sobą widział tylko jeden cel: przeciwnika, którego musiał zniszczyć, zanim tamten ściągnie do lochów posiłki. 
     Niczym dwa bełty z kuszy wypadli na opustoszałą ulicę. Geralt przyspieszył biegu, zdołał musnąć mieczem futro na jego plecach. Monstrum nie wytrzymało nerwowo. Nie dokończywszy zaklęcia, zaczęło biec, wrzeszcząc niezrozumiale. Ale Geralt rozumiał. Wiedział, że potwór wzywa pomocy. Że błaga o ratunek. 
     I ratunek przyszedł. Uliczka zapłonęła jaskrawym światłem, na obtłuczonej, poznaczonej zaciekami ścianie domu rozbłysnął ognisty owal teleportu. Ale potwór nie skoczył przez teleport. Pobiegł dalej i wpadł w jedną z czarnych dziur zionących w murze. Wiedźmin odwrócił się i spojrzał w oczy bestii. Tak potwornie wielkie i jasne, że nie widział nic poza nimi. Światło gryzło go w źrenice, ogłupiało. Ogłuszający ryk triumfu potwora rozdarł nocną ciszę. Stworzenie musiało mieć niespotykane rozmiary. Było wielkie. I zbliżało się coraz bardziej. 
     Było jak samo Zło. 
     Geralt uniósł miecz. 
     Geralt skoczył. 
     Był bardzo zły. 


     Toublanc Michelet jęknął, zwinął się, ściskając obiema rękami rozchlastany brzuch. Czuł, jak krew uchodzi z niego, płynąc wartko spomiędzy palców. Nie opodal leżał Flavius. Jeszcze przed chwilą drgał. Ale teraz już znieruchomiał. Toublanc zacisnął powieki, po czym otworzył oczy. Ale kobieta siedząca obok Flaviusa najwyraźniej nie była halucynacją, bo nie znikła. Jęknął znowu i odwrócił głowę. 
     Jakaś dziewka, sądząc po głosie, bardzo młoda, darła się przeraźliwie. 
     - Puść mnie! Tam są ranni! Ja muszę... tato! Puść mnie, słyszysz? 
     - Nie pomożesz im - odpowiedział głuchym głosem kapitan Jaskier - Nie po takim mieczu... Nawet tam nie podchodź. Nie patrz... Błagam cię, Shani, nie patrz. 
     Toublanc poczuł, że ktoś przy nim klęka. Poczuł zapach perfum i mokrych włosów. Usłyszał cichy, łagodny, kojący głos. Z trudnością rozróżniał słowa, przeszkadzał denerwujący krzyk i szloch młodej dziewki. Taublanc jęknął. 
     - ... będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. 
     - Skur... wy... syn... - wystękał. - Rience... Powiedział nam... Zwykły frajer... A to... był świr... Wiedź... min... Ratun... ku... Moje... flaki... 
     - Cicho, cicho, syneczku. Uspokój się. Już dobrze. Już nie boli. Prawda, że już nie boli? Powiedz mi, kto to był? Jak nazywał się ten chłopak, który zamordował tych ludzi? Czego to on się naczytał? Co było jego inspiracją? W końcu należeliście wszyscy do jednego klubu RPG, prawda? Powiedz mi to, proszę, syneczku. A wtedy wszystko będzie dobrze. Ministerstwo się tym zajmie. Gazety będą o tym pisać. Staniesz się sławny. Będziesz miał dużo pieniędzy i wyleczysz się raz dwa. Zobaczysz, że będzie dobrze. Powiedz mi, proszę. 
     Toublanc powiedział. 
     A potem poczuł w ustach krew. Ale nie miał siły jej wypluć. Z policzkiem przyciśniętym do mokrej ziemi otworzył usta, krew wypływała sama. 
     Nie czuł już nic. 


     A gdy Michał Rozakiewicz otworzył oczy, zobaczył nad sobą maskę samochodu zbryzganą krwią, stłuczone szkło leżące wszędzie dookoła, zakrwawiony miecz w foliowej torbie trzymany przez kogoś stojącego nad nim, zwisającą z rozwalonego reflektora brudną białą perukę i flaki... wszędzie pełno flaków. Jego flaków. Nie miał siły podnieść głowy, lecz wiedział, że jego wnętrzności zamieniły się w miazgę. 
     Słońce wstało, rozświetlając brzydką zazwyczaj ulicę Roosevelta, tańcząc złotymi odblaskami w liściach drzew. Michał uśmiechnął się resztkami ust. 
     - Nie bój się - powiedział łagodny głos, a igła strzykawki dotknęła jego ramienia - Nie będzie bolało. 

     Rzeczywiście nie bolało. 


copyright 2003-2019 brylka