Przejdź do treści

Jęk i krew

I
W karczmie było głośno, jak zwykle. Pijani krasnoludowie opowiadali sobie dowcipy klnąc przy tym niemiłosiernie. Karczmarz i jego córki biegali w te i we w te dolewając piwa tym, którzy jeszcze nie zasnęli nad swoim kuflem. Do karczmy wszedł niewysoki mężczyzna ubrany w czarny płaszcz. Zrzucił z głowy kaptur, który rzucając cień ukrywał jego młodą twarz. Na czole, mniej więcej na jego środku, była niewielka, ledwo widoczna, nawet z bliska, blizna. Nieznajomy usiadł przy jedynym wolnym stole, który stał w rogu karczmy. Zamówił piwo i kurczaka. Córka karczmarza szybko udała się do kuchni, po czym wróciła z zamówieniem nieznajomego. Chciwie patrzyła na monety rzucane przez mężczyznę. Ten, jedząc, przyglądał się ludziom i krasnoludom, którzy spijali się do granic możliwości.
Jeden z krasnoludów chwycił kobietę dolewającą mu piwa i przyciągnął do siebie. Najpierw podciągał jej kolorową sukienkę, ale później, widząc że to mu się nie uda, rozerwał i zdarł ją z córki karczmarza. Kobieta próbowała się wyszarpać. Zapiszczała. Z pomocą nadbiegł karczmarz, ale pięść krasnoluda powaliła go na ziemię.
Nieznajomy skończył właśnie jeść kurczaka. Wstał i podszedł do krasnoluda. Uderzył go w twarz. Kobieta wyrwała się z rozluźnionego uścisku i uciekła do kuchni. Krasnolud skoczył ku nieznajomemu, ale kilku ludzi go przytrzymało.

II
Słońce grzało swym żarem roniąc krople potu z czół dwóch jeźdźców, którzy jechali drogą na północ. Do ruin miasta Hrenn.

III

IV

V

VI

VII
Słońce świecąc wysoko na niebie schodzi powoli ze swego najwyższego położenia. Mervol stojąc wśród drzew owocowych najwyraźniej na kogoś czeka. Z głębi sadu wynurzyła się smukła postać o włosach równie jasnych i pięknych jak promienie słoneczne. W ręku trzymała koszyk pełen dużych, czerwonych, soczystych jabłek.