wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Jęk i krew


      W karczmie było głośno, jak zwykle. Pijani krasnoludowie opowiadali sobie dowcipy klnąc przy tym niemiłosiernie. Karczmarz i jego córki biegali w te i we w te dolewając piwa tym, którzy jeszcze nie zasnęli nad swoim kuflem. Do karczmy wszedł niewysoki mężczyzna ubrany w czarny płaszcz. Zrzucił z głowy kaptur, który rzucając cień ukrywał jego młodą twarz. Na czole, mniej więcej na jego środku, była niewielka, ledwo widoczna, nawet z bliska, blizna. Nieznajomy usiadł przy jedynym wolnym stole, który stał w rogu karczmy. Zamówił piwo i kurczaka. Córka karczmarza szybko udała się do kuchni, po czym wróciła z zamówieniem nieznajomego. Chciwie patrzyła na monety rzucane przez mężczyznę. Ten, jedząc, przyglądał się ludziom i krasnoludom, którzy spijali się do granic możliwości. 
      Jeden z krasnoludów chwycił kobietę dolewającą mu piwa i przyciągnął do siebie. Najpierw podciągał jej kolorową sukienkę, ale później, widząc że to mu się nie uda, rozerwał i zdarł ją z córki karczmarza. Kobieta próbowała się wyszarpać. Zapiszczała. Z pomocą nadbiegł karczmarz, ale pięść krasnoluda powaliła go na ziemię. 
      Nieznajomy skończył właśnie jeść kurczaka. Wstał i podszedł do krasnoluda. Uderzył go w twarz. Kobieta wyrwała się z rozluźnionego uścisku i uciekła do kuchni. Krasnolud skoczył ku nieznajomemu, ale kilku ludzi go przytrzymało. 
     - Jak chcecie się bić to wyjdźcie na zewnątrz. Dajcie spokojnie pić tym co tutaj przyszli – powiedział, któryś z trzymających krasnoluda. 
      Krasnolud spojrzał na trzymających go mężczyzn. Ci powoli go puścili. Zacharczał i splunął na podłogę. 
     - Wyjdź synku przed karczmę – zabełkotał – Tam szczeniaku zobaczymy jakiś dobry w bitce. Karczmarz! Dwa kufle piwa! Nie będę walczył o suchym pysku! 
     - Dość – powiedział spokojnie nieznajomy – już wypiłeś wystarczająco dużo. 
     - Milcz szczeniaku! Przed karczmą okaże się jakiś mocny. 
      Nieznajomy wyszedł z karczmy. Zrzucił płaszcz i położył go na starej, lekko porośniętej mchem, ławce. Na plecach nosił miecz tak, że widoczna była tylko rękojeść. Usiadł na ławce, która zatrzeszczała pod jego ciężarem. Z karczmy wytoczył się krasnolud. 
     - Gdzieś polazł gównojadzie – krzyknął – ach, tu jesteś. Gotów do walki smarkaczu? To dobrze. 
      Nieznajomy wstał i wyciągnął miecz. Krasnolud stanął naprzeciw niego. Odbiło mu się piwem. 
     - Tylko jeden z nas może przeżyć szczeniaku. Rozumiesz? To dobrze, bo nie lubię powtarzać. 
      Krasnolud uniósł lekko wyszczerbiony topór i skoczył przed siebie. Machnął bronią. Nieznajomy odskoczył w bok. Topór uderzył w ławkę łamiąc ją na pół. Krasnolud szybko obrócił się, uniósł topór i wystrzeżył żółte zębiska. Wziął zamach i uderzył od boku. Celował w żebra. Nieznajomy skontrował cios, odskoczył w bok i zawirował w miejscu. Klinga zagwizdała w powietrzu. Jęk i krew. Krasnolud zataczając się upadł na ziemię. Krew bryzgająca z jego głowy zmieszała się z błotem tworząc czerwonobrązową kałużę. 
      Nieznajomy wszedł do karczmy. Było cicho, jak nigdy przedtem. Rozejrzał się po sali. Wszyscy unikali jego wzroku. Usiadł przy stole, przy którym siedział przed walką. Zamówił zupę grzybową, ale bez piwa. Samą zupę. Starszy mężczyzna z długą brodą podszedł do niego powolnym, bojaźliwym krokiem. Podciągając swoją purpurową pelerynę usiadł naprzeciw nieznajomego. 
     - Dobrze walczysz młodzieńcze. Tylko pogratulować – powiedział. 
      „Brodaty” zachrząkał i zamówił prosiaka, ale bez piwa. Samego prosiaka. 
     - Jestem Gubeł. Czarodziej Gubeł. A ty? Jak się nazywasz młodzieńcze? 
     - Mervol – odpowiedział nieznajomy. 
     - Szybki jesteś Mervol. Mało kto jest równie szybki, a właściwie nikt nie dorówna ci refleksem – stwierdził czarodziej. 
     - Mów od razu o co chodzi – powiedział zimno. 
     - Ha! Bystry jesteś. Ano mam do ciebie pewną sprawę. Niewielką, ale zarobić możesz sporo. 250 dukatów paluńskich. Tyle właśnie ci proponuję. Co ty na to? 
     - Zapłata wysoka, ale nie będę brał kota w worku. Mów konkretnie o co chodzi. 
     - To tylko taka mała sprawa. Dla ciebie drobnostka. Przez najbliższy tydzień będziesz pod moją komendą. Pojedziesz ze mną na północ, do miasta Hrenn, a właściwie do jego ruin. Przez ten czas będziesz mnie bronił przed ewentualnymi zbójami. 
     - A cóż taki czarodziej jak ty może szukać w ruinach. 
     - Dużo więcej niż taki ktoś jak ty – powiedział zimno, z lekkim zdenerwowaniem, ale zaraz kontynuował spokojniej – Ale skoro chcesz wiedzieć to ci powiem. Szukam skrzyneczki, którą kiedyś tam zgubiłem. 
     - Dajesz 250 dukatów, aby dotrzeć do jakieś marnej skrzyneczki – zdziwił się Mervol. 
     - Oho. To nie jest wcale taka marna skrzyneczka – oburzył się czarodziej – Ważne czarodziejskie przepisy w niej trzymałem. Jest mi bardzo potrzebna. 
     - A więc 250 dukatów to może być za mało. 
     - Nie przesadzaj, Mervol. Tylko tam ze mną pojedziesz i kasa będzie twoja. Jak ktoś nas napadnie i go zabijesz, to być może dam ci jakąś nagrodę. No powiedzmy, że 10 dukatów za głowę zbója. Dobra? 
     - Długo będziesz szukał tej skrzynki? 
     - Nie. Przecież wiem gdzie ona jest. Tylko wchodzimy do ruin, ja biorę skrzyneczkę i zmykamy stamtąd. To jak? 250 dukatów plus 10 za głowę każdego zbója. Zgadzasz się? 
     - Niech będzie. Kiedy ruszamy? 
     - Jutro z samego rana – uśmiechnął się czarodziej – Wypocznij więc. 
     - A pieniądze? 
     - Pieniądze? A, tak. Dostaniesz je tam. Po wykonanej robocie. Nie chciałbym, abyś wziął i dukaty i nogi za pas. No. Do jutra. 
     
II 
      Słońce grzało swym żarem roniąc krople potu z czół dwóch jeźdźców, którzy jechali drogą na północ. Do ruin miasta Hrenn. 
     - Widziałem jak załatwiłeś tego krasnoluda. Wprawdzie był pijany, ale nie wątpię, że zabiłbyś go nawet jakby był trzeźwy. Ruszasz się jak błyskawica. Rzadko widuje się takich ludzi, a właściwie to pierwszy raz takiego widzę. A może nie jesteś zwykłym człowiekiem, tylko bestią w ciele ludzkim? Hę? 
     - Nie. Nie jestem bestią w ciele ludzkim. Jestem Trykończykiem. 
     - Trykończykiem? Wojownikiem pochodzącym z Ośmiu Wzgórz? Człowiekiem, który od dzieciństwa uczy się walki? 
     - Tak. 
     - Ach, że też się na początku nie domyśliłem. Wiele słyszałem o was. - Pewnie większość to plotki, czyli bujdy wymyślone przez naszych wrogów. 
     - Wrogów? Myślałem, że wy nie macie wrogów. 
     - Nie rozśmieszaj mnie czarodzieju. Czy widziałeś kiedyś wojownika, który nie ma wrogów i miłuje się w pokoju? My jesteśmy stworzeni do walki. Żeby walczyć trzeba mieć wrogów, to jest oczywiste. 
     - No więc kto jest waszym wrogiem. Kogo tak nienawidzicie. Powiedz mi bom ciekaw. 
     - Naszym wrogiem jest każdy kto wystąpi przeciwko nam. Każdy. Nie ma wyjątków dla nikogo. 
     - A jeśli któryś z was wystąpi przeciwko Trykończykom? 
     - To jest oczywiste. Staje się naszym wrogiem. Wrogiem numer jeden, gdyż tacy są niebezpieczni i nimi zajmujemy się w pierwszej kolejności. Coś jeszcze chciałbyś wiedzieć czarodzieju? – spytał dość pogardliwie, ale Gubeł najwyraźniej się tym nie zraził i kontynuował rozmowę. 
     - Hmmm. Dużo słyszałem o waszej broni. Cudowna broń ze stali zesłanej przez bogów. Nie do zniszczenia. 
     - Przesada. Stal wytwarzają nasi ludzie z domieszek różnych metali nieszlachetnych i szlachetny, szczególnie srebra. Stal ta jest do złamania, choć trzeba przyznać, że jest to bardzo trudne. Były wypadki, że nasi wojownicy wracali do Ośmiu Wzgórz, aby wymienić broń na nową. 
     - Zbroję też robicie z tej stali? 
     - Czyżbyś nie zauważył, że nie noszę zbroi? – zdziwił się Mervol. 
     - Nie używacie zbroi nawet podczas bitew? Przecież dzięki tej stali bylibyście niepokonani. Zawładnęlibyście Kontynentem. 
     - Mało wiesz. Posługiwania się bronią uczymy się od ósmego roku życia, aż do osiemnastego. Wtedy stajemy się prawdziwymi Trykończykami. Przez te dziesięć lat, jesteśmy na tyle wyćwiczeni, że zbroja krępowałaby nasze ruchy i spowalniałaby nas. A poza tym naszym celem nie jest rządzenie Kontynentem. 
     - To właściwie jaki jest sens waszego istnienia. 
     - Bardzo prosty, Uczymy się walczyć, aby w potrzebie obronić siebie i swoich bliskich. 
     - Bliskich? Słyszałem, że nie macie rodzin, że żyjecie i umieracie w samotności. 
     - Mówiłem, że to co o nas wiesz to kłamstwa. Nie zapominaj, że jesteśmy zwykłymi ludźmi. Nasza wysoka umiejętność walki nie zmienia tego faktu. 
     
III 
     - Ale smród. Co tutaj się stało – Mervol chwycił się za nos lekko zatykając go. 
     - Nie wiesz? Nie słyszałeś nigdy o tym mieście? – zdziwił się Gubeł. 
     - Nie. 
     - To dość długa historia, ale jak chcesz to mogę ci opowiedzieć. 
     - Mów. 
     - Kiedyś, jak ludzie budowali tutaj pierwsze domy to było spokojnie. Czasami tylko jakiś dziki zwierz się przypałętał i kogoś pogryzł, ale to były rzadkie przypadki. Później sielanka się skończyła. Ni stąd ni zowąd na pobliskich bagnach pojawiły się różne stwory. Głównie wyverny. Dość często atakowały miasto, ale ludzie zawsze zdołali się obronić. Wreszcie pomyśleli, że nie będą się przez wieki męczyć i załatwią potwory raz na zawsze. Zebrali pieniądze i wynajęli pięciu rycerzy. Ci poszli na bagna, zabili kilka potworów, wzięli kasę i wyjechali. Przez miesiąc cieszono się spokojem. Później na miasto znowu napadły bestie. Ludzie jak zwykle wygrali, ale następnego dnia spadła na nich zaraza dziesiątkując mieszkańców. Ówczesny król Leonid III Bladolicy przybył do miasta. Zastał ludzkie jęki i krew wypluwaną przez chorych. Przestraszył się, że zaraza rozprzestrzeni się po całym królestwie. Kazał spalić miasto wraz z mieszkańcami, a sam powrócił do zamku, gdyż nie chciał patrzeć na ten okrutny widok. Rycerze, którzy zabijali ludzi i podpalali domy zostali zamknięci w mieście i również zginęli. Swoją broń zniszczyli, nie wiadomo, czy ze wściekłości, czy z zarazy, która mogła już ich dosięgnąć. Kilka dni później Bladolicy i jego rodzina pomarli. Wszyscy mówią, że to klątwa rzucona przez pewnego nekromantę mieszkającego w Hrenn. Wprawdzie nie praktykował swojej profesji, ale ludzie go nienawidzili i trochę się go bali. Nekromanta chciał ożenić się z córką wójta, ale on odmówił bojąc się reakcji mieszkańców. Wtedy podobno nekromanta rozzłościł się i rzucił klątwę na miasto. 
     - A co później stało się z nekromantą? 
     - Jak na miasto spadła zaraza to tylko on nie chorował. Ludzie domyślili się, że to jego sprawka. Zabili go, a ciało utopili w bagnach. 
     - Skąd tak dobrze znasz tę całą historię? 
     - Kiedyś tu mieszkałem, ale w czasie, gdy ludzie chorowali mnie tutaj nie było, więc nie mogłem im pomóc. 
     - A nie boisz się, że klątwa dosięgnie cię w jakiś sposób? 
     - Nie. Szczerze mówiąc nie wierzę w tę klątwę. Wyverny mogły być na bagnach już dużo wcześniej. Im bardziej ludzie się rozbudowywali, tym bardziej wkraczali na ich terytorium. Wtedy wyverny zaatakowały. A zaraza mogła się wziąć, od którejś z bestii. Przecież ktoś mógł się zarazić jakimś cholernym ustrojstwem od potworów. 
      Mervol udał się wzdłuż drogi dzielącej ruiny miasta na dwie części. Prawdopodobnie była to kiedyś główna droga w Hrenn. Napotykane kości, resztki spalonych ścian i desek zdawały się potwierdzać opowiadanie Gubła. Kiedyś musiała się tutaj zdarzyć tragedia, pomyślał, ci ludzie okropnie cierpieli. Dotarł do schodów, które prowadziły do jakiegoś wielkiego budynku, a raczej do jego resztek. Choć zrujnowane ściany sięgały najwyżej do pasa, to obszar zajmowany przez ruinę był ogromny. Najwidoczniej stał tutaj kiedyś jakiś ważny budynek. Może świątynia, sąd albo bank. Przeszedł się po ruinie oglądając resztki tego co tu kiedyś było. Dotarł do wielkiego, ociosanego bloku skalnego, który służył zapewne jako ołtarz ofiarny. A więc kiedyś to była świątynia, pomyślał. Wyszedł z ruin i wrócił do czarodzieja grzebiącego wśród desek leżących w zgliszczach jakiegoś domu. 
     - Mówiłeś, że wiesz gdzie to jest, a szukasz tego już pół godziny – powiedział Mervol. 
     - Spokojnie. Dawno tu nie byłem i trochę się tu zmieniło. 
     - Co w tych ruinach mogło się zmienić? 
     - Kurzu więcej. Pajęczyn więcej. Opadłych liści więcej. Całego syfu więcej i przeszkadza to w szukaniu. 
     - To użyj czarów. Pomogą ci zlokalizować skrzynkę. 
     - To by było na nic. Skrzynka jest chroniona aurą antymagiczną. Żadne czary tu nie pomogą. 
      Mervol odgarnął z ziemi kilka desek. Pod nimi leżało coś co przypominało szafkę. Mervol złapał za drzwiczki. Rozleciały się zanim zdążył je otworzyć. We wnętrzu leżała metalowa skrzyneczka. Była w kształcie ludzkiej czaszki. 
     - Gubeł. Chyba coś mam. 
     - Co? Pokaż to. 
      Mervol wyciągnął skrzyneczkę. Była nadzwyczajnie lekka. Tak jakby w ogóle nie ważyła. 
     - To jest to – Gubeł wziął skrzyneczkę – tego właśnie szukałem. 
      Czarodziej przetarł skrzyneczkę zrzucając z niej grubą warstwę kurzu i pajęczyn. Pocałował ją w czoło. Spojrzał na Mervola i zaczął coś mówić, cicho i niezrozumiale. 
     - Mówisz coś do mnie? – spytał Mervol. 
      Gubeł zdawał się nie zwracać uwagi na pytanie Mervola. Nadal mówił coś, co było ciężkie do zrozumienia. 
     - Hej! Mów głośniej do jasnej cholery. 
      Wybuch pod nogami Mervola odrzucił go z wielką siłą. Zatrzymał się na resztce ściany, o którą uderzył. Gubeł zaśmiał się głośno. 
     - Żegnaj Mervol. 
      Gubeł uniósł prawą rękę nad głowę i wypowiedział jakieś słowa. Dłoń zaczęła mu płonąć. Po chwili zgasła. Rzucił spojrzenie w kierunku Mervola i pobiegł w kierunku bramy miasta. Z ziemi podniosło się kilka trupów. Każdy z nich dzierżył w kostnej dłoni jakąś broń lub chociaż jej część. Wyszczerbione miecze, topory z połową ostrza czy też kawałki morgensternu. Ruszyły w kierunku Mervola. Ten dobył miecza w szybkim tempie, wyskoczył wysoko w górę i ciął pierwszego z ożywieńców pozbawiając go głowy. Zawirował i zrobił krok naprzód. Klinga zapiszczała w powietrzu i grzmotnęła o drugiego kościotrupa łamiąc mu kości. Schylił się nisko, unikając kawałka topora, którym wymachiwał kolejny ożywieniec. Rzucił się przed siebie i skoczył na trupa. Upadli na ziemię. Łamane kości truposza zazgrzytały. Przeturlał się, złapał leżący na ziemi kawałek klingi i cisnął go w stronę ożywieńca. Ostrze dziabnęło kościotrupa w czaszkę, łamiąc ją na pół. Wstał, zawirował w lekkim pochyleniu i ciął na ślepo. Ręka kolejnego nieboszczyka upadła na ziemię wydając głuchy dźwięk. Rozejrzał się i skoczył w kierunku bramy miasta. Tam czekały już na niego dwa truposze. Mervol stawiając krok naprzód machnął mieczem. Klinga zagwizdała w powietrzu. Nie poczuł żadnego oporu. Nie trafił. Deska wymachiwana przez trupa trafiła go w twarz. Upadł na ziemię. Drugi ożywieniec wziął zamach i cisnął w niego kawałkiem klingi. Mervol wykręcił się w bok, ale nie zdążył. Jęk i krew. Poczuł ciepłą ciecz wypływającą z jego brzucha. Zerwał się na równe nogi. Wystrzelił jak z procy i skoczył w kierunku truposzy. Jednego ciął łamiąc mu klatkę piersiową. Drugiego pogruchotał upadając na niego swym ciałem. Nie podnosząc się z ziemi spojrzał za siebie, w kierunku miasta. Nie było więcej ożywieńców. Schował miecz do pochwy i wypełzał na drogę. Jego konia już tam nie było. Gubeł najwidoczniej zajął się nim. 
     
IV 
     - Ach... gdzie... och... gdzie ja jestem? – z trudem wyjęczał Mervol 
     - Na szczęście się pan przebudził – powiedział łysy mężczyzna, o twarzy pomarszczonej jak morze podczas sztormu – już myślałem, że pan zemrze. Tyle krwi z pana ubyło, że ho ho. Rzadko się widzi takie rany. Musiało boleć. 
     - Ach... jak się... ach 
     - Niech pan nic nie mówi. To tylko zbędna męka, a pan musi wypoczywać. Chce pan wiedzieć, jak się pan tu znalazł? To już mówię. 
      Mężczyzna podrapał się po swej łysinie. 
     - No więc tak. Może najpierw powiem kim jestem. Nazywam się Borikov. Jestem marynarzem tutaj w mieście Bont. To znaczy nie marynarzem, ale rybakiem. Marynarzem byłem kiedyś. Mój przyjaciel o imieniu Sator jest kupcem. Wracał z dalekiej północy, ze Smoczej Bramy. Przejeżdżał w pobliżu ruin miasta Hrenn i usłyszał straszelne wycie. Na początku się przestraszył, bo myślał, że to jakieś stwory w zgliszczach miasta się zalęgły. Ale na drodze spostrzegł pana. Mówił, że z pana się tylko jęk i krew dobywały. Zabrał pana na wóz i opatrzył. Przyjechał do tego miasta i zaszedł do mnie, bo wiedział, że ja pomocy nie odmówię. Dał mi pana i opowiedział wszystko. I tak już cztery dni u mnie pan leży. Miałem iść do jakiegoś medyka, ale oni pieniądze biorą, a mnie na to nie stać. Więc pana na swoje stare marynarskie sposoby opatrywałem. Teraz musi pan leżeć. Długo leżeć. Przy tak dużej utracie krwi to cud, że w ogóle pan żyje. Przetrzymam pana póki mogę. Przepraszam też, że będzie pan często sam, ale muszę w morze wypływać na połów. Z czegoś człowiek żyć musi, a w dodatku mam jeszcze pana. 
     - Ale... ach 
     - Niech pan nic nie mówi, dopóki pan nie wyzdrowieje. 
      Łysy marynarz, a właściwie rybak, przyłożył Mervolowi do ust miskę z jakimś zielonkawym płynem. 
     - No, niech pan to wypije. To dobrze panu zrobi. 
      Mervol starał się zapomnieć o bólu, który dobywał się z jego brzucha. Przymknął oczy i próbował zasnąć. Powoli zanurzył się w śnie. Coraz głębiej i głębiej... 
      Ciemny obłok zasłaniający widok rozpłynął się. Pojawiły się bezkształtne kolorowe plamy, które zaczęły przybierać różne formy. Głównie zielonych drzew, krzewów i traw. W niewielkiej wiosce, wśród leśnych zarośli, panowała cisza. Wydawało się, że nikt w niej nie mieszka. Tylko w jednym domu, zapanował krzyk, a raczej płacz małego dziecka. Elfka, która stała się właśnie matką ujrzała swe dziecko. W jej oczach, które dotychczas były uśmiechnięte, pojawiło się przerażenie zmieszane ze strachem. 
     - Silvarella – zdziwiła się druga elfka, odbierająca poród – co się stało? Coś jest nie tak? 
      Silvarella przełknęła ślinę. Wyciągnęła dziecko do przodu pokazując je tej drugiej. 
     - Czy ty tego nie zauważyłaś Malwia – spytała – to dziecko wygląda strasznie. Wygląda jak... człowiek. 
      W oczach Malwi pojawiło się przerażenie nie mniejsze niż u Silvarelli. 
     - Czy ty... – głos się jej urwał. 
     - Nie. Nigdy nie miałam kontaktu z samcem ludzi. 
     - Musimy się go pozbyć – stwierdziła po dłuższym namyśle Malwia – nikt nie może go zobaczyć. 
     - Pozbyć? Ale jak? Co powiemy innym elfom – zadała szereg pytań Silvarella. 
     - Powiemy, że wyszliśmy do elfek zbierających owoce i wtedy napadli nas ludzi. Zabrali nam dziecko. 
     - A co z nim naprawdę zrobimy? 
     - Utopimy go. 
     - Nie mogę tego zrobić. To przecież... moje dziecko – powiedziała z wielkim trudem.
      Po policzkach spłynęły jej kryształy. Łzy. 
     - Podrzucimy je na drogę. Ktoś je zabierze – stwierdziła wreszcie czując wielki ból w piersi. 
      Elfki uczynił tak, jak postanowiły. Udały się na drogę, która często była uczęszczana przez różnych podróżnych. Głównie ludzi. I rzeczywiście. Ktoś je zabrał. Wziął ze sobą i pojechał ku słońcu... na południe. 
      Mervol ocknął się ze snu. Przetarł oczy i nie zobaczył już ludzi odjeżdżających z małym dzieckiem. Ujrzał stary zniszczony sufit, pełen różnorakich plam. Cóż za dziwny sen, pomyślał. Bardzo dziwny. 
     

     - Dziękuję ci Borikov. Nie wiem, jak ci się odwdzięczę za to co dla mnie zrobiłeś. Będę twoim dłużnikiem do końca życia. 
     - Nie ma sprawy, Mervol. Najważniejsze, żebyś powrócił do zdrowia. 
      Łysy marynarz, a raczej rybak, wyciągnął dłoń do przodu. Trzymał w niej mały słoiczek z białą mazią w środku. 
     - Weź to i wcieraj tę maść codziennie w ranę. Nie będzie cię tak bolała, a i szybciej się zagoi. 
     - Co to jest? – Mervol wziął słoiczek do ręki. 
     - To nasz stary marynarski specjał. Robimy to z różnych morskich gadzin. 
     - Jeszcze raz ci dziękuję. Mam nadzieję, że się kiedyś spotkamy – schował słoiczek do starej obdartej sakwy, którą wcześniej otrzymał od Borikova. 
     - Ja również mam taką nadzieję – uśmiechnął się stary rybak, będący kiedyś marynarzem. 
      Mervol przerzucił przez ramię sakwę. Ruszył w kierunku portu. Przeszedł wzdłuż wybrzeża i krótkim spojrzeniem na falującą wodę pożegnał się z morzem, w którym i tak nie miał okazji popływać. Przeszedł obok okrętu, na który właśnie ładowano towar. Skręcił w kierunku bramy miasta. Opuścił Bont i skierował się na wschód. 
      Musiał iść pieszo. Za pieniądze, które posiadał nie mógł kupić sobie konia, muła, czy też osła. W Bont nie mógł liczyć na zarobek, gdyż miasto to żyje głównie z rybołówstwa. Sztuka morska nie była znana Mervolowi. Uczono go tylko walki za pomocą miecza. Postanowił więc wyruszyć do najbliższego miasta, w którym często zatrudniał się do różnych robót. Wiedział, że w Aek Nor może liczyć na spory zarobek. Kiedyś, gdy był ranny w nogę, pracował u kowala. Wysiłek był ogromny, ale głównie dla rąk. Rana na nodze goiła się na szczęście szybko, dzięki czemu nie pracował zbyt długo. Pieniędzy dostał sporo, a i to czego się tam nauczył było cenne. Potrafił już naprawić niektóre typy broni, choć wydawałoby się, że nie jest mu to potrzebne, gdyż jak wiadomo broń Trykońska jest niemalże niezniszczalna. Ale całe to doświadczenie przydało się nie raz. Szczególnie kiedyś podczas jednej z wielu wojen, gdy wojsko Kerbungów wkroczyła na teren Królestwa Paluńskiego. Żołnierze mordowali wszystkich ludzi oprócz tych, którzy mogli im się przydać. Mervol udając kowala uniknął śmierci. Kerbungowie mieli spore potrzeby jeśli chodzi o broń, czy też o zbroje, więc rzemieślników pozostawiali przy życiu. 
      Zrobiło się już ciemno. Na niebie pojawił się księżyc. Mervol zatrzymał się i zrzucił sakwę z ramienia. Podszedł do pobliskich drzew i zaczął zbierać połamane gałęzie. Trzask łamanych gałęzi dobiegający z pobliskich krzaków zaniepokoił go. Pięknie, pomyślał, to pewnie driady. Rozejrzał się. Spostrzegł smukłą sylwetkę tuż za krzakiem jakiejś rośliny. Przypatrzył się uważniej. Mimo ciemności, jaka od dłuższego czasu zaczęła go otaczać spostrzegł, że postać ta ma na sobie fioletowy płaszcz. To nie była driada. Driady tak się nie ubierały. Powoli postawił krok naprzód. Za chwilę drugi, trzeci i czwarty... nieznajomy wyprostował się, spojrzał na Mervola i zaczął uciekać. Mervol rzucił się w pogoń za nim. Był szybszy. Dogonił nieznajomego i skoczył na niego jak wilk rzucający się na swoją ofiarę. Oboje upadli na ziemię. Leżeli twarzą w twarz. To była kobieta. Spod kaptura wypełzły niczym żmije jasne kosmyki włosów. Wydawały się być złote. Patrzył na nią chwilę, nie zdradzając swego zachwytu w jaki wprawiła go uroda dziewczyny. Wstał i wytrzepał ubranie z liści, które się do niego przyczepiły. Nieznajoma również wstała. Powoli i bojaźliwie. Odskoczyła, ale nie mogła już uciec. Mervol chwycił ją za rękę i przytrzymał. 
     - Nie bój się. Nic ci nie zrobię – powiedział. 
      Mervol nadal trzymając ją za rękę ruszył w kierunku drzew. Ona za nim. Wziął połamane gałęzie i rozpalił ognisko. Usiadł na ziemi. Ciągnąc delikatnie za rękaw fioletowego płaszcza zmusił dziewczynę, aby również i ona usiadła. 
     - Powiedz jak się nazywasz? – spytał Mervol 
     - A... Agmadia – wyjąkała złotowłosa dziewczyna. 
     - Nie bój się Agmadia. Nic ci nie zrobię – zapewnił Trykończyk – ja nazywam się Mervol. 
      Mervol wyciągnął z sakwy kilka ryb, które otrzymał od Borikova. Nabił je na kijek i zaczął piec nad ogniem. 
     - Mieszkasz gdzieś tu w pobliżu? Masz dom w tych okolicach? – spytał. 
     - Nie – odpowiedziała Agmadia. 
     - A gdzie mieszkasz? 
     - W Aek Nor. 
     - W Aek Nor? A co tutaj robisz? 
     - Ja... uciekam – wyjąkała. 
     - Uciekasz – zaśmiał się Mervol, ale zaraz przestał, gdyż rana brzucha dała o sobie znać – a przed kim to uciekasz? Chyba nie przede mną? 
     - Przed okrutnym czarodziejem. 
     - A cóż ci mógł uczynić czarodziej, że tak przed nim uciekasz? 
     - Okrutnik porwał mnie i zagroził, że zabije. Uciekłam mu gdy zasnął. 
     - Czarodziej cię porwał? A wiesz jak miał na imię? 
     - Nie. 
     - A jak wyglądał? 
     - Twarz trudno opisać – wykrzywiła lekko usta – miał długą brodę. Ubrany był w purpurową szatę. 
     - W purpurową... a to sukinsyn! 
     - Znasz go? – zdziwiła się Agmadia. 
     - Miałem okazję spotkać się z nim – Mervol odchylił kawałek ubrania odsłaniając ranę brzucha – to jego sprawka. On mnie tak urządził. 
     - Okrutnik jeden. 
     - A wiesz dlaczego cię porwał? Żądał okupu? 
     - Tak. 
     - Suczy syn. Pazerny na pieniądze. 
     - Nie. Pieniędzy nie chciał. Mój ojciec jest grabarzem. Niedawno odkopał jakiś dziwny wisior z pięknym kryształem. Dowiedział się o tym ten okrutny czarodziej. Zażądał od ojca wisiora twierdząc, że to rzecz święta i należy ją oddać takim ludziom jak on. Mój ojciec uparł się, że rzeczy świętych nie zakopuje się w ziemi, więc wisior ten jest zwykłym klejnotem. Wtedy ten okrutny czarodziej porwał mnie i powiedział, że zabije mnie jeśli ojciec nie da mu wisiora. Mervol zdjął rybę znad ognia i przyjrzał się jej. Była już upieczona. 
     - Trzymaj – Mervol dał rybę Agmadii – tylko tym mogę cię poczęstować. Nic innego nie mam. 
     - To i tak lepsze od tego co jadłam przez ten czas. 
     - Długo już przed nim uciekasz? 
     - Już drugi dzień. 
     - Czym żywiłaś się przez ten czas? 
     - Roślinami i owocami. Moja matka ma sad z różnymi drzewami i krzewami. Wiem, które są jadalne. 
     - A dzikie zwierzęta, elfy, driady, leszy. Nikt, ani nic cię nie zaatakowało? 
     - Nie. W nocy się tylko straszelnie bałam. Wilki okropnie wyły i ze strachu wskoczyłam na drzewo. 
     - Całą noc siedziałaś na drzewie? – zdziwił się Mervol. 
     - Miałam inny wybór? Na dole wilki mogły mnie pożreć. 
     - Ze mną nie pożre cię żaden wilk. Możesz spać spokojnie – uśmiechnął się Trykończyk. 
      Mervol położył się na ziemi, w pobliżu ogniska. Agmadia położyła się obok niego. Lekki wiaterek ocierający się o jej ciało wywołał u niej gęsią skórkę. Przysunęła się do niego i przytuliła. 
     - Dobranoc, Mervol. 
     - Dobranoc. 
     
VI 
     - Tutaj mieszkam. To dom moich rodziców – rzekła złotowłosa. 
     - Tutaj się pożegnamy – powiedział Mervol. 
     - Nie wejdziesz do środka? 
     - Nie. Mam w mieście sprawy do załatwienia – skłamał. 
     - Szkoda. Ale jakbyś potrzebował noclegu, jedzenia czy jakiejkolwiek pomocy to przyjdź tu. Z chęcią cię przyjmę. 
     - Dziękuję ci Agmadia. Do zobaczenia. 
     - To ja tobie dziękuję. 
      Złotowłosa podeszła do Mervola. Powoli zbliżyła swoją twarz do jego twarzy. Pocałowała go krótko, ale miło. Powoli odsunęła się od niego. 
     - Żegnaj. 
      Podeszła do domu. Stanęła i obróciła się w kierunku Mervola. Uśmiechnęła się. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Mervol nie odszedł. Stał jeszcze chwilę i słuchał. W domu Agmadii zapanowała głośna radość. Nie było końca okrzykom, śmiechom, płaczom i wielu innym objawom uciechy z powodu powrotu złotowłosej. Trykończyk odszedł. Skierował się w kierunku karczmy, w której często bywał. Karczma „Pod dębem” była miłym i zazwyczaj spokojnym miejscem. Za każdym razem, gdy Mervol przyjeżdża do Aek Nor, odwiedza tę karczmę. Lubił ją. Wszedł do środka. Wszystkie stoły były zajęte. Usiadł obok pijanego mężczyzny, który spał trzymając głowę na stole. Zamówił zupę wielowarzywną, która jak wiedział, była specjalnością w tym mieście. Karczmarz szybko przybiegł z talerzem i wycierając ręce o ubranie czekał na zapłatę. Mervol rzucił monetę na stół. Ta brzęcząc obudziła śpiącego pijaka. Mężczyzna podniósł głowę i podpitymi oczyma popatrzył na siedzącego przy nim Trykończyka. Zabełkotał pod nosem coś zupełnie niezrozumiałego i zasnął uderzając głową o stół. 
      Mervol, gdy zjadł, podszedł do karczmarza obsługującego kolejnych klientów. 
     - Macie tu jakąś robotę u siebie w karczmie? – spytał. 
     - Po twoim mieczyku domyślam się, żeś Trykończyk – powiedział karczmarz. 
     - Tak. A czy robi ci to jakąś różnicę? 
     - Nie. U mnie pracy i tak nikt nie znajdzie, ale u bankiera Filendreel`a możesz nieźle zarobić. Potrzebuje kogoś do nocnego stróżowania w banku. 
     - Gdzie mogę go znaleźć? 
     - A tutaj – zaśmiał się karczmarz – to ten siedzący tam. Widzisz? O, teraz pije właśnie piwo. 
      Mervol podszedł do niewysokiego, jak mu się wydawało, mężczyzny, o kasztanowych włosach. Spojrzał na niego. Nie był pijany. 
     - Słyszałem, że potrzebujecie kogoś do pracy – powiedział Mervol. 
     - Szukam. A co? Chcesz się zatrudnić? 
     - A ile płacisz? 
     - Wystarczająco dużo. Nie będziesz narzekał. 
     
VII 
      Słońce świecąc wysoko na niebie schodzi powoli ze swego najwyższego położenia. Mervol stojąc wśród drzew owocowych najwyraźniej na kogoś czeka. Z głębi sadu wynurzyła się smukła postać o włosach równie jasnych i pięknych jak promienie słoneczne. W ręku trzymała koszyk pełen dużych, czerwonych, soczystych jabłek. 
     - Co tutaj robisz? – zdziwiła się złotowłosa. 
     - Czy źle, że przyszedłem? – odpowiedział pytaniem Mervol. 
     - Nie. 
     - Chciałem się z tobą pożegnać. 
     - Wyjeżdżasz? 
     - Tak. 
     - Wracasz do Ośmiu Wzgórz? 
     - Nie wiem jeszcze. Na razie opuszczam Aek Nor, a później zobaczę, gdzie nogi mnie poniosą. - Wrócisz tu jeszcze? 
     - Kiedyś na pewno. Chyba, że wcześniej zginę. 
     - Nawet tak nie myśl. Nie chciałabym, aby to było nasze ostatnie spotkanie. Chcę cię jeszcze zobaczyć. Żywego. 
      Zbliżyła się do niego. Była tak blisko, że czuł ciepło od niej emanujące. Czuł nawet bicie jej serca. Szybki, silny i niespokojny tętent serca odczuwał swym całym ciałem. Jego serce upodobniło się do jej serca. Zaczęło bić równie szybko, mocno i niespokojnie. Zdawało mu się nawet, że słyszy jej myśli. Uważał, że wie o czym marzy, co czuje i co chce zrobić złotowłosa. Tak mu się tylko wydawało, gdyż to były jego myśli, uczucia i marzenia. 
     - Tak ci na mnie zależy? – spytał. 
     - Ja cię... lubię. Naprawdę cię lubię. 
     - Ja ciebie też... lubię. 
      Dotknął dłonią jej rozżarzonych policzków, które wydawały się płonąć. Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Ich usta powoli zetknęły się. Jej usta miały smak jabłek. Były słodkie. Powoli odsunęła się od niego patrząc mu głęboko w oczy. 
     - Żegnaj...


copyright 2003-2019 brylka