Przejdź do treści

Geralt Wędrowniczek

Wojsławice

Prrrh!… Nazwa dobra jak każda inna, tyle że kompletnie nic mu nie mówiła. Postanowił iść dalej. Nie uszedł nawet trzech kroków od znaku, gdy poczuł że wdepnął w coś niemile śliskiego. Schylił się i z niejaką ulgą stwierdził, że nie było to nic, co można by było zakwalifikować jako nawóz.
To było coś o wiele bardziej intrygującego.
Geralt nie miał pojęcia co to, ale wyglądało jak zwierzęce wnętrzności owinięte w kawałki psiej skóry. Pakunek dodatkowo wzmocniono szpagatem. Gdy rozchylił trochę zawój, dojrzał w środku głowę kundla szczerzącą zęby i patrzącą na niego smutnym, mętnym wzrokiem. Nie miał bladego pojęcia co to mogło być. Może jakaś forma składania ofiary tutejszym bożkom przez tubylców? Nieważne. Rzucił cuchnące szczątki pod nogi i wyprostował się mając zamiar ruszyć dalej.
Nagle, nie wiadomo skąd, świsnęła w powietrzu pętla ze stalowej linki i zacisnęła się na szyi Geralta. Ten naprężył się, ale zaraz silne szarpnięcie zwaliło go z nóg i runął na drogę. Nie było szansy na jakąkolwiek formę obrony. Geralt mógł tylko bezskutecznie próbować wcisnąć palce pod wrzynającą się w szyję pętlę, gdy linka wlokła go w stronę przydrożnego rowu, a potem dalej, w kierunku rosnących po drugiej stronie rowu gęstych krzaków mirabelki.
Kiedy już był pewien, że za chwile się udusi, linka przestała ciągnąć i jej zachłanny ucisk jakby zelżał. Zza krzaków z gracją wyskoczył zataczając się trochę dziwny staruszek w ogromnych buciorach, z pikowaną kurtą na grzbiecie i w czapie z uszami fantazyjnie fajtającymi przy każdym jego kroku. Staruszek zmrużywszy oczy przyjrzał się Geraltowi, chrząknął i zamrugał jakby mu się podwinęła rzęsa. Zsunął czapę do tyłu, podrapał się w głowę i nie kryjąc rozczarowania mruknął w stronę krzaków.

***