wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Geralt Wędrowniczek

      - Yyyyych!!! - Geralt ocknął się i ze zdziwieniem skonstatował, że leży właśnie na jakiejś drodze. Tylko co on tutaj robi? hmm... 
      Sprawdził czy nie jest ranny. Nie był. Właściwie to czuł się rewelacyjnie, pomijając małą zgagę i niesmak w ustach. Martwiło go tylko, że nie pamiętał jak się tu znalazł. Może pomylił słoiczki ze swojego wiedźmińskiego kuferka i zażył coś mocniejszego niż czarną mewę? Możliwe... Choć zdarzyłoby mu się to po raz pierwszy w życiu. 
      No ale nic... Trzeba się rozejrzeć w sytuacji. Noc nie była zbyt ciemna, a gdy rozszerzył maksymalnie źrenice przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie. Stał pośrodku polnej drogi o nawierzchni wzmocnionej jakąś smołowatą substancją. Takiej drogi jeszcze nigdy nie widział. To musiał być Kovir. Tylko to królestwo miało na tyle zasobny skarbiec, aby stać je było na takie fanaberie, jak utwardzanie wiejskich dróg. 
      Zaczął iść przed siebie. Nie wiedział dokąd dojdzie, ale uznał że lepiej iść niż stać w miejscu bezczynnie. Zastanawiać się mógł przecież po drodze. Po jakimś czasie doszedł do metalowego znaku przydrożnego. Już samo to, że znak był metalowy a nie drewniany było dziwne. Do tej pory widywał tylko drewniane. Postanowił, że nie będzie się niczemu dziwił, aby się nie rozpraszać. W gruncie rzeczy znaki są przecież po to, by informować podróżnych, gdzie się znajdują. W tym wypadku było pewnie tak samo. 
      Runy wydawały się być trochę podobne do tych używanych na Wyspach. Geralt przyjrzał się znakom wymalowanym czarną farbą na białym tle. Skupił się, aby przypomnieć sobie to, co mu Nenneke wbijała do głowy w dzieciństwie i po chwili mógł z dumą i zadowoleniem wysylabizować odczytany z mozołem napis: 
      

Wojsławice 


      Prrrh!... Nazwa dobra jak każda inna, tyle że kompletnie nic mu nie mówiła. Postanowił iść dalej. Nie uszedł nawet trzech kroków od znaku, gdy poczuł że wdepnął w coś niemile śliskiego. Schylił się i z niejaką ulgą stwierdził, że nie było to nic, co można by było zakwalifikować jako nawóz. 
      To było coś o wiele bardziej intrygującego. 
      Geralt nie miał pojęcia co to, ale wyglądało jak zwierzęce wnętrzności owinięte w kawałki psiej skóry. Pakunek dodatkowo wzmocniono szpagatem. Gdy rozchylił trochę zawój, dojrzał w środku głowę kundla szczerzącą zęby i patrzącą na niego smutnym, mętnym wzrokiem. Nie miał bladego pojęcia co to mogło być. Może jakaś forma składania ofiary tutejszym bożkom przez tubylców? Nieważne. Rzucił cuchnące szczątki pod nogi i wyprostował się mając zamiar ruszyć dalej. 
      Nagle, nie wiadomo skąd, świsnęła w powietrzu pętla ze stalowej linki i zacisnęła się na szyi Geralta. Ten naprężył się, ale zaraz silne szarpnięcie zwaliło go z nóg i runął na drogę. Nie było szansy na jakąkolwiek formę obrony. Geralt mógł tylko bezskutecznie próbować wcisnąć palce pod wrzynającą się w szyję pętlę, gdy linka wlokła go w stronę przydrożnego rowu, a potem dalej, w kierunku rosnących po drugiej stronie rowu gęstych krzaków mirabelki. 
      Kiedy już był pewien, że za chwile się udusi, linka przestała ciągnąć i jej zachłanny ucisk jakby zelżał. Zza krzaków z gracją wyskoczył zataczając się trochę dziwny staruszek w ogromnych buciorach, z pikowaną kurtą na grzbiecie i w czapie z uszami fantazyjnie fajtającymi przy każdym jego kroku. Staruszek zmrużywszy oczy przyjrzał się Geraltowi, chrząknął i zamrugał jakby mu się podwinęła rzęsa. Zsunął czapę do tyłu, podrapał się w głowę i nie kryjąc rozczarowania mruknął w stronę krzaków. 
      - Nu popatrz, Semen... Pomylił ja się... Toć to nie kundel żaden, tylko leguralny bikiniarz... A ja myślał, że już takich nie robią... Te siwe kudły mnie zmyliły... Tera, z bliska, to w sumie nawet do afgana nijak niepodobny wydaje mi się... 
      Człowiek nazwany Semenem, który również ledwo trzymając pion wytoczył się zaraz za staruszkiem, nic nie mówiąc wzruszył ramionami. Odwrócił się i poszedł w krzaki. Po chwili wrócił z butelką, wyciągnął zębami korek i pociągnął zdrowo, aż mu w gardzieli zagulgotało. Staruszek poczekał aż jego towarzysz ugasi pragnienie, po czym odebrał mu butlę i sam pociągnął nie gorzej. 
      Geralt tymczasem był już cały siny. 
      - Duszę...się... - zdołał wykrztusić. 
      Staruszek popatrzył na Geralta, jakby go pierwszy raz zobaczył. Gdy po chwili dotarł do niego sens usłyszanego zdania, kiwnął głową i uprzejmie poinformował. 
      - Nie dziwota, linka hamulcowa mocna jest. Gołymi ręcami zerwać nie da rady, w każdym razie jeszcze żadna psina się nie zerwała. 
      - Pppuść.... 
      - Nu... Mnie zeszłego roku przybili za kłusownictwo dwa lata w zawiasach. Od tej pory nie zostawiam świadków. Rozumiesz... Trochu szkoda, żeś nie dresiarz, byłby z tego całego ambarasu jakiś pożytek, a tak... Nu, jak niefart to niefart, psiego smalcu też dziś nie będzie.... 
      - Pomocy... - wyszeptał Geralt. Czerwone kręgi przed jego oczami zaczynały krążyć coraz wolniej. Wizja zaczęła się ściemniać... 
      - Pomogę, pomogę, nawet nie poczujesz... - Starzec wyciągnął zza pazuchy szablę owiniętą w kawałek brezentu. Szybko odwinął nasiąkniętą tłuszczem szmatę, popluł w dłonie i machnął orężem na próbę. - Dziadziuś jeszcze za sanacji mi ją sprezentował - wyjaśnił z dumą Geraltowi, po czym wziął zamach... 
     

*** 


      - Yyych!!!! - Wiedźmin zerwał się z posłania i chwytając się za szyję odtańczył szaleńczego oberka dookoła dogasającego ogniska. Gdy po dłuższej chwili oprzytomniał, upadł na kolana ciężko sapiąc. Przyłożył dłoń do czoła i uspokoił sam siebie Znakiem. Siedział tak przez dłuższą chwilę, rozpamiętując co mu się przyśniło i próbując przypomnieć sobie, co według sennika mógł oznaczać ten koszmar. 
      Geralt oficjalnie nie wierzył w sny, ale od czasu kiedy wieczorami przed zaśnięciem czytał sobie Sennik Cintryjski, zdarzyło mu się parę razy, że sny się sprawdziły. Nocne czytanie sennika należało już do przeszłości, ponieważ o papier toaletowy na szlaku trudno, a kartka z książki ma tę przewagę nad liściem łopianu, że posiada większą wytrzymałość mechaniczną. 
      Na szczęście wiedźmin jeszcze pamięć miał niezłą, Z tego co pamiętał z lektury, to: "Pijanego staruszka z szablą zobaczysz - późnej starości dożyjesz, jednakowoż na swą dietę uważać powinieneś..." . No, co jak co, ale odżywiać to się zawsze dobrze odżywiał. W sezonie dużo warzyw, w zimie dużo kiszonej kapusty, kiszone ogórki, nigdy nie pogardził domowymi konfiturami, no i oczywiście dużo mięsa. I to zawsze świeżego, a nie jakieś zleżałego, czy coś... W końcu był wiedźminem i upolowanie czegoś do jedzenia to dla niego pestka. 
      Pokrzepiony tą myślą sięgnął po szaszłyk, który został mu z kolacji i zaczął go pałaszować na zimno. 
      W konsumpcji przeszkadzała mu tylko zatknięta na wbitym w ziemię kiju psia głowa, z wyrzutem patrząca na niego z drugiego końca obozowiska.


copyright 2003-2020 brylka