Przejdź do treści

Popołudnie bazyliszka

Słoneczna tarcza spoglądająca z czystego, błękitnego nieba na letnią zieleń novigradzkich pól i lasów, w znacznym już stopniu przechyliła się na zachodnią stronę. Ledwo odczuwalnym podmuchem dał o sobie znać łagodny zefirek. Ponad barwnymi kaskadami kwiatów unosiły się roje wielkoskrzydłych motyli, było ciepło i spokojnie. Krótko mówiąc: dzień upływał wyjątkowo pięknie.
Bazyli leżał w wysokiej, soczystej trawie nieopodal gościńca, rozkoszując się złocistymi promieniami, ogrzewającymi całą jego wygodnie wyciągniętą sylwetkę. Oczy swoim zwyczajem miał półprzymknięte. Taak… wypoczynek i słodkie lenistwo. To jest to, co postępowe potwory lubią najbardziej.
Na gościńcu zaskrzypiały koła jakiegoś wozu. Nasz bohater uniósł w górę powieki i powoli usiadł, od niechcenia obserwując z pozycji półfrontalnej zbliżający się wehikuł. Na jego koźle siedział opalony wieśniak w sukiennym kubraku i lnianych gaciach z dziurą na lewym kolanie; dostrzegając Bazylego zerwał z głowy postrzępiony słomiany kapelusz i ukłonił się z szacunkiem. Wóz skrzypnął trochę bardziej dramatycznie, wzbijając za sobą tumany kurzu. Bazyli odkaszlnął z wrodzonym wdziękiem i nastroszył lśniącą, szarozieloną karacenę łusek.

Miła, siądź przy mej lutni i odpocznij sobie:
Nie najdzie cię tu mąż twój, przyrzekam ja tobie.
Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają,
Jeno szpacy, słowicy czasem z góry…

Na niebie załopotały czyjeś skrzydła.