wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Popołudnie bazyliszka

Słoneczna tarcza spoglądająca z czystego, błękitnego nieba na letnią zieleń novigradzkich pól i lasów, w znacznym już stopniu przechyliła się na zachodnią stronę. Ledwo odczuwalnym podmuchem dał o sobie znać łagodny zefirek. Ponad barwnymi kaskadami kwiatów unosiły się roje wielkoskrzydłych motyli, było ciepło i spokojnie. Krótko mówiąc: dzień upływał wyjątkowo pięknie. 
     Bazyli leżał w wysokiej, soczystej trawie nieopodal gościńca, rozkoszując się złocistymi promieniami, ogrzewającymi całą jego wygodnie wyciągniętą sylwetkę. Oczy swoim zwyczajem miał półprzymknięte. Taak... wypoczynek i słodkie lenistwo. To jest to, co postępowe potwory lubią najbardziej. 
     Na gościńcu zaskrzypiały koła jakiegoś wozu. Nasz bohater uniósł w górę powieki i powoli usiadł, od niechcenia obserwując z pozycji półfrontalnej zbliżający się wehikuł. Na jego koźle siedział opalony wieśniak w sukiennym kubraku i lnianych gaciach z dziurą na lewym kolanie; dostrzegając Bazylego zerwał z głowy postrzępiony słomiany kapelusz i ukłonił się z szacunkiem. Wóz skrzypnął trochę bardziej dramatycznie, wzbijając za sobą tumany kurzu. Bazyli odkaszlnął z wrodzonym wdziękiem i nastroszył lśniącą, szarozieloną karacenę łusek. 
     - Hej, Edi, uważaj: ten pancerz można prać tylko na mokro! - Łagodnie skarcił kmiecia. Był dziś w wyjątkowo dobrym humorze; ktoś inny mógłby to uznać za celową prowokację. Porozumiewał się oczywiście telepatycznie. Ponieważ jednak prosty wieśniak o takowym sposobie konwersacji nie miał bladego pojęcia, wyszczerzył tylko ponownie zęby i popędził parę apatycznych chmyzów stanowiących jedną z części składowych jego środka transportu. Wkrótce znikli za horyzontem. Potwór wrócił do poprzedniej pozycji, nucąc wesoło jedną z popularnych ostatnio piosnek przypisywanych słynnemu trubadurowi Jaskrowi (co stanowiło niezaprzeczalny powód rozpaczy i wściekłości tegoż): 

     Miła, siądź przy mej lutni i odpocznij sobie: 
     Nie najdzie cię tu mąż twój, przyrzekam ja tobie. 
     Tu zawżdy chłodne wiatry z pola zawiewają, 
     Jeno szpacy, słowicy czasem z góry...
 

     Na niebie załopotały czyjeś skrzydła. 
     - Witaj, Baziu! - Gryfina energicznie spikowała w dół i zaryła w glebę wypielęgnowanymi lwimi pazurami. 
     - Te kursy samoobrony kiedyś mnie wykończą. Wyobrażasz sobie, że cały dzisiejszy ranek spędziłam na ćwiczeniu uników przed mieczem, kosą i kamieniami? Łap i skrzydeł nie czuję! Bazyli otworzył najpierw jedno oko, potem drugie. 
     - Czy jesteś absolutnie pewna, że te zajęcia będą ci w ogóle do czegokolwiek potrzebne? Międzynarodowy Trybunał Ochrony Praw Potworów dopilnuje twojego bezpieczeństwa. 
     - Och, ale czcigodny Geralt zawsze powtarza: "jesteś tego warta". Poza tym towarzystwo... Sam powinieneś spróbować! 
      Ziewnął, co wyraźnie oznaczało, że nie jest zainteresowany nowatorską sztuką walki "Potwór-Do", jakkolwiek w ciągu niedługiego czasu istnienia zyskała sobie ona wcale spore grono zwolenników. Wrażliwemu i rozmiłowanemu w sztuce Bazylemu bardziej przypadły do gustu wieczorki poetyckie i potańcówki urządzane niemal codziennie we wszystkich okolicznych świetlicach i gospodach, które według nowych przepisów zostału przebudowane i dostosowane do potrzeb niehumanoidów. Tak, czcigodny Dorregaray pomyślał o wszystkim, łącznie z Klubami Dyskusyjnymi Dla Potworów, oraz lokalnymi Komitetami zajmującymi się łamaniem praw tychże. On i czcigodny Geralt (zwany również Nawróconym) niewątpliwie stworzyli nowy rzeczy porządek, będący podwaliną nowej, światłej epoki. Czasu rozumu, tolerancji, przyjaźni i równouprawnienia. Krótko mówiąc: złotej epoki. 
     Gryfina strzepnęła gęstą sierść i zakłapała dziobem. Posiedziała jeszcze chwilę, po czym w ramach pożegnania mrugnęła do przyjaciela i z wolna poszybowała w kierunku malowniczego sioła, od strony którego biegł gościniec. Aktualnie bieżała nim gromada ludzi na czele z dwoma rosłymi otrokami ciągnącymi na powrozie młodą, noszącą ślady pobicia niewiastę, którą niedawno odrzucony zalotnik oskarżył o odbieranie mleka krowom. Wiedziono ją ku rzece, by tam poddać próbie wody, mającej przesądzić o słuszności podejrzeń. W tłumko gapiów znajdowali się zarówno obszarpani wieśniacy, jak i wykwintna ziemiańska rodzina, z obrzydzeniem spoglądająca na tych pierwszych. Pochód zamykało dwóch podróżnych krasnoludów, na których, wykazując przejaw solidarności, spoglądali z pogardą i jedni i drudzy. Gromada minęła ukrytego w gęstej trawie Bazylego i pospieszyła dalej. Na odchodnym któreś z dostatnio odzianych dzieci rzuciło za siebie ogryzek jabłka. Świsnął on o pół piędzi od arystoktatycznego profilu głowy naszego bohatera, po czym wylądował między rumiankami. 
     - Skandal... - mruknął sennie szacowny potwór. - Jutro koniecznie muszę o tym zgłosić Komitetowi. 
     Słoneczna tarcza spoglądająca dotąd z zachodniej strony czystego, błękitnego nieba, definitywnie przechyliła się poza horyzont, pogrążając w ciemności letnią zieleń novigradzkich pół i lasów, oraz resztę świata, którą (jak twierdziły wyniki najnowszych, sponsorowanych badań) stanowiła płaska tafla, której czterech rogów strzegli źli wiedźmini... 
     Bazyli ziewnął po raz kolejny, prezentując nienajlepiej widoczny o tej porze dnia garnitur białych zębów. Był to już stanowczy sygnał, że pora udać się na spoczynek. Z gracją uniósł się z soczystej murawy i podążył w nieodległą stronę lubej swej jaskini, której mimo kilku interesujących ofert nie chciał zamienić na mieszkanie w zatłoczonym, hałaśliwym mieście. 
     Był na to zbyt wrażliwy i pedantyczny.


copyright 2003-2020 brylka