wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

W Redanii o świcie

Hartowana, krasnoludzka stal zajęczała i pękła. Brutalnie - przez nieuwagę - potraktowany metal dźwięczał jeszcze przez kilkanaście sekund. Zawtórowało mu ciche parsknięcie Płotki. Geralt wstrzymał klacz pociągnięciem cugli, uspokoił ją. Spojrzał na pęknięte, stalowe ostrze i zaklął. 
     Coś takiego jeszcze nigdy mu się nie przydarzyło. 
     - A niech was zaraza, kurwie syny..! – wyraził się niemiło o krasnoludzkich handlarzach z Brugge, którzy tak sprytnie wychwalali zalety nowego gatunku stali, że w końcu dał im się przekonać. – Niech wam, zasrańcy, bobołaki córki wychędo... – urwał w pół słowa. W końcu, córki krasnoludzkich handlarzy nie były niczemu winne. A tym bardziej bobołaki. 
     Przez chwilę zastanawiał się, co dalej począć. Odwrócił się twarzą do wiatru, na policzkach poczuł chłodny powiew. Powietrze było wilgotne. Spojrzał na niebo, po wschodniej stronie widnokręgu wyraźnie szarzało. Wiedział, że stworzenia wychodzą na powierzchnię o świcie. 
     Nie zdąży. Chyba że.... 
     Postanowił spróbować, choć był niemal pewien, że mu się nie uda. Starannie ułożył oba kawałki stali obok siebie. Przez chwilę przyglądał się swemu dziełu, przyklęknął ponownie, poprawił minimalną niedokładność. Wstał i odstąpił dwa kroki, złożył palce w znak Igni, uderzył, przytrzymał przez kilka sekund. Smagnięta gorącym podmuchem Płotka zatańczyła gwałtownie, kilka rzadko rosnących ździebeł trawy zbrązowiało i zwinęło się pod wpływem temperatury. Ale, tak jak się spodziewał, stali nie udało się zespawać. Oba, z lekka tylko osmalone kawałki, bez cienia wątpliwości wciąż były osobnymi częściami. 
     Westchnął. Nie chciał zrezygnować z zadania. Potrzebował pieniędzy, a tysiąc novigradzkich koron wystarczyłoby mu przecież na długo... 
     Pomyślał o Yennefer. Zawahał się jednak, nie na żarty. Nie lubił jej mieszać do swoich wiedźmińskich spraw, ona zresztą też tego nie lubiła. 
     W końcu jednak zdecydował się. Chwycił w palce wiedźmiński medalion, zaczął w myślach wypowiadać jej imię. Zgodnie z odwiecznym zwyczajem kobiet, kazała na siebie czekać kilkanaście minut - Geralt był zresztą mile zaskoczony, że tak krótko. Pojawiła się nagle o dwa kroki od niego, ostry zapach ozonu szybko ustąpił miejsca znanej mu doskonale mieszance bzu i agrestu. 
     - Geralt? Wołałeś mnie? 
     Spojrzał na nią. Pomimo ciemności widział doskonale, że jest ubrana wieczorowo. Miała na sobie zwiewną, czarną sukienkę. W uszach błyszczały matowo misternie rzeźbione, srebrne kolczyki, w głębokim wycięciu dekoltu widniał naszyjnik z pereł. Oddychała szybko, wydawało mu się, że jej policzki są zaczerwienione. 
     Niedbałym ruchem ręki wyczarowała złocistą sferę, która zalała otoczenie ciepłym światłem. Jeszcze raz jej się przyjrzał, konstatując, że jego wcześniejsze spostrzeżenia były prawidłowe. 
     - Nie spałaś? – zapytał podejrzliwie. 
     - Och, nie zaczynaj znów, Geralt. Nie mówiłam ci? Wyrwałeś mnie wprost z przyjęcia u Filippy. Właśnie z nią rozmawiałam. Czy ty wiesz, że Dijkstra.... 
     - Mniejsza o Dijkstrę, Yen. Opowiesz mi kiedy indziej. Zaraz świt, śpieszy mi się. Możesz coś z tym zrobić? – wskazał jej źródło swoich kłopotów. 
     - Ach, więc to o to chodzi... - szybko wypowiedziała zaklęcie - To wszystko? Nie chciałabym stracić reszty przyjęcia. Wiesz, Triss wymyśliła nowy rodzaj kanapki, wszyscy się nimi zajadają... Nazwała ją vengerburger, powiedziała, że to ze względu na naszą przyjaźń. No a... - ucięła widząc zniecierpliwienie Geralta. – Och, a ty jak zwykle, nabzdyczony... I jak, dobrze zespawane? 
     - Dobrze. 
     - No, to wracam na przyjęcie. Uważaj na siebie. 
     - Dziękuję ci, Yen – Geralt podziwiał jej dzieło, stal znów była jednolitym, błyszczącym metalem, po pęknięciu nie było ani śladu. 
     - Drobnostka, Geralt. Przecież wiesz – jej głos zanikł w świetlistym owalu teleportu.
     Wiedźmin ponownie spojrzał na wschód. Pierwsze promienie słońca właśnie zaczynały przedzierać się przez poranną mgłę. Wprawnym ruchem osadził naprawiony lemiesz w korpusie pługu i cmoknął na Płotkę, przynaglając ją do ruchu pokrzykiwaniem. 
     - No wyłaźcie, glisty i krety! Chodźcie no tu, zakosztować wiedźmińskiej stali! No dalejże, wio, ruszaj się a żwawo, Płotka! Całe pole mamy do zaorania! Całą połać plugastwa do wytępienia! 
     I uśmiechnął się. A był to uśmiech wyjątkowo paskudny. 



     Niniejsze opowiadanko dedykuję wszystkim, którym nie podoba się wiedźmińskie wymachiwanie mieczem, wypruwanie flaków i rozlew hektolitrów krwi ... ;-) Pozdrawiam serdecznie, pozostając jednak w głębokim przekonaniu, że lepiej będzie, jeśli wiedźmini pozostaną wiedźminami, czarodzieje czarodziejami, a chłopi - chłopami ;-).


copyright 2003-2020 brylka