wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Letnia Noc

Letnia, pogodna noc pachniała bukietem leśnych zapachów. Sosnowy bór otaczający trakt tętnił niewidocznym lecz słyszalnym życiem. W pozorną, nocną ciszę co i rusz wkradały się różnorakie dźwięki. To sowa zahuka, to spóźniony jeleń rogacz przebiegnie łamiąc jakąś gałąź, to wilk do pełnego księżyca zawyje. 
     Pełnia. Ta pora miesiąca, której noc jest najjaśniejsza, a jednak dla wielu ludzi przerażająca. Pora, której zabobonni kmiecie przypisują różne magiczne właściwości. Pora, gdy potwory najrozmaitsze z kryjówek swoich wyłażą i na bogom ducha winnych ludzi napadają. Pora gdy, poza przesileniami letnimi i zimowymi, czary największą moc mają. Tak sądzą ludzie, biedne prostaczki, które na noc przed i na dwie po pełni z zapadnięciem zmroku drzwi i okna na cztery spusty zamykają i odprawiwszy modły do wszystkich pamiętanych bogów trwożnie idą spać. Pełnia jednak to najzwyklejszy, najnaturalniejszy etap wędrówki księżyca i nic z chłopskich zabobonów nie jest prawdą. Prawie nic. 
     Takie myśli snuły się po głowie jadącego traktem leśnym konnego wędrowca. Oświetlona księżycowym światłem piaszczysta droga srebrzyła się, tym bardziej odcinając się od otaczającej czerni pogrążonego w nocnych ciemnościach boru. Jeździec patrzy w górę na granatowe, rozgwieżdżone niebo, przysłaniane co i rusz zwisającymi nad traktem gałęziami sędziwych sosen. 
     Z zamyślenia wyrwały go jakieś odległe, nieleśne dźwięki. W miarę zbliżania jeździec poznaje ludzkie pokrzykiwania, jakąś skoczną, wiejską muzykę. Pewnie jakaś zabawa. 
     Nie zmieniwszy tępa wędrowiec dojechał w końcu do źródła odgłosów. Na obszernej polanie miała miejsce zabawa. Jakieś stoły z jedzeniem, muzykanci, rozbawiona młodzież, zajęte rozmową wiejskie baby, wódkę pijący chłopi. Cała błoń oświetlona była sześcioma dużymi ogniskami. W oddali, pod przeciwną ścianą lasu można było ujrzeć wioskę pogrążoną w ciemności. Pewnie wszyscy są na tej zabawie, pomyślał. 
     Spośród bawiących się na spotkanie wędrowca wyszedł człowiek i zbliżył się do przybyłego. 
     - Chwalę bogów - powiedział jeździec gdy człowiek zbliżył się na tyle by usłyszeć słowa. Jego głos nie należał do przyjemnych. Nie zsiadł z konia. 
     - I ja ich chwalę. 
     Człowiek był średniego wzrostu i krzepkiej budowy. Przepocona koszula kleiła się do skóry. 
     - Co to za zabawa? - spytał jeździec. 
     - To wesele mojego syna, - obejrzał się przez ramię - wesele jakiego jeszcze ta wioska nie widziała. - Spojrzał na jeźdźca - Z całego serca zapraszam. 
     - Wiesz kim jestem? - zapytał jeździec. Nie zsiadł z konia. 
     Człowiek zmierzył przybyłego nowym, uważnym spojrzeniem. Skórzane jeździeckie buty, takież spodnie i kurtka. Koń dobry, lecz nie młody - nie za drogi. Juki niemal puste, bez pachołka. Miecz przewieszony przez plecy na pasie z błyszczącą klamrą. 
     Miecz przez plecy... 
     Człowiek spojrzał z lękiem, poruszył bezgłośnie nagle wyschniętymi ustami. 
     - Wiedźmin? - wykrztusił w końcu. 
     Tak, pomyślał jeździec, widziałem to wiele razy. Wiedźminów traktuje się jak zarazę, jak zło konieczne. Kiedy jakiś potwór pustoszy okolicę, zabija ludzi, to wiedźmin jest w cenie, ale gdy tylko usunie zagrożenie to staje się niechcianym gościem. Czasami ludzie udają, że go nie widzą, czasami złorzeczą, czasem nawet jakiś odważny rzuci kamień, ale nie zdarzyło się jeszcze by który zaprosił wiedźmina na wesele. 
     - Macie tu jakąś gospodę? 
     - Proszę na wesele - po chwili powiedział człowiek. Zdawał się ochłonąć z pierwszego wrażenia. 
     - Chcecie mnie za gościa? 
     - Tak panie, chcę. 
     Teraz to wiedźmin był zdziwiony. To mu się jeszcze nie zdarzyło. Nawet jeszcze o czymś takim nie słyszał. Ludzie chyba nigdy nie przestaną go zadziwiać. Pokręcił z niedowierzaniem głową. 
     - Na pewno? - upewniał się wiedźmin. 
     Chłop zdecydowanie przytaknął. 
     - Caelmaen - wiedźmin wyciągnął prawicę. 
     - Nazywają mnie Andery - uścisnął dłoń wiedźmina, na pozór bez wahania. Ludzie mówią, że od dotykania wiedźmina można oparszywieć, pomyślał. - Może na dobrą wróżbę przybyliście, panie. 
     - Żaden ze mnie pan. 
     Andery odszedł. Wiedźmin pierwsze kroki skierował do suto zastawionego stołu. Tak naprawdę to od trzech dni pożywia się jedynie sucharami i tym co właściciele przydrożnych oberży śmieją nazywać jedzeniem. Szybko zaspokoiwszy pierwszy głód zaczął rozglądać się po gościach. 
     Widać, że wioska do biednych nie należy, myślał wiedźmin. Mężczyźni rośli, kobiety krzepkie, a wszyscy, którzy do tańca zbędnego odzienia nie zdjęli, ubrani są kolorowo i dostatnio. 
     Obok podwyższenia, na którym piłowała kapela, siedziało liczne grono staruszek żywo dyskutujących i zerkających co i rusz na wiedźmina. W biednych wioskach zdarza się, że gdy tylko taka staruszka do roboty przestanie być zdolna, zaraz z chałupy ją wyrzucają, o jej los więcej się nie troszcząc. A tu proszę, całe grono, pomyślał Caelmaen. 
     Wiedźmin zastanowił się, czy nie należałoby złożyć życzeń młodej parze, ale po pierwsze nie wiedział jak tamci zareagują, a wtóre i tak nie było ich nigdzie widać. Pewnie już swój świeży związek konsumują. 
     Obrócił się do stołu czując powrót głodu. W tym momencie wpadła na niego rozbawiona para. Kobieta próbując nie upaść niemal zerwała jego wiedźmiński medalion. Przeprosili, on się uśmiechnął. 
     Stół, obszerny i solidny, wprost uginał się pod ciężarem jadła. W wielkich, glinianych misach parujący, tłusty, w mięso bogaty bigos, tuż przy michach wielkie kręgi chleba specjalnie na wesele pieczonego. Dalej flaki w tłustym bulionie i półmiski pełne wszelakiego drobiu pieczonego, a to kur, to gęsi, to kaczek i najrozmaitszego ptactwa leśnego. Bogato a rozmaicie najróżniejszych wędlin, kiełbas, szynek. Ale nad wszystkim górował zapach świniaka pieczonego, wciąż tkwiącego na rożnie kręconym przez dwóch młodziaków. 
     Ludzie bawią się, tańczą, śpiewają oddając hołd bogini witalności. Prym wiodą młodzi, a wśród nich najroślejsi chłopcy i najurodziwsze dziewczęta. To ich święto, ich zabawa. 
     Jedna z tych najpiękniejszych dziewcząt, otoczona największym gronem adoratorów, przyciągnęła wzrok Caelmaena. Piersi wielkości dojrzałych jabłek dumnie napinały materiał sukni. Oczy, w których każdy mężczyzna widział obietnicę spełnienia najskrytszych marzeń, snów i żądz. Długie, rozpuszczone włosy o delikatności i połysku jedwabiu, a kolorze złota. Całą sobą zdawała się uosabiać istotę kobiecości. Nic dziwnego że otacza ją tylu mężczyzn. Czemu jej wcześniej nie zauważył?. 
     - Kim jest ta kobieta? - zapytał wiedźmin stojącego obok wieśniaka. 
     Wieśniak podążył wzrokiem za wskazaniem wiedźmina. Nie oderwał już wzroku. 
     - Nie wiem, pewno od panny młodej - odpowiedział dopiero po chwili. 
     A ona wirowała w tańcu, co rusz to z innym partnerem. Ledwo jeden ją obłapia, czuje w jej wzroku obietnicę, już drugi ją pierwszemu odbiera. Nie, to ona sama do drugiego idzie. Tryska niespożytą siłą, część z otaczających ją mężczyzn nie może dotrzymać jej kroku, ale rychło świeży ich zastępują. Jest w jej ruchach coś magicznego, coś nęcącego, coś co działa także na wiedźmina. 
     Na chwilę pląsający tłum przesłania ją wiedźminowi. Caelmaen rozgląda się wkoło jak ktoś ze snu wyrwany. 
     Wtedy zauważył, że ona wpatruje się w niego. Znikli gdzieś wszyscy mężczyźni, którzy jeszcze przed chwilą chmarnie ją otaczali. Przyjął wyzwanie. Wyprostował się i zaczął swoim uważnym wzrokiem badać jej twarz. Włosy, usta z tym zniewalającym uśmiechem, brwi, oczy. 
     Oczy. 
     Nie odrywając od niej wzroku pogrążył się w myślach. Z dawno zapomnianych odmętów pamięci wyłaniała się zasłyszana kiedyś legenda ludu wysp Skellige. Legenda dotyczyła samego początków ludzkich dziejów. W pewnym momencie w czasie, którego wtedy jeszcze nikt nie liczył, bogowie postanowili stworzyć istoty na tyle inteligentne, aby mogły być świadome aktu stworzenia, aby mogły swych stwórców wielbić. Istoty te stworzyli na własne podobieństwo, każdy bóg jedną. W ten sposób powstali pierwsi ludzie. Trzech mężczyzn i trzy kobiety. Mężczyźni byli rośli, brodaci, złotowłosi. Kobiety wysokie, smukłe, o długich włosach kolory lipcowego miodu. Ale wśród tych pięknych ludzi, jedna kobieta piękniejsza była nad wszelką miarę. Zdumieli się bogowie widząc to piękno, przerastające nawet blask bogiń. Zapałały nienawiścią boginie widząc pożądliwy wzrok bogów. Każdy z mężczyzn zapragnął tej niewiasty. Rzucili się trzej mężowie chwycić ten cud. W krótkiej, gwałtownej walce padło dwóch z nich. Trzeci, cały we krwi i z obłąkańczym wzrokiem, wyciągnął zakrwawioną rękę po swą nagrodę. Kobieta uśmiechała się tylko. 
     To musiała być kobieta równie piękna jak ta w którą wpatrywał się wiedźmin. 
     Ktoś z tłumu dzielącego ich zasłonił Caelmaenowi jej widok. Kobieta wychyliła się zza zasłaniającej ją sylwetki i przekręcając figlarnie głowę obdarzyła wiedźmina uśmiechem. Wiedźmin odpowiedział tym samym i ruszył w jej kierunku ostrożnie omijając bawiących się ludzi. Ona prowadziła go wzrokiem i uśmiechem jaśniejącym niczym latarnia morska w nocny sztorm. 
     - Witaj - powiedziała, gdy tylko był w stanie usłyszeć jej słowa. 
     - Lubisz to robić, prawda? - zapytał wiedźmin, lekko się uśmiechając. 
     - Co robić? - zdawała się zdziwioną i zaciekawioną. 
     - Bawić się mężczyznami. 
     Nie zdziwiła się. Przynajmniej nie oskarżeniem. Uśmiechnęła się pięknie, drapieżnie, pokazując swoje białe ząbki. 
     - Tak to wygląda? 
     Wiedźmin uśmiechnął się po raz kolejny. 
     - Albo jestem spostrzegawczy, albo po prostu głupi. 
     Spojrzała głęboko w jego oczy, zmrużyła lekko powieki. Dziwne uczucie odezwał się w młodym wiedźminie. Uczucie jakiego nie znał wcześniej. 
     - Nie, głupi nie jesteś. 
     Caelmaen poczuł dziwne samozadowolenie. Z czego? zastanowił się. 
     - Jak masz na imię? 
     - Przecież nie chcesz go znać. 
     Uśmiechnęła się, jakby potwierdzająco. 
     - Intrygujesz mnie - powiedziała. 
     Intrygujesz? 
     - Ale wybacz mi na chwilę. 
     Odeszła kierując swe kroki w kierunku lasu. Wiedźmin odprowadzał ją wzrokiem, podświadomie liczył na to, że się odwróci. Odwróciła się. Caelmaen nalał sobie piwa z dzbana stojącego na tęgim, sosnowym stole. Było ciepłe, słodkie i ciężkie. Pewnie korzenne, pomyślał. Zajęty piwem nie zauważył, że owa piękna dziewczyna porwała ze sobą jakiegoś tęgiego młodzieńca, zbyt zaskoczonego, aby protestować. Zresztą kto by protestował. 
     Wiedźmin rozejrzał się po błoniu. Część gości miał już potężnie w czubie, co wcale nie przeszkadzało im w tanecznych popisach. Kilku młodych, zapewne z różnych wiosek, żywo spierało się o coś. Tak żywo, że nie było wątpliwości, czym skończy się dysputa. Liczne młodsze dzieci spały już po kątach. 
     Kiedy wróciła wiedźmin właśnie nalewał sobie trzeci kubek tego ciężkiego, a jednak w jakiś sposób pociągającego trunku. Spojrzał na nią, a ona obdarzyła go promiennym uśmiechem. Wiedźmin czuł, że coś się w niej zmieniło, ale w żaden sposób nie mógł określić co. Na razie zadowolił się spostrzeżeniem, że jest o wiele weselsza. 
     Kapela skończyła utwór. Następny zaczęli od razu od najszybszych rytmów. Nogi same rwały się do tańca. Wiedźmin chwycił dziewczynę w talii. Na pytanie w jego oczach odpowiedziała uśmiechem i dali się porwać w wir kolorowego tłumu wiedzionego skoczną muzyką. 
     Tańczyli długo, nie szczędząc sobie dotyku, spojrzeń, uśmiechów. Gdy skończyli byli zdyszani na równi z resztą współ tańczących. W tańcu stracili porządek odzienia, jej rozpuszczone włosy zyskały malowniczy nieład, spod całkowicie rozwiązanego Caelmaenowego kaftana wydostał się jego srebrny medalion. 
     Podeszli do stołu z ciężkim piwem. Wiedźmin objął ją w talii, przyciągnął do siebie. Zaparła się przedramionami o jego klatkę piersiową. Na ułamek sekundy utkwiła wzrok w srebrnym medalionie, na ułamek sekundy straciła swą wesołość. Na ułamek sekundy. 
     - Poczekaj tu, zaraz wrócę - powiedziała wyzwoliwszy się z uchwytu jego rąk. 
     Patrząc za nią nalał sobie piwa. Nie wiedzieć czemu zwrócił uwagę na rozmowę dwóch chłopów. 
     - A ja ci powiadam, że ona nie od nas, na pewno - swoją pewność podkreślał energicznymi ruchami głowy. - Wszak wszystkich od nas ze wsi znam. 
     - Może i masz rację, - odpowiedział ten drugi, czochrając jakby w zakłopotaniu swoją bujną, płową czuprynę - ona pewno od pana młodego, stąd. 
     Wiedźmin wyprostował się na całą wysokość i odszukał ją wzrokiem. Szła w kierunku lasu prowadząc za rękę jakiegoś młodego chłopaka. Caelmaen ruszył za nimi. 
     Kiedy opuścił już świetlany krąg ognisk a przed sobą miał ścianę ciemnego lasu zaklął cicho. Ze światłem ognisk za plecami nie mógł teraz zobaczyć niczego, co kryło się choćby trzy sążnie od skraju lasu. Natomiast sam skraj był dobrze oświetlony. Tu i ówdzie liczne w tej okolicy skupiska niskiej leszczyny trzęsły gałęziami w dobrze od wieków znanym człowiekowi rytmie. Cóż, jak zabawa, to zabawa. 
     Wiedźmin skierował szybkie kroki do swego konia. Niestety nikt się nim nie zajął, i wiedźmin wiedział, że to jego wina. Klacz spojrzała z niekrytym wyrzutem na swojego właściciela. 
     - Przepraszam cię, mała, ale teraz nie mam czasu - powiedział do niej czułym głosem wyciągając spod siodła swój srebrny, wiedźmiński miecz. 
     Nadrabiając stracony czas puścił się biegiem w kierunku miejsca gdzie dziewczyna zanurzyła się w leśną gęstwinę. Światło nieco odległych ogni płomiennymi blaskami odbijało się od powierzchni zimnego, wypolerowanego srebra. Wiedźmin nie chował miecza. Nie było ku temu potrzeby ni czasu. 
     Zanurzył się w las. Zewsząd owionęła go leśna ciemność. Ciemność dla ludzi, dla wiedźmina było wystarczająco jasno. Rozejrzał się. Nawet jedna gałązka nie podpowiedziała mu gdzie ma skierować swe kroki. 
     Nagle uderzył go zapach. Teraz przypomniał sobie, że ona tak właśnie pachniała, choć wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Zapach, którego wiedźmin nie mógł porównać do niczego innego. Zapach szalenie naturalny, jednak jaskrawo kontrastujący z zapachami lasu. I nagle wiedźmin wiedział co to za zapach. Zapach ludzkiej krwi. 
     Ruszył biegiem, kierując się zapachem, w miarę zbliżania się do celu, coraz intensywniejszym. Ujrzał przed sobą, w odległości trzydziestu stóp, kogoś leżącego na ziemi. Dobiegł. Przewrócił leżącego na plecy. Nie żył. Od niedawna, bo Caelmaen wyczuł w ciele ostatki ciepła. Bladość dziwna u świeżego trupa i ślady na szyi po ukłuciach stożkowatych zębów aż nadto jasno wskazywały na winowajcę. 
     Wiatr przyniósł nowy zapach krwi. Wiedźmin ruszył od razu w bieg, trzymając miecz w sposób umożliwiający cięcie w każdej chwili. Wbiegł na oświetloną księżycowym blaskiem polanę, w której centrum leżało niewielkie wzniesienie. Na jego szczycie ona wpijająca się w szyję chłopaka zwisającego już bezwiednie z jej rąk. Bezszelestnie rzucił się w jej kierunku. Dostrzegła go. Przestała pić i uniosła głowę. Jedną ręką podtrzymując za koszulę ciało drugą wyciągnęła w kierunku wiedźmina. 
     - Stój! - krzyknęła władczym głosem. 
     Wiedźmin w odpowiedzi szyderczo uśmiechnął się w duchu. Wtedy, ku swemu zdziwieniu stwierdził, że zatrzymał się. 
     - Odrzuć miecz! - krzyknęła ponownie. Jej głos miał dziwny, metaliczny pogłos. 
     Caelmaen stwierdził ze zdziwieniem, że ten rozkaz też wykonuje. 
     - Odrzuć medalion! 
     Uczynił tak. Chyba w takiej właśnie chwili ludzie czują grozę, pomyślał. 
     Podeszła do niego. Niespiesznie, stawiając krok za krokiem. Gracja biła z jej każdego ruchu. Wiedźmin chciał coś powiedzieć. Nie mógł. Teraz ona byłą panią jego ciała. 
     - Mów! - odgadła jego myśli. Czy musiała odgadywać? zastanowił się. 
     - Jak to zrobiłaś? - zapytał lekko zachrypniętym głosem. 
     - To? - wskazała na podległe jej woli ciało wiedźmina, w odpowiedzi jego ręka uniosła się i opadła bezwładnie. Głos miała teraz normalny - To drobiazg. Właściwie sam mi pomogłeś. Za długo na mnie patrzyłeś i za długo byłeś blisko mnie. 
     Obeszła go dookoła dotykając dłonią jego barków. 
     - Popsułeś to - spojrzała na niego z wyrzutem. 
     - Co popsułem? 
     - Mogło nam być tak dobrze, a ty to popsułeś. 
     - Dobrze? Za tą cenę? - wzrokiem wskazał trupa leżącego na szczycie wzniesienia. 
     - Niezbyt wygórowana, nieprawdaż - zaśmiała się. 
     - A co chciałaś zrobić ze mną? 
     - Z tobą? Miałam nadzieję, że to ty coś zrobisz ze mną, - zrobiła nadąsaną minę - a teraz spójrz na siebie, nawet ręką ruszyć nie możesz, co mówić o innych częściach ciała. Pewnie, że mogłabym tobą sterować, ale to przecież nie to samo. - Po chwili znów się uśmiechnęła - Chyba nie myślałeś, że chciałam wytoczyć krew także z ciebie. Wybacz, ale nie jestem pewna, czy by mi nie zaszkodziła. Od stu pięćdziesięciu lat, od kiedy wiem o istnieniu wiedźminów zastanawiałam się, jak to jest kochać się z takowym. Byłam tak blisko - zamyśliła się. 
     Zaczęła się przechadzać, z gracją wyrzucając zgrabne nóżki przed siebie. Podeszłą do trupa na szczycie wzniesienia. Podniosła go jedną ręką. Zaklęła pod nosem. 
     - Widzisz - zwróciła się do wiedźmina - pusty. Nie lubię pustych - odrzuciła zwłoki. Ciało poszybowało jakieś sto stóp i uderzyło o drzewo już na skraju polany. - Trudno. I tak mam już dosyć. 
     Podeszła do wiedźmina i zarzuciła mu ramiona na szyję. Caelmaen odkrył, że odzyskał panowanie nad głową. Czyżby urok przestawał działać? 
     Wtedy ona wpiła usta w jego usta. Całowała go namiętnie, on nie pozostawał dłużny. Kiedy skończyła wiedźmin miał w ustach smak krwi. Dziwne, ale nie przeszkadzało mu to. Spojrzała na niego z żalem, pokręciła głową. 
     - Szkoda - powiedziała i odeszła. 


copyright 2003-2020 brylka