wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Belleteyn

Nie wiedzieć kiedy, przyszedł maj. Najpierw nocami, które rozbłysły i roziskrzyły się dalekimi ogniami Belleteyn. (…) Ciri, dziwnie podniecona, wskoczyła na Kelpie i pocwałowała ku ogniskom.

UWAGA: zwolennicy satyry, cynizmu, humoru i tym podobnych proszeni o odstąpienie od lektury poniższego pozbawionego wymienionych cech tekstu dla dobra własnego i (zwłaszcza) autorki 

     

     „Nie wiedzieć kiedy, przyszedł maj. Najpierw nocami, które rozbłysły i roziskrzyły się dalekimi ogniami Belleteyn. (…) Ciri, dziwnie podniecona, wskoczyła na Kelpie i pocwałowała ku ogniskom.” 

     

[A.S. „Pani Jeziora”]

      
      Noc skrzyła się od ogni. 
      Pozostawiła Kelpie na skraju tej wioski, której nazwy nie znała i nie chciała poznawać, tam, gdzie przy konowiązie stały już inne konie. Konie tupały niespokojnie. Z łąk pomiędzy lasem a wsią, od ognisk, dobiegały śmiechy, śpiewy i krzyki. Zabawa trwała w najlepsze. Czarne sylwetki goniły się, tańczyły i wymykały w mrok, na skraj lasu, parami i gromadkami. Nad bezimienną jak wioska rzeczką snuła się czerwonawa, świetlista mgła. 
     Weszła w tłum. 
     Ogień strzelił snopem iskier, ktoś krzyknął jej wprost do ucha, dzikie: u- ha! zawibrowało w powietrzu. Ktoś młody i potężnie zbudowany, z nagim torsem lśniącym od potu pochwycił ją bez ceremonii i zawirował wokół ogniska, w rytmie poddawanym przez skrzypka i rytmicznie klaszczące, niewidzialne dłonie. Pozwoliła się oszołomić, kręcić w tańcu, unieść w górę mocnym rękom wieśniaka. Pozwoliła, by inny, w lepiącej się do ciała koszuli z lnianego płótna, równie mocny i jasnowłosy jak tamten odebrał ją pierwszemu. Nie słuchała, co mówił. Potakiwała wszystkiemu. Pozwoliła, by ściskał ją w tańcu. Pozwoliła mu poprowadzić się w zarośla. 
     Na skraju lasu było ciemno. Ciemność drżała i szeleściła od liści, zdyszanych oddechów i szeptów. Ziemia była twarda. Trawa była mokra i zimna. 
     Mężczyzna przygniatał ją i całował zapałem nadrabiając brak wprawy. Niezręczne dłonie szukały guzików bluzki. Pomyślała, że jest młodszy, niż jej się zdawało. Pomyślała, że ona sama jest młoda. Pomyślała, że czas wreszcie spróbować. Czas zapomnieć. 
     W ciemności płonęły ognie i w niej płonął ogień. Nie widziała twarzy mężczyzny. Byli mrokiem wśród mroku. 
     Coś się zmieniło. 
     Ognie zamigotały, zgasły i zapłonęły znowu. Śmiechy, śpiewy i krzyki zamilkły i wybuchły z tym większą siłą. Zapachniało jabłkami. 
     Nie leżała na trawie. Mężczyzna nie trzymał jej już. Stał przed nią. Nie widziała jego twarzy w ciemności. Nie widziała jego postaci. 
     Coś się zmieniło. 
      Stojący przed nią miał czarne włosy i ubrany był w czerń. Czarny płaszcz spływał mu z ramion. Płaszcz nie krył zawieszonego u pasa miecza. Wiedziała, że, kiedy odezwie się, nie będzie mówił jak tamten jasnowłosy chłopak w zgrzebnej, płóciennej koszuli. Że nie usłyszy w jego głosie wiejskiego zaśpiewu z tych stron. Czekała pewna, że wtedy go rozpozna. Czekała, aż przemówi. 
      Nie powiedział ani słowa. 
      Trzymał ją w ramionach. Czuła chłód bijący od stali pancerza. Czuła ogień. 
      Coś się zmieniło, ale nie myślała o tym. Była młoda. Nie chciała myśleć. Nie chciała pytać. 
     Trwała noc Belleteyn. 
     Czerwone światełka ognisk pstrzyły mrok. Iskry frunęły w niebo. Zgnieciona trawa pachniała zielenią i wspomnieniem słońca. Ziemia była twarda i wilgotna, ale ciężki, grubo tkany płaszcz miękki i ciepły. 
     Przemówił, gdy przestała się już tego spodziewać. 
     - To więcej, niż przeznaczenie – powiedział. W jego głosie, zamiast melancholii i rozmarzenia, pobrzmiewał powstrzymywany śmiech. – To przeciw niemu. 
     Tuż, niedaleko, małe ogniki kilkunastu pochodni zatoczyły jednocześnie jednakowe łuki. Wielki, spiętrzony wysoko stos drewna buchnął jasnym płomieniem. Blask rozlał się wokoło, fala światła sięgnęła linii drzew i odepchnęła spowijający ich mrok, zerwała z twarzy maski ciemności. 
     Nie zdziwiła się, widząc jego twarz. Twarzy mogłaby nie rozpoznać, ale rozpoznała oczy i, z pewnością niemożliwą w niepewnym świetle poznała, że są ciemnoniebieskie. 
     Nie bała się. 
     - Nie jesteś widmem – powiedziała. – To Belleteyn, nie Saovine. 
     - To noc czarów – odpowiedział. W ciemnoniebieskich oczach płonęło odbicie ognia. Patrzyła w nie. Nie myślała o Cintrze. Nie pamiętała o Cintrze. 
     - Czy ja to sprawiam?…- szepnęła. 
     Zapachniało miętą, szałwią i tymiankiem. 
     - Oczywiście, drogie dziecko. Któżby inny?… 
     Usiadła gwałtownie, zamrugała. Kolejny, inny cień w czerni zmaterializował się na skraju ciemności. Od aptecznych woni zakręciło jej się w nosie. Kichnęła. 
     - Na zdrowie – powiedział wampir. – Na zdrowie tobie i nam wszystkim…tej nocy, w tym świecie. 
     Jasnowłose, zarumienione dziewczęta z na wpół rozplecionymi warkoczami, w na wpół rozsznurowanych koszulach nadeszły od ognisk. Młodsza mrugnęła do nich wykrzywiając się okropnie w porozumiewawczym uśmieszku. 
     - Ładna, kurwa, zabawa, nie powiem. 
     Starsza okręcała na palcu koniec warkocza. 
     - Ale noc krótka…i czas się kończy. Wnet świtać będzie.– Na chwilę podniosła oczy, spojrzała na Ciri, skinęła jej głową. – Dzięki. 
     Od pobliskich ogni wołano na nie. Biegli ludzie. Jakiś młodzik wymachiwał koszulą jak chorągwią. 
     - Idę! – odkrzyknęła młodsza, pociągnęła tę starszą za rękę. – Idziemy! 
     Cień wampira poruszył się wśród cieni. 
     - Noc krótka – powtórzył. – I na mnie czekają. 
     - Noc krótka – powtórzyła z kolei, przenosząc spojrzenie z niego na siedzącego przy niej, milczącego rycerza. – A potem?… 
      Wampir uśmiechnął się zaciśniętymi wargami. 
      - Wszystko gdzieś się wydarzyło. Wszystko gdzieś trwa. Gdzieś wszystko kończy się tak, jak powinno. Kto wie?…To ty jesteś panią czasu i światów. 
      Spiętrzony stos zapadł się wśród trzasku i w eksplozji iskier. Otaczający ogień krąg rozpadł się na drobne punkciki ciemnych postaci. Fala blasku cofnęła się pozostawiając ich w mroku, znów tylko we dwoje. 
      Nie widziała już jego twarzy. Ani oczu. 
     Siedziała przytulona do jego ramienia. Nie czuła chłodu. 
      - Zostań – powiedziała. 
      - Wkrótce świt – odparł. 
      - Noc czarów? – zapytała twierdząco, a on skinął głową. – Jedna z tysiąca? 
      - Jedna na tysiąc – poprawił. – Jedyna. 
      - I musi starczyć za tysiąc?… 
     Objął ją mocniej. Milczał. 
      Znad bezimiennej rzeczki nadciągnęła mgła i pełzła nad łąką, chłonąc światło i dźwięk. Ogniska przygasły. Powiał wiatr, zimny, jak gdyby przybywał wprost z nocy Saovine – zimniejszy. 
     Coś się zmieniło. 
     Odepchnęła od siebie jasnowłosego chłopca. Zatoczył się w tył, wykrzyknął coś, zdumiony – wchłonął go zapóźniony, ostatni taneczny korowód, dwie dziewczyny ze śmiechem pochwyciły za ręce i pociągnęły, wciąż zdumionego, ale nie opierającego się zbytnio, tracącego już zainteresowanie, nieskłonnego dociekać przyczyn. 
     Ognie dogasały. Ognie rozpalały się na niebie. 
     Ze wschodu nadciągał dzień. 


copyright 2003-2019 brylka