Przejdź do treści

Belleteyn

Nie wiedzieć kiedy, przyszedł maj. Najpierw nocami, które rozbłysły i roziskrzyły się dalekimi ogniami Belleteyn. (…) Ciri, dziwnie podniecona, wskoczyła na Kelpie i pocwałowała ku ogniskom.

UWAGA: zwolennicy satyry, cynizmu, humoru i tym podobnych proszeni o odstąpienie od lektury poniższego pozbawionego wymienionych cech tekstu dla dobra własnego i (zwłaszcza) autorki

„Nie wiedzieć kiedy, przyszedł maj. Najpierw nocami, które rozbłysły i roziskrzyły się dalekimi ogniami Belleteyn. (…) Ciri, dziwnie podniecona, wskoczyła na Kelpie i pocwałowała ku ogniskom.”

[A.S. „Pani Jeziora”]

Noc skrzyła się od ogni.
Pozostawiła Kelpie na skraju tej wioski, której nazwy nie znała i nie chciała poznawać, tam, gdzie przy konowiązie stały już inne konie. Konie tupały niespokojnie. Z łąk pomiędzy lasem a wsią, od ognisk, dobiegały śmiechy, śpiewy i krzyki. Zabawa trwała w najlepsze. Czarne sylwetki goniły się, tańczyły i wymykały w mrok, na skraj lasu, parami i gromadkami. Nad bezimienną jak wioska rzeczką snuła się czerwonawa, świetlista mgła.
Weszła w tłum.
Ogień strzelił snopem iskier, ktoś krzyknął jej wprost do ucha, dzikie: u- ha! zawibrowało w powietrzu. Ktoś młody i potężnie zbudowany, z nagim torsem lśniącym od potu pochwycił ją bez ceremonii i zawirował wokół ogniska, w rytmie poddawanym przez skrzypka i rytmicznie klaszczące, niewidzialne dłonie. Pozwoliła się oszołomić, kręcić w tańcu, unieść w górę mocnym rękom wieśniaka. Pozwoliła, by inny, w lepiącej się do ciała koszuli z lnianego płótna, równie mocny i jasnowłosy jak tamten odebrał ją pierwszemu. Nie słuchała, co mówił. Potakiwała wszystkiemu. Pozwoliła, by ściskał ją w tańcu. Pozwoliła mu poprowadzić się w zarośla.
Na skraju lasu było ciemno. Ciemność drżała i szeleściła od liści, zdyszanych oddechów i szeptów. Ziemia była twarda. Trawa była mokra i zimna.
Mężczyzna przygniatał ją i całował zapałem nadrabiając brak wprawy. Niezręczne dłonie szukały guzików bluzki. Pomyślała, że jest młodszy, niż jej się zdawało. Pomyślała, że ona sama jest młoda. Pomyślała, że czas wreszcie spróbować. Czas zapomnieć.
W ciemności płonęły ognie i w niej płonął ogień. Nie widziała twarzy mężczyzny. Byli mrokiem wśród mroku.
Coś się zmieniło.
Ognie zamigotały, zgasły i zapłonęły znowu. Śmiechy, śpiewy i krzyki zamilkły i wybuchły z tym większą siłą. Zapachniało jabłkami.
Nie leżała na trawie. Mężczyzna nie trzymał jej już. Stał przed nią. Nie widziała jego twarzy w ciemności. Nie widziała jego postaci.
Coś się zmieniło.
Stojący przed nią miał czarne włosy i ubrany był w czerń. Czarny płaszcz spływał mu z ramion. Płaszcz nie krył zawieszonego u pasa miecza. Wiedziała, że, kiedy odezwie się, nie będzie mówił jak tamten jasnowłosy chłopak w zgrzebnej, płóciennej koszuli. Że nie usłyszy w jego głosie wiejskiego zaśpiewu z tych stron. Czekała pewna, że wtedy go rozpozna. Czekała, aż przemówi.
Nie powiedział ani słowa.
Trzymał ją w ramionach. Czuła chłód bijący od stali pancerza. Czuła ogień.
Coś się zmieniło, ale nie myślała o tym. Była młoda. Nie chciała myśleć. Nie chciała pytać.
Trwała noc Belleteyn.
Czerwone światełka ognisk pstrzyły mrok. Iskry frunęły w niebo. Zgnieciona trawa pachniała zielenią i wspomnieniem słońca. Ziemia była twarda i wilgotna, ale ciężki, grubo tkany płaszcz miękki i ciepły.
Przemówił, gdy przestała się już tego spodziewać.