wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Zimowa opowieść, czyli Dziadek Frost nigdy nie puka

Śnieżek padał za oknami gospody "Pod pijaną foką". Do końca roku został mniej niż miesiąc. Nastała pora zadumy i melancholii.

Wszystkim, których znam, a szczególnie Tobie...
Vejita
 
     

Sioło Deaelainrwthmerthteaersen;
Daleka Północ, blisko kręgu polarnego.
 
     

Była cicha, zimowa noc. 


     Śnieżek padał za oknami gospody "Pod pijaną foką". Do końca roku został mniej niż miesiąc. Nastała pora zadumy i melancholii. 
     Geralt i Jaskier byli jedynymi klientami gospody tej nocy. Gości nie było wcale, ponieważ poszli wszyscy na kolacje do swoich ciepłych, przytulnych domów. Nawet karczmarz zamknął interes i poszedł w końcu do swojej rodziny, zostawiając naszych bohaterów z beczką piwa i kilkoma kapłonami piekącymi się w kominku. Jako rezydującym tu stałym klientom ufał im niemal bezgranicznie. 
     Jaskier żalił się. 
     - No nie! Ale bryndza! Gdyby nie to, że nawiało śniegu powyżej końskiego łba i od miesiąca nie można wyjechać z tej zapadłej dziury, to już dawno by mnie tu nie było! Spędzałbym sobie święta w moim ukochanym Oxenfurcie. Uczyłbym świeży narybek żackiego życia, a tak... Nic, tylko zalać pałę! 
     - Nie narzekaj! - Geralt nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Właśnie robił sobie coś w rodzaju kanapki z wczorajszego kotleta i dwóch kawałków chleba. - W końcu przynajmniej mamy dach nad głową, mamy co jeść i pić, a dodatkowo, jak zwykle, to ja ci to wszystko sponsoruję, bo ty, jak zwykle, masz w kieszeniach tylko dziury! 
     - Nie moja wina, że ludzie w tej wsi, co nawet jej nazwy nie potrafię wymówić, są niewrażliwi na piękno poezji! Jak tylko wrócimy w jakieś bardziej cywilizowane tereny, to ci wszystko zrefunduję. - zamilkł na chwilę, podłubał nożem w blacie stołu i westchnął - Jeszcze żeby było co robić! Tutejsze kobiety bardziej przypominają niedźwiedzice niż ludzi. Ostatecznie mnie to nie przeszkadza, ale ich mężowie, ojcowie i bracia również wyglądają jak niedźwiedzie. - Jaskier utopił kolejny smutek w kuflu. 
     - Cheche... Tu cię boli! Kiedy ty wreszcie dorośniesz, Jaskier. Znalazłbyś sobie miłą dziewczynę, założyłbyś rodzinę, ustatkował się... - Geraltowi przerwał strumień piwa lecący prosto z ust poety w jego stronę. Gdyby nie był wiedźminem nie zdołałby się uchylić. Jaskier cały czerwony na twarzy rozkaszlał się tak, że niemal spadł z krzesła. Powoli wracał mu oddech. Ciężko dysząc spojrzał wilkiem na przyjaciela. 
     - Jeszcze raz wspomnisz przy mnie o ożenku, a Melitele mi świadkiem, że na piechotę pójdę sobie w cholerę! Przyganiał kocioł garnkowi! 
     Geralt wzruszył ramionami i poszedł na zaplecze. Po chwili wrócił z kiszonym ogórkiem, siadł na swoim miejscu, wyciągnął zza cholewy nóż i elegancko pociął ogórka na plasterki, które poukładał na swoim kotlecie. Wbił nóż w stół i popatrzył na Jaskra. 
     - Widzisz, stary... Zawsze gdy zbliżają się święta, nachodzą mnie takie myśli. Wiesz ile ja mam lat? Sam nie wiem, pogubiłem się. Jako swoje urodziny przyjąłem datę oddania mnie do Kaer Morhen jaką mi zdradził Vesemir. Czasem pragnę... Ja na przykład chciałbym mieć kiedyś dzieci. Jak wiesz - nie mogę. Jedyna kobieta, która mogłaby ze mną wytrzymać, a ja z nią, również nie może, zresztą.... Nie wiem, czy mógłbym być dobrym ojcem. Nie mam przygotowania, nie miałem wzoru do naśladowania... 
     - Iiiii, tam! - Jaskier przerwał - zaraz się rozpłaczesz, choć wiem, że to niemożliwe. Ja znowu pochodzę z bogatej szlacheckiej rodziny i to jest mój problem. Zawsze miałem wszystko, co chciałem. Oprócz miłości rodziców. Ojciec całe życie był poza domem. Wpadał tylko co jakiś czas, przynosił prezenty, pomieszkał tydzień i znów wyjeżdżał. Wątpię, czy znał mnie choćby z imienia, zważywszy, że byłem najmłodszy - miałem ośmiu braci i siedem sióstr. Pani matka dbała tylko o to, żebyśmy otrzymali wykształcenie, a cały swój czas poświęcała na strojenie się. Dlatego uciekłem w poezję, a po studiach uciekłem w świat... Posiadanie rodziny wcale nie kojarzy mi się ze szczęściem. Nagle coś zachrobotało w kominie i na palenisko zaczęły spadać kawałki cegieł i zaprawy, zasypując przy okazji pieczyste. 
     - Nasze kapłony! - krzyknął Jaskier, a Geralt odruchowo zaczął rozglądać się za swoim mieczem. 
     Nastąpiła chwila ciszy, lecz po chwili coś dużego i ciężkiego runęło na palenisko i wyleciało z wnętrza kominka ze zwierzęcym rykiem wzbijając tumany czarnego kurzu, dymu, popiołu i sadz. 
     
*** 

     - Ty, patrz, myślałem, że to jakiś diaboł, czy co... Taki gruby staruszek a łazi nocą po dachu. Złodziej pewnie, bo na kominiarza mi nie wygląda! - Jaskier zaglądał przez ramię Geraltowi badającemu stan zdrowia niespodziewanego gościa. 
     - Przynieś wody, trzeba go ocucić! 
     - Wody? Popatrz na jego czerwony nochal, woda może mu tylko zaszkodzić! 
     - No to daj gorzałki, widziałem gąsiorek za barem. 
     - Widziałeś wódkę i nic wcześniej nie mówiłeś? - zapytał poeta z wyrzutem. 
     Jaskier przyniósł wódkę, ale najpierw sam sprawdził, czy nie za słaba aby. 
     Wcale nie była za słaba. 
     Potem jeszcze sprawdził, czy drugi łyk smakuje tak jak pierwszy. 
     Smakował. 
     Potem pomyślał sobie, że 3 jest liczbą magiczną. Potem musiał wypić za cztery żywioły - praprzyczynę wszelkiego stworzenia. Geralt wyrwał mu butelkę zanim zdążył wypić za piąty element. Przytknął szyjkę do ust staruszka i nalał mu odrobinę. Przez chwilę nic się nie działo. Po chwili ręce staruszka lekko drgnęły i zaczęły masować wydatny brzuch swojego właściciela. Nagle złapały gąsiorek i podniosły go do chciwie wyciągniętych w dzióbek ust 
     - Hola, hola, dobry człowieku! Nie tak prędko! - Geralt oderwał butlę od przyssanego do niej grubaska. 
     - "...Spragnionego napoić, głodnego nakarmić...", jak mówi Dobra Księga - mruknął staruszek z wyrzutem. 
     - "...Błogosławieni wstrzemięźliwi, albowiem oni zaprawdę życiem wiecznym cieszyć się będą..." - zripostował Jaskier. 
     - "...Jest czas zadumy i jest czas zabawy..." - staruszek nie był dłużny. 
     - "...Miód i wino złudę jeno szczęścia dają..." - roześmiał się Jaskier. - oj, dziadku, ja tak mogę jeszcze długo dawać argumenty z Dobrej Księgi i za piciem i przeciw. To była moja ulubiona zabawa na studiach w Oxenfurcie, kiedy nie chciało mi się iść na zajęcia, tylko do knajpy z przyjaciółmi. 
     - A, to chwali ci się młokosie, że przynajmniej tyle ze studiów wyniosłeś. Ja do szkół nie chodziłem, ale znałem Dobrą Księgę na pamięć, kiedy ciebie jeszcze na świecie nie było. 
     Geralt uznał za stosowne wtrącić się. 
     - Nie chodzi o to, staruszku, że ci czegoś żałujemy, ale byłeś nieprzytomny i niezdrowo jest tak od razu żłopać gorzałę. Najpierw musimy sprawdzić, czy nic ci nie jest. 
     Staruszek stęknął i szybko wstał i parę razy podskoczył i pomachał ramionami, jak pajacyk. 
     - Nic mi nie jest! Daj, no, tę flaszkę. 
     Geralt wzruszył ramionami i westchnąwszy podał mu butelkę. 
     - Jestem Geralt, to jest Jaskier, spędzamy tu święta, a ty kim jesteś? 
     - Cho, cho, cho... - Staruszek mrugnął szelmowsko okiem - Jestem Dziadzio Frost, Czasami mówią na mnie Santa Claus, albo Nikolae, ale przyjaciele mówią na mnie Szybki Lopez. 
     - Dlaczego "Szybki"? - nie wytrzymał Jaskier. 
     - Zaraz ci pokażę, tylko najpierw otwórz drzwi. 
     - Co? - Jaskier zrobił zdziwioną minę, ale faktycznie usłyszał pukanie. Podszedł do drzwi, i złapał za klamkę. W drzwiach stał Dziadzio Frost. 
     - Teraz już wiesz dlaczego? - Dziadzio wszedł do izby i oddał Jaskrowi butelkę. 
     - Czarodziej? Czy możesz nam wytłumaczyć, co robiłeś o tej porze na dachu gospody? 
     - To wy w ogóle nie wiecie, kim jestem? Nie słyszeliście o mnie? - Odpowiedział pytaniem Dziadzio. 
     - My nietutejsi - bąknął Jaskier. 
     - Poczekajcie, zaraz wam wszystko wyjaśnię, tylko wyciągnę z komina mój worek. - Dziadzio Frost pogrzebał chwilę w szachcie komina, po czym wyciągnął ze środka pokaźny worek z czerwonego płótna. Z jego wnętrza wyciągnął zaś wielką butlę w wiklinowym oplocie. - Panowie, w podzięce za zratowanie chorego, zapraszam na degustację tego boskiego trunku, a w międzyczasie wszystko sobie opowiemy. Otóż wiecie, jest taka legenda.... 
      


      Trochę później 

      Dziadzo Frost wstał od stołu, przeciągnął się ziewając i popatrzył na naszych, przybijających gwoździe* bohaterów. Jaskier spał z głową na stole z twarzą w talerzu między resztkami egzotycznej, choć pysznej potrawy zwanej "picą" (również wyciągniętej z czerwonego worka dziadka zresztą). Geralt spał w dziwnej pozie, rozwalony na krześle z głową zwieszoną do tyłu. Nad jego ustami lewitowało kurzęcze piórko podnosząc się i opadając zgodnie z rytmem oddechu wiedźmina. 
     - Dobre chłopaki, tylko słabe głowy mają. Ale, ale... Straciłem trochę czasu, a jeszcze muszę tej nocy parę miejsc odwiedzić. Ha!... Parę... dobre sobie... Dobrze, że w końcu szybki ze mnie Lopez... - powiedział staruszek, zarzucił sobie worek na plecy i... zniknął. 
     
*** 

      - O, ooooo! Ale miałem porąbany sen! - Wychrypiał Jaskier. 
     - Nie ty jeden... Nie drzyj się tak, głowa mi pęka! Która godzina? 
     - Zdaje się, że jeszcze noc. 
     - No tak... A to co takiego? - zapytał Geralt. 
     Obok kominka, wokół którego wcale nie było widać śladów popiołu, czy sadzy leżały dwa zawinięte w kolorowe chusty pakunki. Do obu były przyczepione karteczki. Na pierwszej było imię Geralta, na drugiej Jaskra. 
     Wiedźmin popatrzył na poetę, poeta na wiedźmina. Obaj sobie przypomnieli swoje sny. Jak na komendę obaj mruknęli kręcąc głowami. 
     - Eeeeee.... Nieeeeee! Niemożliwe! - Nastała długa chwila milczenia, po której wiedźmin znów popatrzył na poetę, a poeta na wiedźmina. 
     - Eeeeee.... Nieeeeee! Niemożliwe! - i znów nastała chwila milczenia. 
     - Ktoś chyba sobie jaja z nas robi - powiedział w końcu Jaskier. Ale jak zwykle ciekawski podszedł do swojego pakunku i zaczął czytać. 
     - "Pomimo tego, że nie wiecie kim jestem i nie znacie tej tradycji, to w tym pięknym, świątecznym okresie wszyscy powinni być zadowoleni i szczęśliwi. Zatem, ponieważ dobre z was chłopaki, przyjmijcie te skromne podarunki od Świętego Nikolae i niech uśmiech zagości na waszych twarzach już na zawsze. Cho, cho, cho..." - podpisano: "Szybki Lopez". Hmm... Dziwny ten staruszek... Chyba za bardzo wczuł się w rolę i w końcu sam uwierzył w te głupoty, o których nam opowiadał.... 
     - Nie lubię takich niespodzianek! - Mruknął Geralt, ale oczy mu się zaświeciły. 
     - Dlaczego? - zdziwił się Jaskier. 
     - Bo nie wiem, co będzie w środku. 
     - A widzisz, ja uwielbiam takie niespodzianki. 
     - Dlaczego? 
     - Bo nie wiem, co będzie w środku... - roześmiał się Jaskier - To co, otwieramy? 
     - Otwieramy! - zgodził się wiedźmin, który pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna poczuł się jak dziecko. 
     Była cicha, zimowa noc. 
     Za oknem padał śnieg.... 


      Zdrowych i wesołych świąt życzy wszystkim Vejita. 


      *)przybijać gwoździe - spać w stanie upojenia alkoholowego z czołem przytkniętym do blatu stołu, lub innej płaskiej powierzchni, będącej aktualnie w zasiągu głowy (slang studencki w woj. mazowieckim i nie tylko).


copyright 2003-2019 brylka