Przejdź do treści

Mortis

Dziki Gon latem przechodzi wysoko. Ale nie dziś, wiedźminie, nie dziś. Miałem nadzieję, że nikt nie zauważy małego obłoczka… Ten, jak mu tam było… Gharrik. Tak. Zauważył mnie. Cholera. Skąd miałem wiedzieć, że sobaczyj syn ma takie słabe serce… Bo wiesz, wiedźminie, ja jestem od GEA… do GER… Chcesz, opowiem ci zabawną rzecz… Czemu milczysz? Hmm… I tak opowiem. Jesteś pierwszy z listy w spisie GER… Znaczy się teraz. Bo kiedyś był tam jakiś Geraarhd, ale musieliśmy się nim zająć. O czym to ja…? Ah, ten gnom Gharrik… No cóż… przełożeni powinni zrozumieć… Zaraza. Ja, pracownik miesiąca, tak nieprofesjonalnie… Z tego co wiem od znajomego z GES… - GHU…, to ten Gharrik miał jeszcze kilka lat przed sobą. Zaraza.

Biuro upominało się o ciebie, charakterniku. Właściwie miałem przyjść po ciebie wcześniej… podczas rozróby z tą… Yannefer… tak?

Na niebie znów objawił się Dziki Gon. Mały obłoczek dymu dołączył do niego. Polana trzaskały od ognia, dawały ciepło i światło. Wiedźmin rzucił okiem na ranę na nodze. Krew przestała płynąć, ale ból jeszcze dawał o sobie znać. Geralt oparł się o siodło, rozkładając wygodnie. Zastanawiał się, czy naprawdę wlał w ranę płyn koagulujący krew, czy może po raz pierwszy w życiu pomyliły mu się flakoniki. Trzeba będzie sprawdzić, pomyślał, czy Czarna Mewa jest na swoim miejscu.
Zaraza by to… - mruknął, po czym zapadł w sen.