wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Baba z zamku na skale

Marco Oswalte obudził się, podniósł jedną, ciężką jak smoczyca w ciąży, powiekę i rozejrzał się po alkierzu. Obraz, który pojawił się przed jego oczami, posiadał niezwykle niską rozdzielczość. „Niech to szlag, znowu ten tłusty karczmarz dosypał mi ziółek do mleka!” – ta myśl boleśnie zakwitła gdzieś pod włosami pijaka. 
     Mimo wszystko, nawet ślepiec zauważyłby, że w karczmie wybuchła bójka. A można to poznać po tym, że po pierwsze - jest wtedy jeszcze głośniej niż zwykle. Po drugie, wszędzie latają kubki, talerze, łyżki, tudzież inne części kuchennego wyposażenia, takie jak widelce, noże oraz rzeźnicze tasaki, które ostatnio stały się bardzo modne na szlacheckich dworach. Po trzecie, od czasu do czasu latają również ludzie. Marco właśnie uchylił się przed takim żywym pociskiem. Okazało się, że miotaczem jest wielki (Oswalte, swoim bystrym wzrokiem, ocenił jego wzrost na ponad siedem stóp), szeroki w barach jak drzwi od stodoły osiłek o twarzy, jaką mogła posiadać jedynie osoba o ujemnym ilorazie inteligencji. Olbrzym ów zaczął rozglądać się w poszukiwaniu nowej ofiary. Wtedy jego wzrok padł na Marco. Uśmiechnął się głupkowato i bardzo wolno powiedział: 
     - Cię zaraz ja maczugą walnę! 
     Po czym kopnął stojące na jego drodze krzesło, podniósł stół, pod który zdążył schować się Marco, wzniósł do góry pięść i... 

     Magavalozaurus, mistrz magii, absolwent Uniwersytetu Magicznego, posiadacz Dyplomu za Wzorowe Przywoływanie Duchów i Kelnerów, Orderu Teleportacji Czasoprzestrzennej oraz magicznej laski zapiął rozporek i wszedł do karczmy zadymionej palonymi przez wszystkich kadzidełkami. To, co zobaczył w środku, wzbudziło w nim niewysłowioną złość. 
     - Konusie! – czarodziej zwrócił się do swego przyjaciela szykującego się właśnie do przerobienia na miazgę miejscowego żula, Marco Oswalta. – Nawet w czasie tak krótkim, jaki potrzebny jest do zaspokojenia prostej potrzeby fizjologicznej, możesz stać się przyczyną okaleczenia tych biednych... - Lecz Konus nie słuchał. Wypił dziś pół beczki soku malinowego (bezalkoholowego, oczywiście). Po takiej dawce jedyne, co do niego dochodziło, to zwierzęce instynkty. - Arrrgh! - wrzasnął, a Marco Oswaltowi, ułamek sekundy później, w zupełnie wyjaśnionych okolicznościach wypadł ostatni, nie wybity ząb. 

      Słonko wesoło wpuszczało swe promienie w dziury liścianego dachu, pod którym wędrowali Magavalozaurus i Konus. Konie powolutku stąpały po zabłoconej drodze wiodącej do pobliskiej wsi. Smutny osiłek wlepił wzrok w grzywę swego rumaka i słuchał. W rytm chodu koni, wysoko nad nimi, ptaszki wyśpiewywały radosne piosnki. A w tym czasie mag mówił. A konkretniej, narzekał: 
     - Z powodu twego ordynarnego zachowania wydalono nas z lokalu, w którym zamierzałem zregenerować swe umęczone ciało. I właśnie z t w o j e g o powodu byłem zmuszony znieść wczorajsze przymrozki na zewnątrz! Przy, wydzielającym praktycznie żadne ilości energii cieplnej, ognisku, na twardym, wilgotnym podłożu. A dobrze wiesz, jaki ja jestem wrażliwy! 
     - Wiem, maguniu. 
     - Nie nazywaj mnie maguniem! Nie będę więcej znosił twojego towarzystwa, jeśli będziesz bił ludzi jak nieokrzesany barbarzyńca. To ma się więcej nie powtórzyć. 
     - Dobrze, magu... Panie. 
     - No. – czarodziej wyraźnie się uspokoił. – Teraz zmierzamy w kierunku karczmy. Pamiętaj, o czym ci mówiłem. 
     Podczas rozmowy, niepostrzeżenie, otoczyła ich uzbrojona grupa mężczyzn. Gdy mag skończył mówić, jak na komendę, wszyscy wyjęli miecze z pochew. Dopiero zgrzyt metalu ocierającego o metal przypomniał mu o otaczającym go świecie. Z rezygnacją spojrzał na klingę przystawioną do jego krtani, zerknął na ogłupiałego Konusa i rzekł: 
     - Niech zgadnę – westchnął. – W imieniu prawa aresztujecie tego tutaj Konusa za rozbój i pobicie. A wszelkie słowa mogą być użyte przeciwko nam. 
     Nikt z oddziału sołtysowskiej milicji się nie odezwał. W milczeniu, nieco brutalnie, zaprowadzono dwóch podróżników w kierunku lepianki sołtysa Włapka, pełniącej również funkcje aresztu, Urzędu Wiejskiego i międzywiejskiej bimbrowni. 

     - Wybaczcie, mości panie Magiku! – sołtys zionął w ich kierunku zapachową mieszanką soku malinowego i mięty, która zapewne miała maskować woń popularnego trunku. - W milicji mam dobrych chłopów, ale głupich. Obiecuję, jeszcze dzisiaj każę ich wychłostać! – zapewniał, lecz nie był zbyt przekonujący, a dlatego, że nawet ślamazarni chłopcy z milicji nie daliby się pobić temu małemu człowieczkowi. Chyba, że by im zapłacił. 
     - Nie trzeba, mości sołtysie. – odparł Magavalozaurus, chociaż najchętniej zamieniłby całą tą zawszoną milicję w kupkę prochu. Choćby za pomięcie jego szaty. – Przemoc jest argumentem ludzi bez argumentów. Bardziej interesuje mnie powód, dla którego nas tu sprowadziłeś. 
     - Powód? A! Mam powiedzieć, czego chcę? 
     - Zgadza się. 
     - No dobra. – Włapek myślał przez dłuższą chwilę, po czym odchrząknął i przemówił. – Zaczęło się to w roku... 
     - Poproszę bardziej skróconą wersję – przerwał mag. 
     - No dobra. Trza mi przyprowadzić babę. 
     - I w tym celu nas tu sprowadzono?! Chcecie baby, to idźcie do burdelu! – rozgniewany nie na żarty czarodziej zapomniał nawet o poprawności politycznej i odpowiednim dla maga sposobie wyrażania się. - Chodziło mi o to, że trza tu sprowadzić takiego damskiego bandziora, do aresztu. – zaczął tłumaczyć się sołtys. – Bo ona, ta baba, ludzi zakatrupiła. 
     - Nagroda? – spytał krótko, a treściwie Magavalozaurus. 
     - Pięć tysięcy delarów. 
     - Kontynuujcie. 
     - No i przyprowadźcie ją. Mieszka na północ stąd, za siedmioma górami, za siedmioma dolinami, za siedmioma rzekami, za dwoma jeziorami i jednym polem malinowym, w zamku na skale. Nie sposób przegapić. A zwie się Femina. 
     - Czy zamek ma fosę? A Femina obstawę? A obstawa dostęp do najnowocześniejszych osiągnięć techniki? 
     - Ja nic więcej nie wiem, więc nie powiem. A jak nie będziecie zadawać trudnych pytań, to dorzucę pięć stów. 
     Magavalozaurus, który kochał w życiu jedynie dwóch bogów: magię i mamonę, zgodził się bez wahania. 
     - Zgoda! 

     I tak oto rozpoczęła się pełna niebezpieczeństw wędrówka dwóch dzielnych i prawych poszukiwaczy przygód bez skazy ni zmazy, walczących ze złem i wszelkimi jego przejawami. A to, że kierowały nimi jedynie pieniądze, to już inna sprawa.


copyright 2003-2020 brylka