Przejdź do treści

Jak magia zmienia człowieka

Poczuł bolesne ukłucie w okolicach klatki piersiowej. Bolało go w ten sposób po raz pierwszy i zarazem ostatni. Tak boli tylko śmierć. Potem doświadczył błogiego uczucia lekkości i nicości a już chwilę później stąpał po czymś miękkim, co przypominało chmurę. Umarłem, pomyślał, a jacyś bogowie istnieją, bo czymże byłaby ta brama? Biada mi. Istotnie, tuż przed nosem, jakby znikąd, wyrosły mu ogromne wrota. Wiedział, że musi zapukać.
Cadfrynie, synu Zusila, przekrocz Święte Wrota, aby spotkać swe przeznaczenie.
Głos nie dobiegał znikąd. Cadfryn, syn Zusila, słyszał go wewnątrz siebie. Był to glos zimny i dziwnie odległy, glos, którego słuchać trzeba. Posłusznie pchnął wrota złotej bramy. Nawet przez chwilę nie zastanawiał się, co zobaczy za nimi, więc nic też nie pomyślał, kiedy okazało się, że jest tam pustka.
Kiedy był mały, pamiętał to bardzo dokładnie, jego matka codziennie wieczorem modliła się do całego panteonu bogów. Cadfryna uczyła tego samego, więc też się modlił. Przestał, gdy ukochana mama zmarła na gruźlicę. Najpierw obraził się na bóstwa, ale już niedługo potem przestał wierzyć w ogóle. Utwierdzał go w tym ojciec, który przez całe życie twierdził, że bogowie nie istnieją, a po śmierci nie ma nic.
Teraz, właśnie w tej chwili, Cadfryn przypomniał sobie „mądrości” ojca. Gdyby był bojaźliwy zląkłby się pewnie, ale po tym wszystkim, co w życiu widział nic nie było w stanie go przestraszyć. Toteż nie przeraziło go, gdy nagle znikąd pojawił się zwykły stół, przy nim dwa zwykłe krzesła, z których jedno zajmowała osoba bynajmniej niezwykła. Był to młody mężczyzna, ciemne włosy sięgające ramion miał związane w ciasny kucyk wysoko z tyłu głowy. Zielone oczy, chociaż wcale nie specjalnie ogromne, były bardzo przenikliwe a ich spojrzenie nad podziw ciepłe. Miał na sobie zbroję, lecz nie pełną płytę, jedynie złoty, ozdobny napierśnik, na którym widniał w herbie łabędź z rogiem jednorożca. Herbu, mimo biegłej znajomości heraldyki, Cadfryn nie był w stanie rozpoznać. Nie było to jednak dziwne. Nie wiadomo skąd syn Zusila wiedział, że mężczyzna, który siedzi przed nim to Japile, bóg sprawiedliwości, bóg, o którym Cadfryn nigdy za życia nie słyszał. Nie mógł zatem znać jego herbu.

* * *

Mały chłopiec płakał. Siedział przy grobie swojej matki, a po jego policzkach spływały gorzkie łzy. Usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie. Chłopiec pamiętał kto go tej modlitwy nauczył.

* * *

* * *

Wioska nosiła nazwę Mebu, podobno w języku Starożytnych oznaczało to „równy”, ale mowy Starożytnych już nikt nie pamiętał. Ani tu, ani nigdzie indziej. Ludność Mebu stanowiły po trochu wszystkie rasy: ludzie, elfy, krzaty, wampiry, niziołki i jeszcze inne. Było też wielu mieszańców różnych ras. Każdy zajmował się innym rzemiosłem, na skutek czego wioska się rozrastała i były widoki na to, że niedługo będzie się mogła starać o status miasta. Było to oczywiście skutkiem współpracy wszystkich mieszkańców, którzy nie mianowali się już jako człowiek, elf, krzat. Byli tylko sąsiedzi lub obywatele.
Równowaga ta została jednak poważnie zakłócona pewnego słonecznego, rześkiego poranka. Tego dnia do wioski wdarła się grupa bandytów
Z krzykiem na ustach i mieczami wzniesionymi nad głowy sforsowali bramę. Nikt nie wiedział jak im się to udało, była ona bowiem dość dobrze strzeżona. „Śmierć elfom!” wrzeszczeli jedni, „śmierć krzatom!” darli się inni, „A bodaj was zaraza!” życzyli niektórzy innym rasom. Cadfryn był pośród tych pierwszych. Jak wicher z pełnymi nienawiści oczami przez krzyk uwalniał emocje jakie nim targały: strach, frustrację, złość i tęsknotę. Tęsknotę za matką. którą teraz mścił. Pierwszego krzata, jakiego napotkał kopnął w brzuch nie wyciągając nogi ze strzemienia. Uciekającego wampira uderzył pięścią w tył głowy. Kolejnego krzata brutalnie ciągnął za włosy przez około dwadzieścia metrów. Obok niego ktoś rzucił pochodnię na dach. Cadfryn czuł wokoło siebie zapach krwi, potu i śmierci. Jeszcze bardziej podżegało go to do walki. Zapomniał o całym kodeksie, jakiego uczono go w Rycerskiej Szkole. Zapomniał o tym, że rycerz nie krzywdzi bezbronnych, staje w obronie prawych, sprawiedliwych, niewinnych. A czy Mebu było czemukolwiek winne? Czy mogło się bronić? Nie. Ale Cadfryn nie myślał o tym teraz, nie myślał o tym, gdy pod miecz nawinął mu się pierwszy elf. Na swoje nieszczęście bardzo kogoś przypominał. Cadfryn był pewny, że go już gdzieś widział, elf wyglądał bowiem zupełnie jak…

* * *

* * *

Cadfryn był pewien, że elf, którego wybrał na ofiarę to był właśnie tamten elf. To, co miał zrobić za chwilę stało się koszmarem, prześladującym przez wiele, wiele nocy. W oczach elfa widniał przeraźliwy strach. Napastnik zawahał się przez chwilę, ale ciął mieczem ukośnie przez pierś. Na twarz trysnęła mu ciepła, świeża krew. Otarł szybko rękawem twarz, zawrócił wierzchowca i wyjechał galopem z wioski. Nienawiść, która do tej pory wypełniała go całego, uleciała gdzieś w chwili zabicia elfa. Na jej miejsce przypłynęła frustracja i paniczny strach. Strach przed tym, co zrobił. Przez głowę przeleciała mu myśl, że ukochana mama nie chciałaby tego. Na szczęście, niesforna, szybko się ulotniła, bo za Cadfrynem pogalopował jego najbliższy kompan z szajki – Sidar.

***

Potem było jeszcze wiele takich wiosek jak Mebu. Często też szajka wyżynała w pień karawany kupieckie lub grupy podróżników. Cadfryn przestał w końcu liczyć uśmiercone ofiary, przestało go to bawić. Teraz bawiła go już tylko rozlewana krew. Na jednej z bitew zyskał nawet bliznę na twarzy, która sięgająca od prawego ucha po brodę, była powodem do dumy.
Pewnego dnia po napadzie na kolejną z rzędu wioskę wracając do obozu na odległej polanie, Cadfryn odłączył się na chwilę od grupy. Musiał iść tam, gdzie nawet królowie chodzą piechotą. Po załatwieniu potrzeby bezskutecznie próbował wrócić na szlak i dołączyć do kompanów. Szedł w kierunku, jak mu się wydawało, drogi, ale nie mógł jej znaleźć. Wszystko wskazywało na to, że zabłądził w lesie, w co nie mógł w to uwierzyć. Mech na drzewach o dziwo nie wskazywał żadnego kierunku, również słońce zdawało się stanąć w miejscu. Syn Zusila był zdezorientowany. Błąkał się po lesie nie wiadomo jak długo. Powoli stawał się coraz głodniejszy i coraz bardziej spragniony. Popękane usta szczypały. Nic, więc dziwnego w tym, że gdy usłyszał szum strumyka, rzucił się w kierunku źródła dźwięku jak szalony. Nie biegł długo. Dotarłszy nad brzeg rwącej rzeczki całą głowę zanurzył w wodzie. Pił chciwie. Gdy skończył podniósł się i otarł twarz rękawem. Zobaczył, że ktoś przed nim stoi. Była to szczupła, wysoka kobieta, o jasnych, kasztanowych włosach i szaroniebieskich, migdałowych oczach, obwiedzionych białą kredką. Z obu stron nosa spływały czarne łzy. Jej twarz nie wyrażała niczego. Cadfryn stał jak słup soli, nie wiedział czy coś powiedzieć, czy milczeć i czekać, aż nieznajoma odezwie się pierwsza.

* * *

Obudził się na polanie na błoniach jakiegoś grodu. Wszystko go bolało. Ależ miałem straszny sen, pomyślał, dobrze, że się już skończył. Ciekawe gdzie Sidar i reszta? Pewnie gdzieś w tym mieście, ale się będą ze mnie nabijali, zabłądzić w lesie, też coś!
Tak rozmyślając Cadfryn szedł w dół do grodu. Pilnujący bramy odźwierny spojrzał na niego krzywym okiem, ale go wpuścił.
Miasto wydawało się znajome. Poszedł do gospody „Pod Ryczącym Smokiem”. Poprosił barmana o piwo. Ten okazał się bardzo gadatliwy.

Kiedy się obudził nie widział nic. Tylko ciemność. Wszystko go bolało i nie mógł się ruszyć. Coś uciskało kostkę. Po omacku dotknął jej i okazało się ze jest przykuty do łańcucha przytwierdzonego do kamiennej ściany. To było oczywiste, zamknięto go w jakimś zaplutym lochu.
Nie potrafił powiedzieć jak długo tam leżał. Wreszcie zaskrzypiały drzwi i wchodząc do środka, ktoś wpuścił do celi trochę światła. Był to olbrzymi strażnik więzienny. Na powitanie kopnął Cadfryna boleśnie w biodro.

* * *

Wszędzie w około widzę tylko ciemność
Gdzieniegdzie migają gwiazdy
Wszystko boli
Sztylet w żebrach boli
Zorza polarna
Świeci migotliwym blaskiem
Ulotnym blaskiem
Wszędzie suchy piach
Jest mi tak strasznie gorąco
Nie widać horyzontu

SPADAM !!!

* * *

Upadł z głuchym hukiem na piasek. Wszystko już rozumiał. To Tenninne zmieniła go, przenosząc do innego ciała, do innego miejsca. Gdzie jest teraz, nie wiedział. Chciał powrócić do wieży Gelinna i wyznać elfiej czarodziejce wszystko. Jak bardzo jej teraz nienawidził. Ona nie wie co musiał przejść w grodzie którego nazwy nawet nie poznał. Nie wiedział gdzie był przedtem, dobrze znał Truskawkowy Gościniec, nie było wzdłuż niego takiego miasta. Nie wiedział również gdzie wylądował po owej dziwnej podróży. Wiedział, że to pustynia, ale nigdy na takowej nie był i nigdy pustyni nie widział. Wiedział także, że nie ma sztyletu między żebrami, ani nawet żadnego śladu po nim.
Och, jakże nie nienawidził tej przeklętej wiedźmy.
W oddali zamajaczyły jakieś zabudowania, widać było nawet zielone rośliny. Ruszył w tamtą stronę. Zakręciło mu się w głowie. Upadł. Wstał, bo musiał iść dalej. Budynki były dalej niż się spodziewał, ale czuł już zapach świeżej wody. A bardzo chciało mu się pić. Upadł na kolana, czołgał się, opadał z sił. Ciągnął go tylko ten zapach. Dotarł do wioski, ludzie którzy tam byli dziwnie mu się przypatrywali. Nikt nie przyszedł z pomocą. Cadfryn doczołgał się do wodopoju dla koni. Zanurzył w nim całą głowę, a po chwili wgramolił się do niego cały. Gdy się już orzeźwił rozejrzał się dookoła. Wszędzie było pełno ludzi którzy wciąż parzyli na niego bezczelnie. Z resztą byli dziwni, ich skóra miała kolor czekoladowy. Cadfryn dopiero teraz spojrzał po sobie. Też był brązowy. Nie zrobiło to na nim takiego wrażenia jak poprzednio gdy odkrył że jest elfem. Wiedział, ze to wszystko sprawka Tenninne. Poza tym może i był czekoladowy, ale chociaż był człowiekiem.
Do wodopoju podeszła młoda kobieta z jakimś zwierzęciem. Zwierzę nie było jednak koniem. Było o wiele większe, od konia, strasznie kosmate i brzydkie. Nie mogło być żadną odmianą pięknej i dumnej rasy koni.

Następne dni upłynęły lekko, wręcz sielsko. Cadfryn szybko dogadał się z mieszkańcami wioski. Polubili go, był miły, a w dodatku uczył ich rzeczy o których nigdy nie słyszeli.
Zwykle jest tak, że o rzeczach dobrych się nie wspomina, nie opisuje się dni, w czasie których nie zagraża nam żadne niebezpieczeństwo.
Tak samo jest i w tym przypadku. Cadfryn spędził wśród murzynów Akan pół roku wedle rachuby Słońca. Bo choć był to zupełnie inny świat niż tez z którego pochodził, to jednak Słońce świeciło to samo. Dwa razy Akan starli się z białymi ludźmi. Dwa razy ich odparli, dzięki pomocy Cadfryna. Wreszcie po raz pierwszy w życiu ujawniły się jego zdolności przywódcze. Szona był już stary, jego syn zbyt młody, by dowodzić wojskiem w trakcie bitwy, dlatego zdali się na młodego cudzoziemca.
Cadfryn polubił tych ludzi. Nie byli wykształceni, ich rozwój stał na niskim poziomie, ale mieli w sobie promieniującą mądrość. Niestety, dni szczęśliwe mijają szybko i często nie trwają długo. Powolnymi krokami nadeszła trzecia bitwa. Zwiadowcy na dzień przed nią wypatrzyli Białych Ludzi zmierzających w stronę plemienia Akan. Zawrzały przygotowania. Cadfryn dwoił się i troił aby zapewnić „białasom”, jak nazywano ich w wiosce, niezapomniane powitanie. Tu kazał kopać wilcze doły, tam przygotować kamuflaż dla strzałkarzy, wydawał jeszcze wiele innych poleceń . Wioska była nie do zdobycia.
A jednak. Biali Ludzie też nie byli głupi. Wiedzieli, kto dowodzi murzynami Akan, wiedzieli także, ze trzeba się go pozbyć.
Gdy bitwa na polach pod wioską Akanów rozgorzała, „białasy” podkradły się od tyłu i uderzyły Cadfryna w tył głowy czymś tępym. Stracił przytomność. Murzyni wygrali, ale Cadfrynowi nie było już dane tego widzieć. Widział bowiem tylko ciemność.
Obudził się spętany łańcuchami pośród mrowia innych w takiej samej sytuacji. Nie mógł się ruszyć. Sytuacja była beznadziejna. Wokół gromady murzynów pełnili straż Biali Ludzie z huczącymi kijami. Nie było to potrzebne, żaden z jeńców i tak nie mógł się ruszyć. Cadfryna bolała głowa. Był pewien, że wyrósł mu z tyłu ogromny guz. Myślał o przebiegu trzeciej bitwy i o tym co „białasy” robią ze schwytanymi murzynami. Pamiętał doskonale, Szona mówił, że kto zostanie schwytany nigdy już nie powraca.
Wszystko już niedługo się wyjaśniło. Z nastaniem świtu Biali ludzie zaprowadzili jeńców na wybrzeże, do portu. Na zacumowanym tam statku krzątała się załoga. Więźniowie brutalnie popychani, zostali wprowadzeni na pokład, a właściwie pod pokład. Cadfryna zatkało. Cala powierzchnia pod pokładem dostosowana była do przewozu ludzi jako towaru. Niewolników zaczęto powoli upychając gdzie się tylko dało. Ułożono ich w rzędach i skuto kajdanami. Osobno kobiety, mężczyźni, dzieci. Tych którzy się nie zmieścili umieszczono w wolnych miejscach między rzędami ludzi. Do tych ostatnich należał Cadfryn. Kiedy już wszyscy byli pod pokładem wszedł kapitan statku i wygłosił do uwięzionych coś w rodzaju przemowy. Nikt jednak nie zrozumiał jego słów, bo mówił śpiewnym, nikomu nie znanym językiem. Kiedy skończył, roześmiał się szyderczo i wyszedł odcinając tym samym dopływ światła i świeżego powietrza. Jeńcom wydawało się, ze minęły wieki zanim ujrzeli je ponownie.
W rzeczywistości minął tylko jeden dzień. Majtkowie uwolnili murzynów z kajdan na czas posiłku i ćwiczeń. Muszą dotrzeć do celu w mniej więcej dobrym stanie, lubił mawiać kapitan. Po nędznym jedzeniu, które prawie nie posiliło jeńców, wszyscy wstali i wykonali około trzydziestu podskoków. To było wszystko. Potem powrócili z powrotem pod pokład, gdzie przetrwali dobę. Następnego dnia powtórzyło się to samo. I jeszcze następnego też. Czwartego zaś dnia nie.
Na statku wybuchł bowiem pożar.
Dwóch pijanych majtków pokłóciło się o coś i tocząc bójkę strącili na pokład lampę naftową. Oczywiście ich umysły były na tyle przytępione, że nie zadali sobie sprawy z powagi sytuacji i zupełnie na to nie zareagowali. Powoli, lecz nieuchronnie płomienie obejmowały deski pokładu, potem przerzuciły się na żagiel. Jakiś oficer spostrzegł co się dzieje i natychmiast popędził po kapitana. Kiedy ten wyleciał z kajuty na pokład, zdawało się, że stracił głowę, on jednak, zachowawszy zimną krew, szybko wydawał kolejne rozkazy. Najpierw załoga próbowała okiełznać rozszalały żywioł, gdy jednak zdało się to na nic, kapitan kazał spuścić szalupy.

Po trzech dniach byli u brzegów, osiedli na mieliźnie. Nie mogli wpłynąć do portu, był bowiem kontrolowany przez Białych Ludzi. Żaden z byłych niewolników nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Wszyscy byli teraz niedaleko swoich domów, a zawdzięczali to Cadfrynowi i jego tajemnej mocy. Potraktowali go jako dobrego ducha zesłanego przez bogów, a może nawet za jednego z nich. Chociaż tłumaczył im, że jest takim samym śmiertelnikiem i zwykłym człowiekiem, jak oni, nie chcieli go słuchać. Gotowi mu byli wybudować świątynię w miejscu w którym dobili brzegów. Jak sam stwierdził, Cadfryn był, wbrew pozorom, w położeniu beznadziejnym.
W końcu puściły mu nerwy i powiedział:

* * *

Ciepło przynosi ulgę
Już nie czuć wyrzutów sumienia
Ciało dzieli się na miliony części i leci ku gwiazdom
Jest mi lekko
Wszyscy na mnie patrzą
I znikają nagle
Wszędzie gwiazdy
Znikła wioska w oddali
I wszędzie gwiazdy
Widzę las
W nim, w środku, Gelinna
Jest mi lekko.

* * *

Cadfryn w postaci pary wodnej, powolutku opadał na łąkę, na której stała wieża Gelinna. Na tarasie budowli stała postać, jakby spowita mrokiem. Cadfryn skroplił się jak rosa na trawie, zlał w jedną kałużę, wystrzelił w górę jak fontanna i stał się znów sobą. Wróciły wyrzuty sumienia. Przykucnął potem klęknął na trawie i zupełnie nie po męsku zalał się gorzkimi łzami. Postać z tarasu zniknęła by po chwili pojawić się w drzwiach frontowych. Była to oczywiście Tenninne. Podeszła do Cadfryna, ujęła jego głowę pod brodę i podniosła ją tak by móc patrzeć w jego oczy.

* * *