wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Jak magia zmienia człowieka

Poczuł bolesne ukłucie w okolicach klatki piersiowej. Bolało go w ten sposób po raz pierwszy i zarazem ostatni. Tak boli tylko śmierć. Potem doświadczył błogiego uczucia lekkości i nicości a już chwilę później stąpał po czymś miękkim, co przypominało chmurę. Umarłem, pomyślał, a jacyś bogowie istnieją, bo czymże byłaby ta brama? Biada mi. Istotnie, tuż przed nosem, jakby znikąd, wyrosły mu ogromne wrota. Wiedział, że musi zapukać. 
      Cadfrynie, synu Zusila, przekrocz Święte Wrota, aby spotkać swe przeznaczenie. 
      Głos nie dobiegał znikąd. Cadfryn, syn Zusila, słyszał go wewnątrz siebie. Był to glos zimny i dziwnie odległy, glos, którego słuchać trzeba. Posłusznie pchnął wrota złotej bramy. Nawet przez chwilę nie zastanawiał się, co zobaczy za nimi, więc nic też nie pomyślał, kiedy okazało się, że jest tam pustka. 
      Kiedy był mały, pamiętał to bardzo dokładnie, jego matka codziennie wieczorem modliła się do całego panteonu bogów. Cadfryna uczyła tego samego, więc też się modlił. Przestał, gdy ukochana mama zmarła na gruźlicę. Najpierw obraził się na bóstwa, ale już niedługo potem przestał wierzyć w ogóle. Utwierdzał go w tym ojciec, który przez całe życie twierdził, że bogowie nie istnieją, a po śmierci nie ma nic. 
      Teraz, właśnie w tej chwili, Cadfryn przypomniał sobie „mądrości” ojca. Gdyby był bojaźliwy zląkłby się pewnie, ale po tym wszystkim, co w życiu widział nic nie było w stanie go przestraszyć. Toteż nie przeraziło go, gdy nagle znikąd pojawił się zwykły stół, przy nim dwa zwykłe krzesła, z których jedno zajmowała osoba bynajmniej niezwykła. Był to młody mężczyzna, ciemne włosy sięgające ramion miał związane w ciasny kucyk wysoko z tyłu głowy. Zielone oczy, chociaż wcale nie specjalnie ogromne, były bardzo przenikliwe a ich spojrzenie nad podziw ciepłe. Miał na sobie zbroję, lecz nie pełną płytę, jedynie złoty, ozdobny napierśnik, na którym widniał w herbie łabędź z rogiem jednorożca. Herbu, mimo biegłej znajomości heraldyki, Cadfryn nie był w stanie rozpoznać. Nie było to jednak dziwne. Nie wiadomo skąd syn Zusila wiedział, że mężczyzna, który siedzi przed nim to Japile, bóg sprawiedliwości, bóg, o którym Cadfryn nigdy za życia nie słyszał. Nie mógł zatem znać jego herbu. 
      - Usiądź przede mną na tym oto miejscu – bóg wskazał krzesło, Cadfryn usiadł – Spójrz mi w oczy. Jeśliś był prawy, nie musisz się trwożyć. Jednak, jeśli twoje życie było jak życie niegodziwca, mordercy, zbrodniarza, lub kłamcy, ja osądzę, jaka kara cię spotka 
      - Teraz – podjął Japile po chwili milczenia – opowiesz mi swoje życie. Pamiętaj, że ukrywanie prawdy na nic się nie zda, patrzysz bowiem w oczy boga, oczy, które wiedzą wszystko, oczy których nikt i nic nie zwiedzie. 
      Istotnie, patrząc na Japile Cadfryn wiedział, że opowie mu nawet najskrytsze przeżycia i uczucia. 

     * * * 

     Mały chłopiec płakał. Siedział przy grobie swojej matki, a po jego policzkach spływały gorzkie łzy. Usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie. Chłopiec pamiętał kto go tej modlitwy nauczył. 
     - Kocham cię, mamo – wyszeptał. 

     * * * 

     - Nienawidzę tych, którzy ci to zrobili! Zabiję ich! – Obiecał kupce ziemi młody, dwudziestoletni chłopak, położywszy na niej wiązankę kwiatów. Nie płakał, chociaż wiedział, że łzy przyniosłyby ukojenie. Ale przecież mężczyźni nie płaczą, a on był mężczyzną. Synem króla, który pamiętał, że zarazę do miasta przyniosły elfy. 

     * * * 

     Wioska nosiła nazwę Mebu, podobno w języku Starożytnych oznaczało to „równy”, ale mowy Starożytnych już nikt nie pamiętał. Ani tu, ani nigdzie indziej. Ludność Mebu stanowiły po trochu wszystkie rasy: ludzie, elfy, krzaty, wampiry, niziołki i jeszcze inne. Było też wielu mieszańców różnych ras. Każdy zajmował się innym rzemiosłem, na skutek czego wioska się rozrastała i były widoki na to, że niedługo będzie się mogła starać o status miasta. Było to oczywiście skutkiem współpracy wszystkich mieszkańców, którzy nie mianowali się już jako człowiek, elf, krzat. Byli tylko sąsiedzi lub obywatele. 
     Równowaga ta została jednak poważnie zakłócona pewnego słonecznego, rześkiego poranka. Tego dnia do wioski wdarła się grupa bandytów 
     Z krzykiem na ustach i mieczami wzniesionymi nad głowy sforsowali bramę. Nikt nie wiedział jak im się to udało, była ona bowiem dość dobrze strzeżona. „Śmierć elfom!” wrzeszczeli jedni, „śmierć krzatom!” darli się inni, „A bodaj was zaraza!” życzyli niektórzy innym rasom. Cadfryn był pośród tych pierwszych. Jak wicher z pełnymi nienawiści oczami przez krzyk uwalniał emocje jakie nim targały: strach, frustrację, złość i tęsknotę. Tęsknotę za matką. którą teraz mścił. Pierwszego krzata, jakiego napotkał kopnął w brzuch nie wyciągając nogi ze strzemienia. Uciekającego wampira uderzył pięścią w tył głowy. Kolejnego krzata brutalnie ciągnął za włosy przez około dwadzieścia metrów. Obok niego ktoś rzucił pochodnię na dach. Cadfryn czuł wokoło siebie zapach krwi, potu i śmierci. Jeszcze bardziej podżegało go to do walki. Zapomniał o całym kodeksie, jakiego uczono go w Rycerskiej Szkole. Zapomniał o tym, że rycerz nie krzywdzi bezbronnych, staje w obronie prawych, sprawiedliwych, niewinnych. A czy Mebu było czemukolwiek winne? Czy mogło się bronić? Nie. Ale Cadfryn nie myślał o tym teraz, nie myślał o tym, gdy pod miecz nawinął mu się pierwszy elf. Na swoje nieszczęście bardzo kogoś przypominał. Cadfryn był pewny, że go już gdzieś widział, elf wyglądał bowiem zupełnie jak… 

     * * * 

     - Troje elfów prosi o audiencję o, pani – herold skłonił się przed Namar, panią na Tonga. Akurat bawiła się ze swoim synem, trzyletnim Cadfrynem. 
     - Wprowadź ich do sali, zaraz przyjdę. – zwróciła się do mężczyzny, po chwili dodała do synka: 
     - Chodź, musisz się uczyć jak sprawiedliwie postępować z poddanymi. Kiedyś przyjdzie czas, że zastąpisz swojego ojca na tronie Aurów i sam będziesz musiał podejmować ważne decyzje. I musisz zawsze pamiętać, że to władcy są dla poddanych a nie poddani dla władców. 
      Namar wzięła synka za rękę i poprowadziła do sali audiencyjnej. Tam czekało już troje osób w czarnych długich płaszczach z kapturami. Mężczyzna z kobietą nie ośmielili się podnieść wzroku, za to młoda dziewczynka, lat około dziesięciu, z hardo zadartym noskiem odważnie wpatrywała w Namar. Cadfryn był mały, ale wiedział co oznacza jej makijaż. Białe obwódki oczu i czarne łzy „spływające” po obu stronach nosa oznaczały, że na dziewczynce ciąży Klątwa Mrocznych Elfów. Nie ma obawy, pomyślał chłopiec, mama nie przyjmie kogoś takiego. 
     - Podnieście głowy i przemówcie. Z czym przychodzicie do twierdzy Tonga? – zapytała mocnym głosem pani zamku. 
     - Przychodzimy prosić o schronienie. – przemówił elf. Miał haczykowaty nos i czarne głębokie oczy. - Naszą wioskę napadła zaraza i cierpimy na chorobę zwaną gruźlicą. Wyrzucają nas zewsząd gdzie się znajdziemy, nie ze względu na zarazę lecz na naszą córkę, która jest Mrocznym Elfem, ni z winy swojej ni z naszej. – elf spuścił wzrok. 
      Namar myślała. Nie bała się wyklętych elfów, nie stanowili żadnego zagrożenia. Zarazy elfów nigdy także nie padały na ludzi. Nie wiedziała tylko jak zareagują na to mieszkańcy Tonga 
     - Przyjmę was, ale jest to tylko moja decyzja. Gdy mój mąż, pan tego zamku, powróci z wyprawy przeciw goblinom, może nie uradować go wasza obecność. Liczcie się z tym, że może was stąd wyrzucić. 
      Matka hardej dziewczynki rzuciła się do stóp Namar i dziękowała przez łzy. Małemu Cadfrynowi zaś, na zawsze utkwiła w pamięci twarz elfa o haczykowatym nosie. 

      * * * 

     Cadfryn był pewien, że elf, którego wybrał na ofiarę to był właśnie tamten elf. To, co miał zrobić za chwilę stało się koszmarem, prześladującym przez wiele, wiele nocy. W oczach elfa widniał przeraźliwy strach. Napastnik zawahał się przez chwilę, ale ciął mieczem ukośnie przez pierś. Na twarz trysnęła mu ciepła, świeża krew. Otarł szybko rękawem twarz, zawrócił wierzchowca i wyjechał galopem z wioski. Nienawiść, która do tej pory wypełniała go całego, uleciała gdzieś w chwili zabicia elfa. Na jej miejsce przypłynęła frustracja i paniczny strach. Strach przed tym, co zrobił. Przez głowę przeleciała mu myśl, że ukochana mama nie chciałaby tego. Na szczęście, niesforna, szybko się ulotniła, bo za Cadfrynem pogalopował jego najbliższy kompan z szajki – Sidar. 
     - Aleś popędził, Cadfryn, nie ma co! – zaśmiał się. Był obryzgany krwią. – To twoja pierwsza jatka? 
     Cadfryn kiwnął głową. 
     - A, tedy rozumiem. Nie przejmaj się. Ten elf, którego tak pięknie ciąłeś to pierwsza osoba, którą zabiłeś? 
     Kiwnięcie głową. 
     - Mówię ci, nie przejmuj się. – powtórzył Sidar - Ja też przeżywałem całe dwa tygodnie pierwszego krzata, którego zatłukłem. Ale to potem przeszło. Ustąpiło miejsca uczuciu, że służę szlachetnej misji, która prowadzi rasę ludzką do niezaprzeczalnej dominacji nad innymi rasami, niższymi. Dlatego mówię ci jeszcze raz: nie przejmuj się! – skończywszy, zaśmiał się wesoło i odwrócił rumaka wyglądając reszty szajki. 
      Cadfryn został sam ze swoimi myślami. W końcu zastosował się do rady Sidara i przestał przejmować się elfem. Powoli wracała nienawiść. 

     *** 

     Potem było jeszcze wiele takich wiosek jak Mebu. Często też szajka wyżynała w pień karawany kupieckie lub grupy podróżników. Cadfryn przestał w końcu liczyć uśmiercone ofiary, przestało go to bawić. Teraz bawiła go już tylko rozlewana krew. Na jednej z bitew zyskał nawet bliznę na twarzy, która sięgająca od prawego ucha po brodę, była powodem do dumy. 
     Pewnego dnia po napadzie na kolejną z rzędu wioskę wracając do obozu na odległej polanie, Cadfryn odłączył się na chwilę od grupy. Musiał iść tam, gdzie nawet królowie chodzą piechotą. Po załatwieniu potrzeby bezskutecznie próbował wrócić na szlak i dołączyć do kompanów. Szedł w kierunku, jak mu się wydawało, drogi, ale nie mógł jej znaleźć. Wszystko wskazywało na to, że zabłądził w lesie, w co nie mógł w to uwierzyć. Mech na drzewach o dziwo nie wskazywał żadnego kierunku, również słońce zdawało się stanąć w miejscu. Syn Zusila był zdezorientowany. Błąkał się po lesie nie wiadomo jak długo. Powoli stawał się coraz głodniejszy i coraz bardziej spragniony. Popękane usta szczypały. Nic, więc dziwnego w tym, że gdy usłyszał szum strumyka, rzucił się w kierunku źródła dźwięku jak szalony. Nie biegł długo. Dotarłszy nad brzeg rwącej rzeczki całą głowę zanurzył w wodzie. Pił chciwie. Gdy skończył podniósł się i otarł twarz rękawem. Zobaczył, że ktoś przed nim stoi. Była to szczupła, wysoka kobieta, o jasnych, kasztanowych włosach i szaroniebieskich, migdałowych oczach, obwiedzionych białą kredką. Z obu stron nosa spływały czarne łzy. Jej twarz nie wyrażała niczego. Cadfryn stał jak słup soli, nie wiedział czy coś powiedzieć, czy milczeć i czekać, aż nieznajoma odezwie się pierwsza. 
     - Wreszcie jesteś – przemówiła po długiej chwili milczenia kobieta. – Nie spieszyłeś się, ale może to i mój błąd. Trzeba cię było złapać i tu przytransportować, a nie czekać aż łaskawie wpadniesz w sidła. No, ale nic. Zapraszam do mojego domu, na pewno jesteś głodny. 
      Cadfryna zamurowało. Sidła? Nie spieszył się? Jaki znowu jej błąd? Kobieta nie zwróciła uwagi na jego zmieszanie. Odwróciła się i zaczęła iść, ale gdy poczuła, że nikt za nią nie podąża, spojrzała na rycerza. 
     - Czemu nie idziesz? Chyba się nie boisz? No, co ty! Przecież nic ci nie zrobię. - zaśmiała się. 
      Cadfryn chcąc nie chcąc, wstał i powlókł się za kobietą. Nie ośmielił się zadać żadnego pytania. Po chwili dotarli do „domu” nieznajomej. Była to duża, ale smukła wieża z kamieni obrośnięta winogronem. Naokoło rosły różne rośliny, które nie uprawiane tworzyły same z siebie wspaniały ogród. Kwitły kwiaty, ptaki śpiewały pięknie. Na niewielkiej polance atmosfera była sielska, czuło się, że można by tam zapomnieć o wszystkich troskach i zmartwieniach. 
      Nieznajoma wprowadziła gościa do środka. Po przejściu przez korytarz dotarli do komnaty jadalnej. Była duża ale na stole leżał jedno tylko nakrycie. 
     - Siadaj posil się – kobieta wskazała Cadfrynowi miejsce za stołem. Sama wyszła. 
     Cadfryn jadł łapczywie, był rzeczywiście głodny, popijał winem. Miało dziwny kolor, chociaż bordowy, to chwilami wydawało mu się, że jest zielone. Nie przejmował się tym, bo głód i pragnienie były silniejsze. 
      Po chwili wróciła nieznajoma. Cadfrynowi kręciło się w głowie. Patrzył na nią błędnym wzrokiem. Uśmiechała się kpiąco. 
     - Hmmm… Widzę że eitre już działa. To dobrze. – mówiła powoli. Klasnęła rękami. 
     Do komnaty wbiegły dwa stworki. Złapały wpół zsuwającego się z krzesła zbira. Zaniosły go do sypialni i położyły na łóżku. 
     - Pamiętasz mnie Cadfryn? – zapytała śpiewnym głosem nieznajoma. Włosy opadły jej na oko. Zgarnęła je za ucho. Spiczaste ucho. – Chyba nie. Jestem Tenninne, to mnie i moim rodzicom twoja matka udzieliła kiedyś schronienia. To mnie wyrzucił twój ojciec na bruk, gdy zmarła. To była dobra kobieta. Nie jesteś do niej podobny! – oczy zwęziły się jej niebezpiecznie – Nie patrz na mnie takim niewinno-głupim wzrokiem. Ja wiem jak działa eitre. Nie możesz się ruszyć, ale myślisz przytomnie. – zamilkła na chwilę, po czym podjęła -To nie mojego ojca zabiłeś w Mebu. Miał biedak pecha, że był do niego podobny. 
     - Wiesz co działo się ze mną potem? – bezsensowne pytanie. Oczywiście nie wiedział. - Moja mama umarła niedługo potem jak nas wyrzuciliście, około trzy miesiące później. Tatuś żył jeszcze długo. Jakiś mag wyleczył go prawie całkiem z gruźlicy, tata nigdy jednak nie odzyskał dawnego zdrowia. Może dlatego, że nie dano mu czasu. Jakieś zbiry zabiły go dla marnych paru groszy. Mnie oszczędzili, ale nie myśl, że z litości. – Tenninne uśmiechnęła się gorzko do strasznych wspomnień – Potem przygarnęła mnie jakaś wiedźma, która wyczuła moje magiczne zdolności. Nauczyła mnie podstaw sztuki czarów, ale sama była tylko nędzną namiastką czarownicy, nie umiała nawet czytać i pisać. Za to miała księgę. Kazała mi czytać ją na głos, ale ja omijałam najważniejsze fragmenty czytając je kiedy indziej, w samotności. W ten sposób ja się rozwijałam a ona stała w miejscu. Dziś trochę mi jej szkoda, ale co tam. Bardzo się do niej przywiązałam, jednak musiałam w końcu odejść. Zostawiłam jej na poduszce białą lilię i list. Mam nadzieję, że żyje jeszcze. Przybyłam tu i tu właśnie wybudowałam swoją twierdzę. Wieżę Gelinna. Nie myśl jednak, że przez ten cały czas zapomniałam o tobie. Przeciwnie, pamiętałam doskonale. Wiedz, że nie miałam do ciebie żalu. Bardziej do twojego ojca, chociaż i jego rozumiem go po części. Bardzo przecież kochał twoją matkę. To normalne, że po stracie ukochanej osoby wpada się w furię. Wiemy coś o tym oboje, prawda? 
     - Zawsze uważałam jednak, że po śmierci kogoś wielkiego trzeba kontynuować jego Dzieło, a twój ojciec postąpił dokładnie odwrotnie wykopując nas na ulicę. On jednak nikogo nie zabił. Ty, natomiast, Cadfryn, w zabijaniu znalazłeś ulgę. – głos Tenninne brzmiał bardzo groźnie – myślałam, że ukatrupisz paru elfów i się uspokoisz, ale dla ciebie oglądanie i zadawanie komuś śmierci zadziałało jak narkotyk. Po prostu się uzależniłeś. Bardzo mnie rozczarowałeś. Dlatego postanowiłam zadziałać. Dam ci porządną lekcję na temat rasizmu. 
     Tenninne klasnęła w dłonie. Przybiegły dwa skrzaty. Jeden z nich trzymał kolbę z czerwonym płynem. 
     - Nalewamy! – zaskrzeczał radośnie drugi 
     - Andüné e Elmu – szepnęła Tenninne. 
     Elfina skinęła ręką. Oba podbiegły. Jeden otworzył Cadfrynowi usta i wetknął w nie lejek, a drugi odetkał kolbę i powoli wlewał płyn do gardła. Cadfryn poczuł jak ciecz spływa mu do płuc, zaczynał się dusić, ale nie mógł się nawet zachłysnąć. Działające wciąż eitre nie pozwalało. 

     * * * 

     Obudził się na polanie na błoniach jakiegoś grodu. Wszystko go bolało. Ależ miałem straszny sen, pomyślał, dobrze, że się już skończył. Ciekawe gdzie Sidar i reszta? Pewnie gdzieś w tym mieście, ale się będą ze mnie nabijali, zabłądzić w lesie, też coś! 
      Tak rozmyślając Cadfryn szedł w dół do grodu. Pilnujący bramy odźwierny spojrzał na niego krzywym okiem, ale go wpuścił. 
      Miasto wydawało się znajome. Poszedł do gospody „Pod Ryczącym Smokiem”. Poprosił barmana o piwo. Ten okazał się bardzo gadatliwy. 
     - Jesteś tu przejazdem, czy zamierzasz zostać dłużej? Jakby co to mam jeszcze wolne noclegi. – zagadnął. 
     - Jeszcze nie wiem. 
     - Teraz możesz już spokojnie żyć w tym mieście. – powiedział, po czym dodał jakby do siebie – byli tu tylko tydzień. 
     - Kto? 
     - Tabun. 
     - Tabun?!? Był tu Tabun?!? Jak dawno? Dokąd odjechali? – Cadfryn zerwał się z miejsca. Wiedział, że to jego szajkę nazywano Tabunem. Chciał jak najszybciej dogonić ich i do nich dołączyć. Barman się jednak nie palił, by udzielić mu informacji. 
     - Broszę się nie gorączkować. Odjechali dwa tygodnie temu. Prędko tu nie wrócą. 
     A dokąd pojechali to wiedzą tylko oni i sam diabeł. 
     - Ale ja muszę ich zaleźć. Pan chyba nie rozumie. – w tej chwili zdał sobie sprawę z tego, że się zagalopował. Dal otwarty powód do podejrzeń, że jest jednym z bandytów. Mogła go za to spotkać surowa kara. Barman jednak go o to nie podejrzewał. 
     - Jesteś bardzo dziwny. Każdy na twoim miejscu uciekałby gdzie pieprz rośnie, a ty chcesz ich szukać. Twoja wola. Pojechali na południe. Truskawkowym Gościńcem. 
      Cadfryn wyleciał z gospody jak oparzony. Konia. Musiał zdobyć konia. Oczywiście był tylko jeden sposób, wierzchowca trzeba było ukraść. Upatrzył jednego młodego siwka stojącego u wejścia do jakiejś karczmy. Rzucił się w jego stronę, ale do niego nie dotarł, bo potknął się o coś i upadł twarzą prosto w kałużę. Do ust dostało mu się pełno błota. Zaczął je wypluwać, jednocześnie ocierając sobie twarz. I nagle osłupiał. 
      Nie było blizny. 
      Gorączkowo obmacywał sobie twarz, ale na nic. Blizna nie chciała się pojawić. To ta elfia wiedźma, myślał, to ona pozbawiła mnie mojej blizny, wiedziała, że jestem z niej dumny! Wpadł do karczmy przed którą stał upatrzony siwek. 
     - Lustro! – zawołał do barmana – Daj mi lustro! 
     Ten, z nieco zdziwioną miną, wyszperał gdzieś z pod lady małe lusterko. Ze zdumieniem też patrzył jak jego klient wyrywa mu je i patrzy w nie miotając przekleństwa przeplatane z wyrazami zdziwienia. 
     - To nie ja… Ja nie jestem sobą… To nie możliwe…Ja…Ja nie mogę być…ELFEM!!! 
     W przypływie nagłej, jakże uzasadnionej złości, wyszarpnął miecz z pochwy siedzącego obok rycerza i ciął pobliski stół. Wszystkie posiłki rozsypały się po podłodze. Odwrócił się i rozwalił drugi stół. Trzeciego mu się nie udało bo na drodze stanął mu kamrat ów rycerza i sparował jego uderzenie. Cadfryn, choć nie był sobą, nie zapomniał jak się walczy, złość dodawała mu jeszcze sił. Ale, jak mawiają wampiry, gniew zdradliwym jest sojusznikiem. Cadfryn za bardzo zawziął się na rycerza i nie zauważył jak drugi podchodzi od tyłu by uderzyć go w tył głowy ogromną wazą po zupie. 

      Kiedy się obudził nie widział nic. Tylko ciemność. Wszystko go bolało i nie mógł się ruszyć. Coś uciskało kostkę. Po omacku dotknął jej i okazało się ze jest przykuty do łańcucha przytwierdzonego do kamiennej ściany. To było oczywiste, zamknięto go w jakimś zaplutym lochu. 
      Nie potrafił powiedzieć jak długo tam leżał. Wreszcie zaskrzypiały drzwi i wchodząc do środka, ktoś wpuścił do celi trochę światła. Był to olbrzymi strażnik więzienny. Na powitanie kopnął Cadfryna boleśnie w biodro. 
     - Bójek się zachciało, co? – warknął szyderczo – Nauczysz ty się jeszcze poszanowania cudzego mienia! Ty… Ty… 
      I tu umilkł, bo nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa. Cadfryn chciał coś powiedzieć, ale z jego ust dobył się tylko niewyraźny bełkot. 
     - Żarcie. – fuknął strażnik - Ty… 
     Cadfryn zapomniał już jak bardzo jest głodny. Chciał wstać, nie mógł, tylko jęknął. Strażnik patrzył na niego przez chwilę z pogardą w oczach. Potem skierował się do wyjścia. W progu zatrzymał się jednak i odwrócił. 
     - Ty… Elfi pomiocie! – powiedział i zatrzasnął za sobą drzwi. 
     Cadfryn zwlókł się z podłogi i z trudem wstał. W lochu znowu było ciemno. Wymacał stół i leżące na nim dwie czerstwe kromki chleba oraz szklankę wody, której o mało nie wylał. Stanowiło to co prawda marne pożywienie, ale musiało wystarczyć. 
     Cadfryn jeszcze długo siedział zamknięty w celi. Dni liczył wedle przybywania strażnika z jedzeniem, które chociaż nie najlepsze, było przynajmniej regularne. Osiemnastego dnia pobytu wiedział już, że to nieobecność namiestnika grodu sprawiła, że musi tu być tak długo. Wraz z jego powrotem miało się odbyć rozsądzenie sprawy. Ze strzępków informacji Cadfryn wywnioskował również, że rozsierdzony karczmarz „dodał” mu jeszcze kilka innych przewinień. Położenie było nieciekawe. 
     Wreszcie, dwudziestego dnia, przyszedł strażnik i oznajmił, że namiestnik oczekuje go u siebie. Gabinet był niedaleko. Kiedy weszli, Cadfryn porządnie się zdziwił. Spodziewał się bowiem zastać otyłego, bogato ubranego jegomościa w ustrojonej sali przypominającej tronową. Namiestnik był jednak dość młodym mężczyzną, ubranym skromnie, acz nie ubogo. A jego pokój zdobił jeden jedyny obraz sielskiego wiejskiego widoczku. 
     - Odejdź – powiedział do strażnika a widząc jego spojrzenie dodał z uśmiechem – nie bój się, może mnie nie zabije. 
      Strażnik odszedł. Namiestnik długo patrzył w oczy Cadfryna. 
     - A więc rozróba w karczmie, panie elfie? – powiedział wreszcie – nie lubię zajmować się osobami takimi jak ty. Dobrze ci z oczu patrzy, wielu jest takich. Aż tu nagle coś im odbija i a to coś ukradną, a to coś obiją a to kogoś utłuką. I co ja mam z tobą zrobić? Jak ty się właściwie nazywasz? Nikt w karczmie ani nawet w moim mieście cię nie zna. Cadfryn wiedział, że powiedzenie prawdy nic mu nie da. Był Synem króla, to prawda, ale przecież nie był teraz sobą. Wszystko przez te głupią wiedźmę. 
     - Przeklęta Tennine. – bąknął po cichu pod nosem. 
     - Jak, bo nie dosłyszałem? – odezwał się namiestnik. 
     - Teninar – wypalił bez zastanowienia. 
     - Teninar skąd? 
     - Znikąd. Jestem bękartem. Nie znam ojca ani matki. 
     - A więc… Bękarcie znikąd, co masz na swoje usprawiedliwienie? 
     Cadfryn milczał. Nie wiedział jak sensownie wytłumaczyć się z tego co zrobił. Bał się, że uznają go za wariata i wsadzą do szpitala dla obłąkanych. 
     - Dlaczego nic nie mówisz? Hmm… Jakbyś był człowiekiem to bym cię wypuścił, ale ja drogi Teninarze nie lubię elfów. Już, szczerze mówiąc, wolę krzaty. Dlatego też posiedzisz jeszcze dwa miesiące. Co tydzień poczęstuję cię cięgiem batów. No i jak wyjdziesz będziesz odpracowywał wszystkie straty w karczmie którą zdewastowałeś. Jasne? 
      Cadfryn kiwnął głową. Był wściekły. Namiestnik zawołał strażnika, który odprowadził Cadfryna z powrotem do celi. 
      Następne dwa miesiące były monotonne. Plecy od batów bolały. Miał teraz dużo więcej mniej szlachetnych blizn niż jego stara, ukochana na twarzy. 
      Cadfryn nie wiedział jak przetrwał ten czas. Najgorsze miało dopiero nadejść, a miała tym być praca u karczmarza. Za najmniejsze przewinienie czy pomyłkę dostawał ciężkie kary. Pewnego dnia gdy szorował na klęczkach podłogę do karczmy wszedł dobrze zbudowany rosły mężczyzna. Cadfryn rozpoznał go od razu. To był Sidar! 
     - Idziemy! – powiedział władczym tonem – Nie będę jadł w karczmie którą szoruje elf! 
      Z tymi słowami odwrócił się i odszedł wraz z paroma kompanami. Zanim Cadfryn zdał sobie sprawę z tego co się dzieje upłynęło sporo czasu. Potem wyleciał z karczmy jak z procy i popędził za Sidarem. 
     - Sidar!!! Sidar!!! Gdzie jesteś?!? 
     Złapał jakiegoś mężczyznę za ramię. Ten odwrócił się okazał być Sidarem. 
     - Nie będziesz mnie dotykał, szlamo! – wycedził, po czym wbił Cadfrynowi sztylet między żebra. 

     * * * 

     Wszędzie w około widzę tylko ciemność 
     Gdzieniegdzie migają gwiazdy 
     Wszystko boli 
     Sztylet w żebrach boli 
     Zorza polarna 
     Świeci migotliwym blaskiem 
     Ulotnym blaskiem 
     Wszędzie suchy piach 
     Jest mi tak strasznie gorąco 
     Nie widać horyzontu 

     SPADAM !!! 

     * * * 

     Upadł z głuchym hukiem na piasek. Wszystko już rozumiał. To Tenninne zmieniła go, przenosząc do innego ciała, do innego miejsca. Gdzie jest teraz, nie wiedział. Chciał powrócić do wieży Gelinna i wyznać elfiej czarodziejce wszystko. Jak bardzo jej teraz nienawidził. Ona nie wie co musiał przejść w grodzie którego nazwy nawet nie poznał. Nie wiedział gdzie był przedtem, dobrze znał Truskawkowy Gościniec, nie było wzdłuż niego takiego miasta. Nie wiedział również gdzie wylądował po owej dziwnej podróży. Wiedział, że to pustynia, ale nigdy na takowej nie był i nigdy pustyni nie widział. Wiedział także, że nie ma sztyletu między żebrami, ani nawet żadnego śladu po nim. 
      Och, jakże nie nienawidził tej przeklętej wiedźmy. 
      W oddali zamajaczyły jakieś zabudowania, widać było nawet zielone rośliny. Ruszył w tamtą stronę. Zakręciło mu się w głowie. Upadł. Wstał, bo musiał iść dalej. Budynki były dalej niż się spodziewał, ale czuł już zapach świeżej wody. A bardzo chciało mu się pić. Upadł na kolana, czołgał się, opadał z sił. Ciągnął go tylko ten zapach. Dotarł do wioski, ludzie którzy tam byli dziwnie mu się przypatrywali. Nikt nie przyszedł z pomocą. Cadfryn doczołgał się do wodopoju dla koni. Zanurzył w nim całą głowę, a po chwili wgramolił się do niego cały. Gdy się już orzeźwił rozejrzał się dookoła. Wszędzie było pełno ludzi którzy wciąż parzyli na niego bezczelnie. Z resztą byli dziwni, ich skóra miała kolor czekoladowy. Cadfryn dopiero teraz spojrzał po sobie. Też był brązowy. Nie zrobiło to na nim takiego wrażenia jak poprzednio gdy odkrył że jest elfem. Wiedział, ze to wszystko sprawka Tenninne. Poza tym może i był czekoladowy, ale chociaż był człowiekiem. 
     Do wodopoju podeszła młoda kobieta z jakimś zwierzęciem. Zwierzę nie było jednak koniem. Było o wiele większe, od konia, strasznie kosmate i brzydkie. Nie mogło być żadną odmianą pięknej i dumnej rasy koni. 
     - Czy mógłbyś wyjść? – zapytała grzecznie młoda kobieta – chciałabym napoić mojego wielbłąda. 
     - Wielbłąda? 
     - Tak. Proszę, wyjdź. 
     Wyszedł. Za ten czas zawołano wodza wioski, który teraz stanął przed Cadfrynem. Był to wysoki, dobrze zbudowany starszy mężczyzna. Bardzo dumny i władczy. Cadfryn przy nim zmalał. Wódz patrzył na niego z góry. 
     - Kim jesteś i czego szukasz pośród mojego ludu? –zapytał gardłowym dobitnym głosem. 
     - Jestem Cadfryn, syn Zusila z rodu Aurów. – odrzekł zgodnie z prawdą i nie mniej dumnie. – Trafiłem tu przypadkiem. Jestem głodny i zmęczony. Liczę na twoją gościnę.
      Takie słowa zaskoczyły wodza. Jednak spodobał mu się ten młody pewny siebie cudzoziemiec. Nadaje się na przywódcę, pomyślał wódz, wielu poszłoby za nim bez zmrużenia oka. 
     - Witaj w naszych skromnych progach – uśmiechnął się – Witaj pośród ludzi z plemienia Akan, ludu Owimbundu. Jestem Szona, wódz tych oto tu zebranych – powiódł ręką po zbiegowisku – i jeszcze paru innych, tu nieobecnych. Chodź do mojej siedziby synu Zusila, porozmawiamy. 
      Cadfryn nie spodziewał się aż tak ciepłego powitania, więc trochę go zamurowało. Poszedł jednak za Szoną. Jego siedzibą okazała się chata lepiona z czegoś co przypominało glinę, jednakowoż gliną nie było. Pachniało, czy raczej śmierdziało inaczej. Gdy weszli do środka wódz poprosił Cadfryna, żeby usiadł, po czym rozkazał przybocznym odejść. Rozmawiali długo, Cadfryn, sam nie wiedząc czemu, opowiedział Szonie o Tenninne. Mówił jak bardzo jej nienawidzi, za to co mu zrobiła, musiał się wygadać, ale nie wspomniał słowem o tym co robił zanim elfina go dopadła i o swoich rasistowskich poglądach. Powoli zaczynał rozumieć bezsensowność swoich czynów, lecz nie dostrzegał w tym ręki Tenninne. Jeszcze. 
      Chodź Cadfryn nie miał na to nadziei, Szona o dziwo uwierzył w jego opowieść, mimo całej jej nieprawdopodobności. 
     - Owimbundu znają czary. Biali ludzie używają ich przeciw nam. Kto dostanie się w ich ręce ten już nie wraca. Mają kije, które wydają wielki hałas, one ranią nas. Rany są małe, ale bolesne i głębokie. Nie umiemy ich leczyć. Nasze czary nie pomagają. 
     - Kim są biali ludzie? – spytał Cadfryn 
     - Nie wiem, prawdę powiedziawszy. Przybyli wodą na wielkich statkach. Dziwnie ubrani i dziwnie mówiący. Kiedyś próbowali nas przekupić jakimiś sreberkami, myśleli, że jesteśmy głupi. Teraz nie ma miedzy nami żadnego dialogu. Tylko wojna, wojna w której jesteśmy skazani na klęskę, bo nie znamy magii białych ludzi. – Szona pogrążył się w chwilowej, lecz głębokiej zadumie. 
     - Ale cóż, co ma się stać to i tak się stanie. Zanim wyginiemy z ręki białych ludzi nie poddamy się. Wiem, mogą zabrać nam wszystko, nasze ziemie, naszą odwagę, wszystko, ale nadziei nam nie zabiorą! Tymczasem rozgość się u nas, oddam ci do dyspozycji chatę mojego syna, a on tymczasem zamieszka u mnie. 

      Następne dni upłynęły lekko, wręcz sielsko. Cadfryn szybko dogadał się z mieszkańcami wioski. Polubili go, był miły, a w dodatku uczył ich rzeczy o których nigdy nie słyszeli. 
     Zwykle jest tak, że o rzeczach dobrych się nie wspomina, nie opisuje się dni, w czasie których nie zagraża nam żadne niebezpieczeństwo. 
     Tak samo jest i w tym przypadku. Cadfryn spędził wśród murzynów Akan pół roku wedle rachuby Słońca. Bo choć był to zupełnie inny świat niż tez z którego pochodził, to jednak Słońce świeciło to samo. Dwa razy Akan starli się z białymi ludźmi. Dwa razy ich odparli, dzięki pomocy Cadfryna. Wreszcie po raz pierwszy w życiu ujawniły się jego zdolności przywódcze. Szona był już stary, jego syn zbyt młody, by dowodzić wojskiem w trakcie bitwy, dlatego zdali się na młodego cudzoziemca. 
     Cadfryn polubił tych ludzi. Nie byli wykształceni, ich rozwój stał na niskim poziomie, ale mieli w sobie promieniującą mądrość. Niestety, dni szczęśliwe mijają szybko i często nie trwają długo. Powolnymi krokami nadeszła trzecia bitwa. Zwiadowcy na dzień przed nią wypatrzyli Białych Ludzi zmierzających w stronę plemienia Akan. Zawrzały przygotowania. Cadfryn dwoił się i troił aby zapewnić „białasom”, jak nazywano ich w wiosce, niezapomniane powitanie. Tu kazał kopać wilcze doły, tam przygotować kamuflaż dla strzałkarzy, wydawał jeszcze wiele innych poleceń . Wioska była nie do zdobycia. 
     A jednak. Biali Ludzie też nie byli głupi. Wiedzieli, kto dowodzi murzynami Akan, wiedzieli także, ze trzeba się go pozbyć. 
     Gdy bitwa na polach pod wioską Akanów rozgorzała, „białasy” podkradły się od tyłu i uderzyły Cadfryna w tył głowy czymś tępym. Stracił przytomność. Murzyni wygrali, ale Cadfrynowi nie było już dane tego widzieć. Widział bowiem tylko ciemność. 
     Obudził się spętany łańcuchami pośród mrowia innych w takiej samej sytuacji. Nie mógł się ruszyć. Sytuacja była beznadziejna. Wokół gromady murzynów pełnili straż Biali Ludzie z huczącymi kijami. Nie było to potrzebne, żaden z jeńców i tak nie mógł się ruszyć. Cadfryna bolała głowa. Był pewien, że wyrósł mu z tyłu ogromny guz. Myślał o przebiegu trzeciej bitwy i o tym co „białasy” robią ze schwytanymi murzynami. Pamiętał doskonale, Szona mówił, że kto zostanie schwytany nigdy już nie powraca. 
     Wszystko już niedługo się wyjaśniło. Z nastaniem świtu Biali ludzie zaprowadzili jeńców na wybrzeże, do portu. Na zacumowanym tam statku krzątała się załoga. Więźniowie brutalnie popychani, zostali wprowadzeni na pokład, a właściwie pod pokład. Cadfryna zatkało. Cala powierzchnia pod pokładem dostosowana była do przewozu ludzi jako towaru. Niewolników zaczęto powoli upychając gdzie się tylko dało. Ułożono ich w rzędach i skuto kajdanami. Osobno kobiety, mężczyźni, dzieci. Tych którzy się nie zmieścili umieszczono w wolnych miejscach między rzędami ludzi. Do tych ostatnich należał Cadfryn. Kiedy już wszyscy byli pod pokładem wszedł kapitan statku i wygłosił do uwięzionych coś w rodzaju przemowy. Nikt jednak nie zrozumiał jego słów, bo mówił śpiewnym, nikomu nie znanym językiem. Kiedy skończył, roześmiał się szyderczo i wyszedł odcinając tym samym dopływ światła i świeżego powietrza. Jeńcom wydawało się, ze minęły wieki zanim ujrzeli je ponownie. 
     W rzeczywistości minął tylko jeden dzień. Majtkowie uwolnili murzynów z kajdan na czas posiłku i ćwiczeń. Muszą dotrzeć do celu w mniej więcej dobrym stanie, lubił mawiać kapitan. Po nędznym jedzeniu, które prawie nie posiliło jeńców, wszyscy wstali i wykonali około trzydziestu podskoków. To było wszystko. Potem powrócili z powrotem pod pokład, gdzie przetrwali dobę. Następnego dnia powtórzyło się to samo. I jeszcze następnego też. Czwartego zaś dnia nie. 
     Na statku wybuchł bowiem pożar. 
     Dwóch pijanych majtków pokłóciło się o coś i tocząc bójkę strącili na pokład lampę naftową. Oczywiście ich umysły były na tyle przytępione, że nie zadali sobie sprawy z powagi sytuacji i zupełnie na to nie zareagowali. Powoli, lecz nieuchronnie płomienie obejmowały deski pokładu, potem przerzuciły się na żagiel. Jakiś oficer spostrzegł co się dzieje i natychmiast popędził po kapitana. Kiedy ten wyleciał z kajuty na pokład, zdawało się, że stracił głowę, on jednak, zachowawszy zimną krew, szybko wydawał kolejne rozkazy. Najpierw załoga próbowała okiełznać rozszalały żywioł, gdy jednak zdało się to na nic, kapitan kazał spuścić szalupy. 
     - Co z niewolnikami, kapitanie? – zapytał jeden z oficerów. 
     - Zostaw ich! Na co nam oni skoro za chwilę nie będziemy mieć statku? – odkrzyknął gniewnie kapitan. 
      Statek powoli zaczął iść na dno. Woda wlewała się pod pokład, gdzie leżeli jeńcy. Wszyscy czuli nadchodzącą śmierć i szamotali się równie panicznie jak daremnie. Cadfryn nie. Przez wszystkie lata swego życia, choć było ich niewiele, nauczył się zachowywać zimną krew i patrzeć godnie śmierci w oczy. W końcu pochodził z królewskiego rodu. 
      Niespodziewanie poczuł w sobie przypływ ogromnej i zarazem tajemnej siły. Zerwał łańcuchy jakby były z nitki i wstał. Woda sięgała mu do pół uda. Rozejrzał się wokoło. Wszyscy mężczyźni patrzyli na niego, w ich oczach była nadzieja. Cadfryn rozprawił się z ich łańcuchami w mgnieniu oka. Słyszał za drewnianą ścianą krzyki i szamotaninę dzieci i kobiet. Była zbudowana z cienkich desek, nie stawiała oporu. Po dwóch minutach wszyscy jeńcy byli wolni. Pozostawała jednak jeszcze kwestia płonącego statku. 
      Cadfryn starał się nadal zachowywać zimną krew. Było mu trudno, bo wszystkie szalupy, po brzegi wypełnione załogą, były już daleko od statku.Myślał gorączkowo, murzyni próbowali gasić pożar. Niektórzy w panice skakali za burtę, jednego dopadł rekin. I nagle, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pożar zaczął gwałtownie maleć aż w końcu sam wygasł, ku zdumieniu obecnych na pokładzie. 
      Cadfryn wiedział co robić, choć nigdy przedtem nie widział nawet statku na oczy. Głośno ryknął, przywracając rzeczywistości nową załogę. Rozkazał by wszyscy złapali za wiadra i powoli wylewali wodę spod pokładu. Po godzinie było po wszystkim. Jeden z jeńców był wodzem przybrzeżnego plemienia i znał się na kierowaniu statkiem. Ustawili kurs „ląd” i popłynęli do domu. 

      Po trzech dniach byli u brzegów, osiedli na mieliźnie. Nie mogli wpłynąć do portu, był bowiem kontrolowany przez Białych Ludzi. Żaden z byłych niewolników nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Wszyscy byli teraz niedaleko swoich domów, a zawdzięczali to Cadfrynowi i jego tajemnej mocy. Potraktowali go jako dobrego ducha zesłanego przez bogów, a może nawet za jednego z nich. Chociaż tłumaczył im, że jest takim samym śmiertelnikiem i zwykłym człowiekiem, jak oni, nie chcieli go słuchać. Gotowi mu byli wybudować świątynię w miejscu w którym dobili brzegów. Jak sam stwierdził, Cadfryn był, wbrew pozorom, w położeniu beznadziejnym. 
      W końcu puściły mu nerwy i powiedział: 
     - Dajcie wy mi święty spokój! Odchodzę, nie żądam od was żadnego dziękczynienia! Kto pójdzie za mną tego spotkają straszliwe konsekwencje! Przestańcie podążać za mną. Bogowie sobie tego nie życzą. 
      Z tymi słowami Cadfryn opuścił brzegi oceanu i udał się przed siebie do murzynów Akan. 
      Wódz przywitał go z niekłamaną radością. Trzecia Bitwa była wygrana. Niestety zginął w niej syn Szony i jego jedyny następca. Wódz był tym bardzo zasmucony, bał się, że po jego śmierci, poddani wybiorą na jego miejsce kogoś niewłaściwego. Dlatego chciał swoim spadkobiercą uczynić nikogo innego, jak tylko Cadfryna. Oznajmił mu to już w trakcie uczty powitalnej. Cadfryn o mało się nie zgodził. W porę przypomniał sobie jednak, że w tym czasie i przestrzeni jest zapewne tylko krótkotrwałym gościem. 
     Był prawie pewien, ze niedługo Tenninne zabierze go stąd. Nie czuł już nienawiści do tej Mrocznej Elfiny. Był jej nawet na swój sposób wdzięczny, że pozwoliła mu poznać takich ludzi jak Akanowie. Co prawda daleko było mu jeszcze do tego aby żywić do niej przyjazne czy też braterskie uczucia, jednak nie mógł nie docenić tej wiedzy jakiej nabył od swoich obecnych gospodarzy. 
     Było mu u nich dobrze, ale już chciał wracać do domu. Chciał powrócić do ojca, którego nie widział, odkąd dołączył do Tabunu. Chciał go przeprosić za to, że wyjechał tak nagle, bez pożegnania, za to, że przysporzył mu tyle strapień. Bał się, że może już nie zastanie go żywego. Tak wiele chciał w tej chwili naprawić. Na barkach poczuł ciężar istnień, których pozbawił życia. Czul się pusty, chciał się rozpłynąć, uciec, ale nie miał dokąd. Powiedział o tym Szonie, wyznał wszystko. Wódz jednak nie zrozumiał. Spojrzał na młodego gościa, chciał coś powiedzieć, ale tylko osłupiał. Cadfryn robił się bowiem zielony. Nagle cały zmienił się jakby w zieloną wodę i ku zdumieniu wszystkich zaczął parować 

     * * * 

     Ciepło przynosi ulgę 
     Już nie czuć wyrzutów sumienia 
     Ciało dzieli się na miliony części i leci ku gwiazdom 
     Jest mi lekko 
     Wszyscy na mnie patrzą 
     I znikają nagle 
     Wszędzie gwiazdy 
     Znikła wioska w oddali 
     I wszędzie gwiazdy 
     Widzę las 
     W nim, w środku, Gelinna 
     Jest mi lekko. 

     * * * 

      Cadfryn w postaci pary wodnej, powolutku opadał na łąkę, na której stała wieża Gelinna. Na tarasie budowli stała postać, jakby spowita mrokiem. Cadfryn skroplił się jak rosa na trawie, zlał w jedną kałużę, wystrzelił w górę jak fontanna i stał się znów sobą. Wróciły wyrzuty sumienia. Przykucnął potem klęknął na trawie i zupełnie nie po męsku zalał się gorzkimi łzami. Postać z tarasu zniknęła by po chwili pojawić się w drzwiach frontowych. Była to oczywiście Tenninne. Podeszła do Cadfryna, ujęła jego głowę pod brodę i podniosła ją tak by móc patrzeć w jego oczy. 
     - Proszę, nie płacz – powiedziała delikatnym głosem, emanował jednak od niej chłód – Nie martw się tym co było. W każdej chwili możemy się odciąć od zlej przeszłości i zacząć nowe życie. Nie trap się przeszłością. 
     - Nie potrafię, zrozum proszę. – odpowiedział łamliwym głosem i znowu się rozpłakał 
     - Chodź do środka – Tenninne wstała wzięła go za rękę i poprowadziła do wieży. 
     Skrzatom kazała uwarzyć jakiejś mikstury, a Cadfryna zaprowadziła do jednej z komnat – tej samej, w której się zaczęła jego wędrówka. Położył się na łóżku i zwinął w kłębek wstrząsamy gwałtownymi spazmami. Elfina patrzyła na niego chwilę. Gdy skrzaty przyniosły miksturę, siadła przy nim i sama go napoiła. Uspokoił się. Złożył głowę na jej kolanach. Była bardzo zimna. 
     - Wiesz, Tenninne, tak bardzo chciałbym zawrócić czas, żeby to wszystko się nie stało 
     – Cadfryn mówił powoli, jąkał się – Chciałbym, żeby moja mama żyła, żeby tata was nie wygonił, żebym ja nie chciał odejść od domu, żeby twoi rodzice nie umarli, żebym nie zabijał tamtych elfów, żeby oni żyli. Tak mi ciężko! 
     - Wiem, Cadfryn, dokładnie co teraz czujesz. Wołanie Złego usłyszałam w wieku pięciu lat. Nawet nie wyobrażasz sobie czego wtedy doświadczałam. Za jego głosem nie da się nie iść. Oni wszyscy, moi rodzice, twoja matka i wielu wielu innych zginęło przeze mnie. Zły przemawiał do mnie bez przerwy, mówił co mam robić i jak ukrywać to przed innymi. To ja przyniosłam zarazę na całe moje plemię tylko dlatego, że on tak chciał. Mam na swoim sumieniu o wiele więcej istnień niż ty. 
      Cadfryn spojrzał na Tenninne, była zupełnie inna niż wtedy gdy wysyłała go na tę nietypową wycieczkę. Była nadal mroczna, ale gdzieś w głębi, pozostał w niej blask jej starożytnych, szlachetnych przodków. 
     - Opamiętałam się dopiero gdy umarła moja mama – kontynuowała – przestałam służyć Złemu kiedy opuściłam tę starą wiedźmę która mnie przygarnęła po śmierci ojca. Kosztowało mnie to wiele wysiłku intelektualnego, ale udało się. Zły nie może się zemścić, po swoim ostatnim upadku jestem dla niego zbyt mocnym przeciwnikiem. Mimo tego, zawsze byłam kimś gorszym. Dla ludzi bo jestem elfem, dla elfów bo jestem mroczna. Prowadzę partyzancką wojnę, Cadfryn, sama nie zmienię mentalności ludzkiej, dobrze wiem, ale mogę zmieniać takich jak ty. Wiem, że mogę zrobić chociaż tyle, by oszczędzić innym cierpień których ja doznałam. Mam nadzieję, że mi pomożesz. Prawda? 
      Cadfryn spojrzał na elfinę. 
     - Dobrze wiesz, że po tym co przeżyłem dzięki tobie możesz na mnie liczyć. Gdyby nie ty nigdy bym nie zrozumiał, że wszystkie rasy są sobie równe. Nie zrozumiałbym, że wszyscy jesteśmy inni, ale te piękne różnice między nami powinny nas do siebie zbliżać, a nie nas dzielić. Teraz już wiem wszystko. – w jego zapłakanych oczach pojawiła się nutka nadziei na ukojenie. 
     - Cadfryn powiedz mi, jak dokonałeś tego wszystkiego na statku niewolników, kto dał ci tę siłę? 
     - Nie wiem Tenninne, nie wiem. A powiedz mi coś jeszcze. 
     - Co takiego? 
     - Co to znaczy Andüné e Elmu? Tennine uśmiechnęła się uśmiechem pradawnych przodków. 
     - Równość i Braterstwo. 

     * * * 

     - Reszta mojego życia choć piękna była już monotonna. Wróciłem do domu, pojednałem się z ojcem, na dwa dni przed jego śmiercią. Zasiadłem na tronie Tonga i zawarłem sojusz z Tennine. Pomogłem jej wyjść z mroku i stać się istotą światła chociaż z wyglądu się nie zmieniła. Schwytałem cały Tabun, nigdy nie zapomnę jakie mieli miny gdy zobaczyli mnie w królewskich szatach. Miałem trzech synów i dwie córki. W moim królestwie panował spokój przez wszystkie lata mojego życia. Udało mi się nawet zawrzeć pokój z goblinami. Nigdy jednak nie wierzyłem w bogów, chociaż uczyła mnie tego moja matka. Teraz wiem, że nie postępowałem słusznie. 
      Opowieść dobiegła końca, Cadfryn spuścił głowę. 
     - Miałeś bardzo ciekawe życie synu Zusila. – powiedział po chwili Japile - Nie obawiaj się, nie zostaniesz potępiony. W porę bowiem zrozumiałeś swoje złe postępowanie i w odpowiednim czasie zawróciłeś z obranej ścieżki. Co do bogów, zaś wiedz, że nie jesteśmy po to aby odbierać cześć, ale po to by pilnować ładu na świecie który powierzono naszej opiece. Jest wiele światów, jeden z nich odwiedziłeś w trakcie swojej niezwykłej wędrówki. Nie martw się więc tym. Błękitne Wrota Wieczności stoją przed tobą otworem 
     Bóg zniknął a na jego miejscu pojawiła się ogromna brama świecąca jasnobłękitnym blaskiem. Otworzyła się bezgłośnie, a Cadfryn przekroczył progi raju.


copyright 2003-2020 brylka