Przejdź do treści

Gwóźdź Pająka

Kazał mi to zrobić, mnie słabemu, pogrążonemu w ciemnościach, zamkniętemu w piwnicy pod żelazną klapą, wśród mokrych kammiennych ścian, nie widzącemu nic prócz nieprzeniknionej czerni, pozostawionemu sam na sam ze swoimi myślami, równie mrocznymi jak otoczenie.
Nie odzywał się do mnie wcale, zawsze milczący, przypatrywał się tylko, błyskały jego ślepia w ciemności a było to bardziej przerażające niż wszystko inne. Nie zwracał uwagi gdzy skuty łańcuchami przemawiałem do niego, wykrzykiwałem zaklęcia, prośby i groźby, obserwował ale nie widziałem w jego spojrzeniu żadnej satysfakcji, zachowywał się spokojnie, bardzo obojętnie, jakby wykonywał zwyczajną pracę lub domową czynność. Niekiedy wydawało mi się, że schodzi do mnie z jakimś zażenowaniem, ubrany w maskę pogardy jednak wstydzący się tej swojej jakby narzuconej z góry roli.
Między mrokiem rzeczywistości a ciemnymi otchłaniami gdzie wędrowałem przez większość czasu nie było juz prawie widocznej różnicy. Czasami w snach biegłem po wzgórzu, a tak naprwdę było nim wysypisko śmieci, tarzałem się wśród nich szczęśliwy, pożerałem stare skarpety i odpadki atomowe, przewalałem się po rozbitym szkle z nieopisaną przyjemnością, robiłem fikołki na stertach gruzu, a na koniec oglądałem swoje rany i ogarniała mnie duma i radość człowieka wolnego, sypiającego w miejscu złożenia swojego zmęczonego ciała na ziemię.
Budziłem się zawsze w nocy pozbawionej światła księżyca i blasku najmniejszej chociaż gwiazdy. Ulatywały senne marzenia, zastępowane półświadomymi majakami i halucynacjami. Podejrzewałem, że do papki, którą mnie karmi dodaje jakiś narkotyk by powiększyć moje zagubienie, i tak rzeczywiście się działo, ja - przeklęty przez los tonąłem we własnych fatamorganach, bełkotałem do nieistniejących rozmówców, rozpływałem się w kałużach kwasu, byłem potrącony i połamany przez minaturowe samochodziki za których kierownicami siedzieli plastikowi żołnierze. Przyszedł do mnie pająk z niewielkim gwoździem ciągniętym na pajęczynie: