wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Gwóźdź Pająka

Kazał mi to zrobić, mnie słabemu, pogrążonemu w ciemnościach, zamkniętemu w piwnicy pod żelazną klapą, wśród mokrych kammiennych ścian, nie widzącemu nic prócz nieprzeniknionej czerni, pozostawionemu sam na sam ze swoimi myślami, równie mrocznymi jak otoczenie. 
     Nie odzywał się do mnie wcale, zawsze milczący, przypatrywał się tylko, błyskały jego ślepia w ciemności a było to bardziej przerażające niż wszystko inne. Nie zwracał uwagi gdzy skuty łańcuchami przemawiałem do niego, wykrzykiwałem zaklęcia, prośby i groźby, obserwował ale nie widziałem w jego spojrzeniu żadnej satysfakcji, zachowywał się spokojnie, bardzo obojętnie, jakby wykonywał zwyczajną pracę lub domową czynność. Niekiedy wydawało mi się, że schodzi do mnie z jakimś zażenowaniem, ubrany w maskę pogardy jednak wstydzący się tej swojej jakby narzuconej z góry roli. 
     Między mrokiem rzeczywistości a ciemnymi otchłaniami gdzie wędrowałem przez większość czasu nie było juz prawie widocznej różnicy. Czasami w snach biegłem po wzgórzu, a tak naprwdę było nim wysypisko śmieci, tarzałem się wśród nich szczęśliwy, pożerałem stare skarpety i odpadki atomowe, przewalałem się po rozbitym szkle z nieopisaną przyjemnością, robiłem fikołki na stertach gruzu, a na koniec oglądałem swoje rany i ogarniała mnie duma i radość człowieka wolnego, sypiającego w miejscu złożenia swojego zmęczonego ciała na ziemię. 
     Budziłem się zawsze w nocy pozbawionej światła księżyca i blasku najmniejszej chociaż gwiazdy. Ulatywały senne marzenia, zastępowane półświadomymi majakami i halucynacjami. Podejrzewałem, że do papki, którą mnie karmi dodaje jakiś narkotyk by powiększyć moje zagubienie, i tak rzeczywiście się działo, ja - przeklęty przez los tonąłem we własnych fatamorganach, bełkotałem do nieistniejących rozmówców, rozpływałem się w kałużach kwasu, byłem potrącony i połamany przez minaturowe samochodziki za których kierownicami siedzieli plastikowi żołnierze. Przyszedł do mnie pająk z niewielkim gwoździem ciągniętym na pajęczynie: 
     - Zabij się nim. - Powiedział. 
     Brałem go poważnie, rozważałem jego propozycję i kłóciliśmy się, choć niewiele miałem nadzieji to wskazywałem na nią jak na cud, który ma mnie ocalić i niebawem nadejdzie, bo przecież zawsze nadchodzi, a ja, jestem wszak urodzonym szczęściarzem, zawsze spadam na cztery łapy i nie ma opresji z której bym nie wyszedł. Pająk zamrugał tylko smutno powiekami i zniknął w mroku rzucając na dowidzenia kilka słów o moim idiotycznym optymizmie. Nastepnego dnia obudził mnie ból w pośladku, ukłutym gwoździem. 
     Blask znów mnie poraził i oślepił, wiedziałem, że nadchodzi ten, którego imienia nie znałem, tak jak nie znałem nawet barwy jego głosu. Myślałem czasami, że może jest pozbawionym języka niemową, ale tym razem odezwał się. przemówił do mnie a aksamit tego dźwięku schwycił mnie za serce, opętał i nakazywał spolegliwość. Wykładał mi plan, którego częścią byłem. mówił długo aż dopasowałem elementy układanki i zabrakło mi na końcu tylko jednego, głównego i najważniejszego. Ruchem ręki wskazał na mnie i pojąłem, że muszę umrzeć nim zapadnie pełnia. 
     Obiecywał mi wolność, a straszył konsekwencjami, następnymi latami w tym zamknięciu, w tym moim domu więźnia skazanego na cierpienie rozterki. Ile czasu mi jeszcze zostało zanim księżyc obudzi wilkołaki, a jemu umożliwi działanie? Nie wiedziałem, bałem się tylko swojego niezdecydowania, braku ostatecznej determinacji, leżałem wykończony, a wszystko co przezyłem do tej pory niczym było do tego co miałem teraz. 
     Gdy znów oślepił mnie blask w palcach ściskałem metalowego gwoździa. Zobaczyłem jego oczy pośród tej bieli i przerażenie jakie w nich zabłysło, zamachnąłem się. Byłem niegdyś mordercą i potrafiłem zabijać wszystkim, nawet małym gwoździem. Teraz wykorzstałem tą broń przeciwko sobie. Znów byłem wolny!


copyright 2003-2020 brylka