wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Okruch prawdy

Yennefer szybkim krokiem szła uliczkami Aedd Gynvael. Nie szła, raczej tańczyła, wzniecając tumany kurzu brzegiem rozfalowanej spódnicy. Tańczyła w rytm popularnej ostatnio piosenki Jaskra: „Jutro, tym różni się od wczoraj, że jest tajemnicą...”. 
     Głęboko oddychała typowym miejskim powietrzem. Kurz, woń straganów, gnijących warzyw, nieczystości, ludzi. Przy każdym wdechu próbowała wychwycić delikatny zapach róży, którą rano wpięła w stanik sukni. Cóż za kicz, pomyślała, bladoróżowa róża. Dumna i sławna czarodziejka Yennefer pachnąca bzem, agrestem i od dziś różą. 
     *** 
     Zbierała porozrzucane po pokoju fragmenty garderoby: białe, czarne, czarne, znowu białe. Ostatnia część ubioru dziwnym trafem wisiała na baldachimie wielkiego łoża. Istredd uśmiechnął się śledząc rozkołysane piersi Yennefer próbującej z podskoku dosięgnąć niefortunnie usytuowanych majtek z falbankami. Po chwili jego twarz znowu przybrała wyraz zamyślenia i smutku. 
     - Yenna, chciałbym z tobą porozmawiać. 
     - Po tylu latach jest jeszcze jakiś temat, na który byśmy nie rozmawiali? - jak zwykle próbowała być złośliwa. 
     Mogli porozumiewać się telepatycznie. Mogli, gdyby chcieli, wejść w dowolny umysł i przepłukać go, jak poszukiwacze złota, znajdując każdą zatajoną myśl. Mogli ale nie chcieli. Już dawno ustalili, że ich związek będzie oparty na szczerości, której granice tworzą niedopowiedzenia. Dwoje dorosłych czarodziei było na to stać. 
     - Tak Yenna, jest taki temat - poważnie potraktował jej retoryczne pytanie - Chodzi o ciebie, o twoje marzenia. 
     - Val, zrób mi tę grzeczność i przestań się ośmieszać. Ten patetyczny ton, smutne oczy. Tylko nie mów mi, że się we mnie zakochałeś i moje szczęście zależy od naszego wspólnego jutra. 
     Bardzo celnie wymierzyła cios. Szare oczy Istredda na ułamek sekundy odzwierciedliły ból jaki musiał odczuć po jej słowach. Poczuła wstyd. Mimo wszystko nie zasłużył na jej pogardę. 
     - Yenna, Yenna. Tak nisko cenisz mnie, czy swoje marzenia, że boisz się posłuchać tego co mam ci do zaoferowania? 
     - Ciebie na pewno nie cenię nisko - cicho powiedziała siadając przy nim na łóżku. Przez chwilę wpatrywała się w pończochę trzymaną w ręce. Zawiązała ją w supeł i zaczęła mocno zaciskać czarny węzeł. 
     - Myślisz, że jestem z tobą dla tych paru chwil rozkoszy - głos Istredda był łagodny i jak zwykle trochę smutny - że interesuje mnie tylko przyjemnie spędzona noc z ładną czarodziejką. Nie Yenna, nazywaj to jak chcesz, ale mnie naprawdę obchodzi twoje szczęście. Nie trzeba być wielkim telepatą i mieć bandę szpiegów, by dowiedzieć się jakie są twoje marzenia. Wizyty u Nenneke, pogoń za smokiem, eliksiry, artefakty, studiowanie elfich ksiąg. Wszystko co robisz aby uczynić niemożliwe możliwym. 
     Yennefer gwałtownie wyprostowała się, jakby otrzymała smagnięcie batem przez plecy. Zmarszczyła brwi a jej fiołkowe oczy posłały dwie błyskawice w kierunku Istredda. Czarna pończocha, teraz przypominająca dziwaczny supełkowy stwór, pofrunęła przez pokój i spotkała się z zabytkowym wazonem. 
     - Ja też nie próżnowałem Yenna - przemawiał dalej spokojnie, jakby nieświadomy jej wybuchu - Vilgefortz miał w swojej kolekcji parę ksiąg, których już nie ma. Oby się nigdy nie dowiedział kto śmiał uszczuplić jago zbiory. 
     Przerwał i utkwił wzrok w jednym ze słojów stojących rządkiem na półkach. Yennefer spojrzała w tym samym kierunku. Mały homunkulus, nie pamiętała aby widziała go przedtem. 
     - Tak, nie mylisz się, potrafię uczynić aby niemożliwe stało się możliwym. 

     *** 
     Ten Jaskier, grafoman chędożony, to talentu ma tyle, ile wij napłakał, pomyślała Yennefer. „Jutro, tym różni się od wczoraj, że jest tajemnicą...”. Ech, wszystko jedno co Jaskier ma, a czego nie ma. Jest pogodny, ciepły wiosenny dzień. Znowu usłyszała szum w uszach i poczuła gwałtowne bicie serca tak jak wtedy u Istredda, kiedy wreszcie zrozumiała co chciał jej powiedzieć. Przez jedną makabryczną chwilę pomyślała, że człowiek któremu ufała był zdolny zażartować sobie z niej w tak okrutny sposób. Ale tak bardzo chciała aby to co mówił było prawdą, że zanim spojrzała mu w oczy już wiedziała. Zawirowało tysiąc uczuć. Nadzieja wygrała i wyparła wszystko inne.

     Istredd tłumaczył jej cierpliwie zawiłości techniczne. Mówił o niebezpieczeństwach. Yennefer potakiwała głową, ale nie była w stanie zebrać galopujących myśli. Widziała tylko migające ulotne obrazki przedstawiające ją samą z małym dzieckiem w ramionach. Dziecko spało, śmiało się, płakało a ona zawsze była szczęśliwa, szczęściem nie czarodziejki tylko szczęściem pospolitej ludzkiej kobiety. 
     - Yenna, musisz to zrozumieć, zanim zdecydujesz, że naprawdę tego chcesz. To dziecko nie będzie tylko podobne do ciebie, ono będzie identyczne. To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe. 

     Zapach róży był słodki i delikatny. Wybrała ją spośród mokrych i wymieszanych ze skorupami kwiatów rozsypanych po podłodze w komnacie Istredda. Ta czerń i biel stroju przez osiemdziesiąt lat, jakież to było irytujące i nudne. Legenda zobowiązuje, ale już nie ma dawnej Yennefer. Ta nowa przypina różowy kwiat do sukni, uśmiecha się, nuci bzdurne piosenki. Yennefer skręciła w główną ulicę Aedd Gynvael. Było tu mniej straganów i mniej ludzi. Spojrzała w stronę świątyni. Jak zwykle na stopniach siedziała grupka żebraków. Kilku powykręcanych artretyzmem staruszków oraz parę kalekich dzieci. 

     To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe. 

     *** 
     Trach, patyczek złamał się na pół. Trach, znowu na pół. Pięcioletnia Yennefer siedziała na ziemi oparta o ławkę i łamała patyczki. Im krótszy, tym trudniej go złamać, pomyślała. Z zazdrością popatrzyła na kilkoro jej rówieśników bawiących się przy studni. Co chwilę słyszała głośne wybuchy śmiechu lub wysokie głosy sprzeczających się o coś dzieci. 
     - Będziemy się bawić w tę bajkę, którą dziadunio opowiadał nam wczoraj - jak zwykle Morena dowodziła w grupie - Ja będę księżniczką. 
     - Dlaczego zawsze ty musisz być księżniczką? Ja też bym chciała - Augle daremnie próbowała wywalczyć coś dla siebie. 
     - Sama powiedziałaś, że zawsze jestem, więc i teraz będę. Możesz być moją siostrą, jak chcesz - łaskawie zaproponowała Morena - Ty Greb będziesz moim rycerzem. Urel będzie.. 
     Przez chwilę naradzali się szeptem. 
     Niech się bawią w te głupie księżniczki, pomyślała z pogardą Yennefer, nic lepszego nie potrafią wymyślić, głąby. 
     - Yennef! - Greb krzyknął w jej stronę. Jeżeli już zdecydowali się do niej odezwać, zawsze używali tego męskiego zdrobnienia. Może to z powodu obciętych jak u chłopca włosów - Yennef, chcesz się z nami bawić? 
     Greb ją zawołał, chcą się z nią bawić. Są wspaniali, pewnie, że chce, bardzo, bardzo chce się z nimi bawić. Yennefer zerwała się z miejsca. Noga ją trochę zabolała, ale to nic. Niezgrabnie kuśtykając pobiegła do nich. To nic, że but z koturnem przeszkadza, będzie się z nimi bawić, w księżniczki, w rycerzy, w kogo tylko zechcą. 
     - Yennef, ty będziesz - Morena udała, że namyśla się - ty Yennef będziesz konikiem. Chcesz? 
     - Jak to konikiem? - Yennefer też chciała być księżniczką, ale bała się o tym powiedzieć. 
     - W tej bajce jest konik - głos Greba był zniecierpliwiony - Nie było cię z nami jak dziadunio opowiadał, to nie wiesz, że konik musi być. Konik jest bardzo ważny. 
     - Jak nie chcesz być konikiem, to nie musisz. W ogóle nie musisz się z nami bawić - Morena wydęła wargi. 
     - Bardzo chętnie będę konikiem - zapewniła szybko Yennefer - Konik jest ważny w tej bajce. 
     - Urel, przynieś te stare siodło - Morena dyrygowała - Augle, ty weź ozdobne szale z kufra mamy. Greb, musisz mieć miecz. Ja wezmę jeszcze kilka rzeczy ze stajni. 
     Dzieci rozbiegły się. Po chwili cała gromadka była już z powrotem z naręczem niezbędnych atrybutów. 
     To będzie naprawdę świetna zabawa, myślała Yennefer, a ja będę bardzo ważnym konikiem. 
     - Urel, załóż siodło Yennef - Morena już okryła swoje jasne włosy wspaniałym, błyszczącym szalem. 
     Siodło było stare, brudne i bardzo ciężkie. Boleśnie obcierało niesymetryczną wypukłość na plecach Yennefer. 
     - Wszystko gotowe? Nasz konik jest już osiodłany? - Grab wymachiwał w powietrzu małym, drewnianym mieczykiem - To zaczynamy! 
     - Wio koniku, wio koniku garbusku! - na Yennefer nagle posypały się razy wymierzone pejczem, batem i drewnianym mieczykiem - Konik garbusek! Patrzcie to prawdziwy konik garbusek, jak w bajce. Konik garbusek! 
     - No nie, zaraz zdechnę! - Grab z trudem łapał powietrze, pomiędzy spazmami śmiechu – ale nam się ten konik udał..., a jakie ma kopytko... 

     Trach, trach, łamią się patyczki, łamią się patyczki, im krótsze tym trudniej złamać. Czyjś krzyk. Pieczenie w ręce. Krew... 

     *** 
     Yennefer spojrzała na bolącą rękę. Zaciskała w niej z całej siły różę. Ostre kolce wbiły się w dłoń. Z małych ranek wypływała krew. 
     To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe. Słowa Istredda wciąż wracały, zastąpiły wesołą piosenkę Jaskra, dudniły jej w głowie. Są sposoby, jestem czarodziejką, moje dziecko nie będzie znosić tego co ja, myślała gorączkowo Yennefer. Poradzimy sobie, Val na pewno pomoże. Ta deformacja przecież nie musi się powtórzyć. Przyczyna mogła tkwić w jakimś zdarzeniu, nieostrożności... 
     Nastrój bezgranicznej radości już nie powrócił. Jego miejsce zajęła determinacja. 

     *** 
     Gdy weszła, Geralt leżał w ubraniu na łóżku, z dłońmi podłożonymi pod kark. Udawał, że patrzy w sufit. Patrzył na nią. 
     Tyle sprzecznych uczuć. Tyle żalu, złości. Wczoraj chciała go ukarać. Za to, że czekała, za to, że nie wiedziała czy szczęście nadal będzie przy nim, czy będzie w walce równie szybki jak zawsze, czy wróci. Wrócił zmęczony, brudny, cuchnący miejskim śmietniskiem, wykończony. Ukarała go pozorną obojętnością, lodowatą wodą z głębin morza. I obdarzyła go zaklęciem, nocą, czułością. 
     Geralt wiedział. Rozmawiał rano z Istreddem. Dwa koguciki skoczyły sobie do gardeł, jakie to banalne. Wszyscy oni dają się nabrać na tę samą sztuczkę - na gwiazdy w oczach. Widząc siebie w oczach kobiety opromienionych przez gwiazdy, wydaje im się, że kochają. 
     Yennefer bez słowa usiadła przy stole, oparła podbródek na splecionych dłoniach. 
     Trzeba zakończyć tę kłopotliwą sytuację. 
     Okruch lodu. Rozmowa o uczuciach, jak walka z rozbrojonym przeciwnikiem. Cios - rana. Cios, znowu celnie. Jak łatwo i jak trudno. 
     Bała się, że o to zapyta, i że będzie musiała poszukać w sobie odpowiedzi. Czy kocha jego? Czy kocha kogokolwiek? Czy jest zdolna kochać? Szukanie odpowiedzi. Schodzenie w dół, w mroczny korytarz. Odkrywanie prawdy. Ból zrywania zaschniętych opatrunków. Jej uczucia. Tylko żal i złość. Ciągłe szukanie. Zimno. Dlaczego nie potrafi? Skąd tyle nienawiści? Kogo tak bardzo nienawidzisz Yennefer? Kogo nienawidzisz? Boli! Kogo nienawidzisz Yennefer!? Kogo? 
     Siebie! Tylko siebie. 
     To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe, więc jego też będziesz nienawidzić. Zamiast kochać, będziesz nienawidzić. 
     Pościg za marzeniem. Zapach róży. 
     - Prawda - powiedziała pustułka - jest okruchem lodu.


copyright 2003-2019 brylka