Przejdź do treści

Okruch prawdy

Yennefer szybkim krokiem szła uliczkami Aedd Gynvael. Nie szła, raczej tańczyła, wzniecając tumany kurzu brzegiem rozfalowanej spódnicy. Tańczyła w rytm popularnej ostatnio piosenki Jaskra: „Jutro, tym różni się od wczoraj, że jest tajemnicą…”.
Głęboko oddychała typowym miejskim powietrzem. Kurz, woń straganów, gnijących warzyw, nieczystości, ludzi. Przy każdym wdechu próbowała wychwycić delikatny zapach róży, którą rano wpięła w stanik sukni. Cóż za kicz, pomyślała, bladoróżowa róża. Dumna i sławna czarodziejka Yennefer pachnąca bzem, agrestem i od dziś różą.
***
Zbierała porozrzucane po pokoju fragmenty garderoby: białe, czarne, czarne, znowu białe. Ostatnia część ubioru dziwnym trafem wisiała na baldachimie wielkiego łoża. Istredd uśmiechnął się śledząc rozkołysane piersi Yennefer próbującej z podskoku dosięgnąć niefortunnie usytuowanych majtek z falbankami. Po chwili jego twarz znowu przybrała wyraz zamyślenia i smutku.

***
Ten Jaskier, grafoman chędożony, to talentu ma tyle, ile wij napłakał, pomyślała Yennefer. „Jutro, tym różni się od wczoraj, że jest tajemnicą…”. Ech, wszystko jedno co Jaskier ma, a czego nie ma. Jest pogodny, ciepły wiosenny dzień. Znowu usłyszała szum w uszach i poczuła gwałtowne bicie serca tak jak wtedy u Istredda, kiedy wreszcie zrozumiała co chciał jej powiedzieć. Przez jedną makabryczną chwilę pomyślała, że człowiek któremu ufała był zdolny zażartować sobie z niej w tak okrutny sposób. Ale tak bardzo chciała aby to co mówił było prawdą, że zanim spojrzała mu w oczy już wiedziała. Zawirowało tysiąc uczuć. Nadzieja wygrała i wyparła wszystko inne.

Istredd tłumaczył jej cierpliwie zawiłości techniczne. Mówił o niebezpieczeństwach. Yennefer potakiwała głową, ale nie była w stanie zebrać galopujących myśli. Widziała tylko migające ulotne obrazki przedstawiające ją samą z małym dzieckiem w ramionach. Dziecko spało, śmiało się, płakało a ona zawsze była szczęśliwa, szczęściem nie czarodziejki tylko szczęściem pospolitej ludzkiej kobiety.

Zapach róży był słodki i delikatny. Wybrała ją spośród mokrych i wymieszanych ze skorupami kwiatów rozsypanych po podłodze w komnacie Istredda. Ta czerń i biel stroju przez osiemdziesiąt lat, jakież to było irytujące i nudne. Legenda zobowiązuje, ale już nie ma dawnej Yennefer. Ta nowa przypina różowy kwiat do sukni, uśmiecha się, nuci bzdurne piosenki. Yennefer skręciła w główną ulicę Aedd Gynvael. Było tu mniej straganów i mniej ludzi. Spojrzała w stronę świątyni. Jak zwykle na stopniach siedziała grupka żebraków. Kilku powykręcanych artretyzmem staruszków oraz parę kalekich dzieci.

To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe.

***
Trach, patyczek złamał się na pół. Trach, znowu na pół. Pięcioletnia Yennefer siedziała na ziemi oparta o ławkę i łamała patyczki. Im krótszy, tym trudniej go złamać, pomyślała. Z zazdrością popatrzyła na kilkoro jej rówieśników bawiących się przy studni. Co chwilę słyszała głośne wybuchy śmiechu lub wysokie głosy sprzeczających się o coś dzieci.

Trach, trach, łamią się patyczki, łamią się patyczki, im krótsze tym trudniej złamać. Czyjś krzyk. Pieczenie w ręce. Krew…

***
Yennefer spojrzała na bolącą rękę. Zaciskała w niej z całej siły różę. Ostre kolce wbiły się w dłoń. Z małych ranek wypływała krew.
To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe. Słowa Istredda wciąż wracały, zastąpiły wesołą piosenkę Jaskra, dudniły jej w głowie. Są sposoby, jestem czarodziejką, moje dziecko nie będzie znosić tego co ja, myślała gorączkowo Yennefer. Poradzimy sobie, Val na pewno pomoże. Ta deformacja przecież nie musi się powtórzyć. Przyczyna mogła tkwić w jakimś zdarzeniu, nieostrożności…
Nastrój bezgranicznej radości już nie powrócił. Jego miejsce zajęła determinacja.

***
Gdy weszła, Geralt leżał w ubraniu na łóżku, z dłońmi podłożonymi pod kark. Udawał, że patrzy w sufit. Patrzył na nią.
Tyle sprzecznych uczuć. Tyle żalu, złości. Wczoraj chciała go ukarać. Za to, że czekała, za to, że nie wiedziała czy szczęście nadal będzie przy nim, czy będzie w walce równie szybki jak zawsze, czy wróci. Wrócił zmęczony, brudny, cuchnący miejskim śmietniskiem, wykończony. Ukarała go pozorną obojętnością, lodowatą wodą z głębin morza. I obdarzyła go zaklęciem, nocą, czułością.
Geralt wiedział. Rozmawiał rano z Istreddem. Dwa koguciki skoczyły sobie do gardeł, jakie to banalne. Wszyscy oni dają się nabrać na tę samą sztuczkę - na gwiazdy w oczach. Widząc siebie w oczach kobiety opromienionych przez gwiazdy, wydaje im się, że kochają.
Yennefer bez słowa usiadła przy stole, oparła podbródek na splecionych dłoniach.
Trzeba zakończyć tę kłopotliwą sytuację.
Okruch lodu. Rozmowa o uczuciach, jak walka z rozbrojonym przeciwnikiem. Cios - rana. Cios, znowu celnie. Jak łatwo i jak trudno.
Bała się, że o to zapyta, i że będzie musiała poszukać w sobie odpowiedzi. Czy kocha jego? Czy kocha kogokolwiek? Czy jest zdolna kochać? Szukanie odpowiedzi. Schodzenie w dół, w mroczny korytarz. Odkrywanie prawdy. Ból zrywania zaschniętych opatrunków. Jej uczucia. Tylko żal i złość. Ciągłe szukanie. Zimno. Dlaczego nie potrafi? Skąd tyle nienawiści? Kogo tak bardzo nienawidzisz Yennefer? Kogo nienawidzisz? Boli! Kogo nienawidzisz Yennefer!? Kogo?
Siebie! Tylko siebie.
To dziecko będzie takie samo jak ty, w każdym najdrobniejszym szczególe, więc jego też będziesz nienawidzić. Zamiast kochać, będziesz nienawidzić.
Pościg za marzeniem. Zapach róży.
- Prawda - powiedziała pustułka - jest okruchem lodu.