Przejdź do treści

Spotkanie

Słońce w zenicie. Cóż za piekielny upał! Nie do wytrzymania… Parzy skórę, wysusza język, odbiera siły, otępia umysł. Ta wędrówka przez pustynie Aranoch to przeżycie męczące bardziej niż wszystkie starcia, w jakich dotąd brałem udział, wliczając nawet te na groblach koszmarnej Rzeki Płomieni! Taki żar z nieba - to nie na mój organizm. Lubię, gdy jest ciepło. Nawet znaczne gorąco zbytnio mi nie przeszkadza, ale to, co przeżywam teraz… to już przesada. Po prostu jest za sucho! No, dosyć tego stękania - snuję dalej swą opowiastkę.
Jesteśmy u celu, widzimy go, i z całą pewnością nie jest to fatamorgana. Skąd ta pewność?… Otóż tu jest cień! Dotarliśmy wreszcie do miejskich murów Lutgolę. Okalają one miasto ze wszystkich stron świata z wyjątkiem wschodniej, będącej wysokim, murowanym brzegiem morza. Tak na marginesie: w moim odczuciu te mury są trochę za niskie i zbyt filigranowe, by obronić miasto przed dobrze prowadzonym szturmem. Służą raczej do ochrony przed dzikimi zwierzętami. Taka zamożna i rozległa metropolia winna postarać się o potężniejsze umocnienia. Dużo bogatych piętrowych domów, okazały pałac namiestnika, wspaniałe świątynie, liczne warsztaty, faktorie, manufaktury, kramy i składy stanowią łakomy kąsek dla najeźdźców wszelakiej maści. Tyle słów dygresji - wróćmy do stojących u bramy Milvy, Triss, i piszącego te słowa Kunona. Jesteśmy razem w podróży już od dłuższego czasu, właściwie to od tak dawna, że nie pamiętam, kiedy ostatnio byliśmy w Zamonie -naszym wiedźmińskim siedliszczu.
Wchodzimy w bramę bez zbędnego pośpiechu. Wcale nie dziwi nas widok najemników zamiast spotykanej tu wcześniej Straży Miejskiej. Dwóch pilnujących wrót wartowników, opartych o swe gizarmy, nie zwróciło na nas szczególnej uwagi. To nawet lepiej - nie wszędzie wiedźmini są mile widzianymi przybyszami. Lecz tu, w Lutgolę - portowym mieście na skraju morza zwanego Bliźniaczym - cudzoziemcy nie wzbudzają większych emocji.
Zresztą nasz wygląd nie odbiega zbytnio od znanych powszechnie strojów pustynnych podróżników. Turban na głowie i tunika na grzbiecie to nic godnego uwagi. Wyjątek mogłoby stanowić nasze uzbrojenie, gdyż jest ono wysoce kunsztowne, rzadkie, a nawet unikalne. i bardzo kosztowne. Dlatego też jego większa część ukryta jest w jukach, a to, co mamy przy pasach, jest dobrze schowane pod zwiewnymi szatami. Tak gwoli ścisłości: podróżując przez pustynię razem z Triss raczej nie musimy obawiać się żadnych wrogów - gołymi rękoma jest w stanie unicestwić większość z nich. Nie dziwota - jest czarodziejką. Niewrażliwych na wszystkie jej żywioły było jak dotąd bardzo mało. Później z pewnością to się zmieni, ale teraz broń służy nam głównie do polowań, jak również do ochrony przed dziką zwierzyną, której ilość oraz agresywność ostatnimi czasy znacznie wzrosła.
Nasza trzyosobowa drużyna stanowi bardzo sprawne narzędzie likwidacji stworów, demonów i potworów wszelakich. Triss atakuje z dystansu wszystko wokół posługując się swymi zaklęciami Ognia, Zimna i Błyskawic. Milva również walczy w dystansie, tyle tylko, że używa łuku i strzał zadających poważne obrażenia fizyczne, i co istotne, w szerokiej i głębokiej strefie. Jak na prawdziwą amazonkę przystało - wymiata. Ja jestem skromnym paladynem, a moim głównym zadaniem jest wspieranie obu pań aurą Przekonanie, która ułatwia im zadawanie większych obrażeń. Tak to emancypacyja zepchnęła nas - mężnych mężów -na bitewny margines. Przydatność mojego oręża do walki w zwarciu ujawnia się wtedy, gdy natrafimy na jakąś unikatową bestyję szczególnie odporną i wytrzymałą. Wtenczas ja powstrzymuję jej impet swoją tarczą Herolda Zakarum, bijąc ją po łbie buławą zwaną diabelską Gwiazdą Baranary. Wówczas to obie panie wspierają mnie. W bitce na dystans ważnym jest, aby cel, zwłaszcza ten najgroźniejszy, nie poruszał się zbyt szybko, a najlepiej - wcale. Ja zapewniam zatrzymanie stwora, a Milva i Triss łatwiej kończą problem. Tyle o nas - wróćmy do Lutgolę.
Naradzamy się. Stojąc w cieniu miejskiej bramy tarasujemy ją swoimi wielbłądami, co i tak jest bez znaczenia, gdyż w taką gorączkę nikt nie opuszcza miasta przejściem prowadzącym na wypalone słońcem pustkowia. Tak po prawdzie, owe miasto - zwane Lśniącym Klejnotem Wschodu - nie jest naszym głównym celem. To tylko kolejny etap pościgu. Za kim, zapytacie? …ano, za pewnym jegomościem, który jest człowiekiem z całą pewnością nie do końca normalnym. Ci, co go spotkali, a których on z jakiegoś powodu nie zabił, zwą go głupawo: Mroczny Wędrowiec. My wiemy o nim więcej - wszak jesteśmy wiedźminami! Kimże on jest? …to demon, który opanował umysł wcześniej nieznanego nikomu wojownika. Do całkowitego opanowania ciała i jego przeistoczenia jeszcze nie doszło, ale z pewnością już niedługo to nastąpi. Imienia opętanego rycerza nie zna nikt, za to imię demona jest doskonale znane wszystkim zainteresowanym. Brzmi ono Diablo. To już drugi. Losów pierwszego Pana Grozy nie będę tu przypominał - znane są wszystkim wojom, magom, łotrom i innym awanturnikom. Również dzieje tego drugiego dla wielu czytających te słowa nie są żadną tajemnicą. Tu muszę pochwalić się przed wszystkimi, iż również nam - wiedźminom - owe losy nie są obce. Już trzeci raz uczestniczymy w tej obławie. Podczas pierwszego pościgu wszystko poszło zupełnie Normalnie. Następnym razem było już znacznie trudniej, wręcz Koszmarnie. Ale dopiero teraz jest naprawdę Piekielnie ciężko… Mimo wszelkich przeciwności koniecznie musimy dogonić owego Wędrowca i pokrzyżować jego zbrodnicze plany. Inaczej wszystkich nas czeka zagłada. Tylko my, ludzie, możemy uratować Świat Sanktuarium przed zalewem piekielnych demonów. Chyba znów za bardzo odszedłem od głównego wątku, zatem powróćmy do wieży bramnej.

_Niedoścignionej Milvie i niezapomnianej Triss

Kuno von Lichtenstein
Wiedźmin z Zamonu_