Przejdź do treści

Noel Profesjonał

– Kim jesteś!? Co tu robisz!? - odezwał się ostro, sięgając po parę czarnych, jedwabnych rękawiczek.

To w żadnym razie nie była klasycznie podejrzana, zapyziała dzielnica, pełna z rozsypujących się chat o podgniłych strzechach. Nie leżała daleko poza obrębem murów miejskich, ani nieopodal wzgórza szubienicznego czy starego drewnianego szafotu. Jej ulice nie roiły się od żebraków i ladacznic, nie było tu wychudzonych i zdesperowanych dzieci, napadających watahami na przechodniów. Nie wyły tu bezpańskie psy, żywiące się tym, co dało się wygrzebać z przepełnionych rynsztoków. Żaden ambitny handlarz fizzem nie pozwoliłby sobie na podobne sąsiedztwo. A innych niż ambitni w tej profesji nie było.
Noel w milczeniu nie dziwił się tej ambicji. Sam chętnie by tu zamieszkał. Owinięty w swój gruby sukienny płaszcz przemierzał właśnie równy bruk jednej z mieszczańskich dzielnic, tej najładniejszej. Mijał starannie cembrowane studnie, równe mury niewielkich ogrodów, gładkie fronty mieszczańskich czynszówek, niezdarnie próbujących udawać skromne pałace. W mieście było wiele bardziej godnych zaufania miejsc, ale renoma tej dzielnicy wystarczała ludziom, prowadzącym półlegalne bądź całkowicie nielegalne interesy. Wielu z nich byłoby pewnie stać na nabycie nieruchomości nawet i w książęcym kwartale, w okolicy rezydencji rodziny Leone - jednak to mogło by zostać poczytane za nadmierne zuchwalstwo i raczej skomplikować interesy niż je ułatwić. Nic dziwnego, że co rozsądniejsi z tych ambitnych trzymali się tego miejsca. Los innych, równie ambitnych, choć mniej rozsądnych, był wystarczającą przestrogą.
W leniwe, ciepłe przedpołudnie po ulicach nie kręciło się wielu ludzi. Tu i ówdzie pod drzwiami kamienic stała lektyka albo niewielki powóz, oczekując na właścicieli załatwiających interesy wewnątrz. Służące wybierały się właśnie, bądź wracały z targowiska, niosąc ze sobą różnie zapełnione kosze z wiktuałami. Gdzieniegdzie parobek zamiatał bruk pod bramą. Nad jakimś parkanem stary ogrodnik, stojąc na drabinie, przycinał zadbany żywopłot.
Noel szedł przed siebie bez pośpiechu, ale i bez wahania. Bertolli dokładnie przekazał mu słowa dona Leone, opisał dom i osoby, które wiedźmin miał w nim zastać. Don Leone jak zwykle prosił o przysługę, Bertolli jak zwykle namawiał wiedźmina. Noel jak zwykle się zgodził. Dom stał dokładnie tam, gdzie powinien. Dwupiętrowa kamieniczka o spadzistym dachu, pobielona starannie aż po gonty i odgrodzona od ulicy niezbyt wysokim murem. Nieco ku ulicy wystawał z niego niewielki, parterowy pawilon z szeroką witryną, złożoną z drobnej mozaiki kwadratowych szkieł. Na szyldzie, kołyszącym się nad ulicą, na białym tle wymalowano udatną podobiznę odyńca.
Noel zatrzymał się niedaleko, w plamie cienia rzucanej przez wysokie ściany pobliskiego składu egzotycznego drewna. Przyjrzał się rezydencji przez szerokość opustoszałej ulicy. Nie dostrzegł żadnego ruchu, żadnej ochrony, która zdradzałaby, że gospodarze czują się niepewnie. Mimo że powinni. Przetarł oczy, ale nie zdjął przydymionych szkieł. Strasznie lekkomyślni bywali ludzie w tym mieście. Rezygnować z płacenia za ochronę w tak niebezpiecznym miejscu.
Jeszcze raz omiótł spojrzeniem ulicę, po czym przemierzył ją zdecydowanie i wszedł do pawilonu. Gdy otwierał drzwi, wewnątrz odezwał się dzwonek, zawieszony u futryny. Nim umilkł, Noel przeszedł już przez izbę z takim impetem, że zakołysały się haftowane zasłony w witrynie.

Zajazd pod obco brzmiącą nazwą “Mururoa” znajdował się na południowo-wschodnim skraju przedmieść. Z dala od podgrodzia, nieledwie na prowincji. Składał się z rozległego, choć niskiego, budynku, pobielonego do połowy wapnem oraz kilku solidnych stajni i szop, w których sypiała służba. Ku gościńcowi zajazd sięgał dużym dziedzińcem, starannie wysypanym piaskiem. Dziedziniec ów, jak i całą posesję, otaczał niewysoki kamienny mur. Wzdłuż tego muru wznosiły się również w niebo niewidzialne ściany magicznej energii, stworzone specjalnie dla tych, którzy z jakichś powodów zdecydowali się ominąć bramę. Noel wyczuwał je nawet z odległości, gdy kręcił się niepostrzeżenie obok walącej się drewnianej chaty w opłotkach. Przyprawiały go o ostrzegawczą gęsią skórkę, brzęczały w uszach podprogowymi wyładowaniami. Ozon aż kręcił w nosie.
Nowy czarodziej w mieście.
Niewzywany, niespecjalnie lubiany, nazbyt niepokorny, za to gotów do obrony. Może liczył się z tym, że ktoś zawrze na niego kontrakt. A może było to jego typowe zachowanie, wynikające z doświadczenia w kontaktach z ludźmi lub innymi czarodziejami. Sam fakt, że jak dotąd przeżył na świecie, dobrze świadczył o jego możliwościach. Czarodzieje słynęli wszak nie tylko z umiejętności postępowania ze zwykłymi ludźmi, ale też i z nader łatwego czynienia sobie śmiertelnych wrogów z tych możniejszych. Szczególnie ten. Wiedźmin wygrzebał z pamięci jego imię - Aquafortz. Podobno młodszy brat jakiegoś innego, bardzo znanego maga. To było wyzwanie, z jakim Noel dawno się nie spotkał. W powszechnym mniemaniu najlepszy wiedźmin w swoim czasie został pokonany przez najlepszego czarodzieja.
Grunt to się nie zrażać. Niepostrzeżone przeniknięcie do zajazdu zapewni wystarczającą przewagę. Noel rozmyślał nad sposobem przejścia przez bramę. Problem stanowiło dwóch Wcielonych maga, którzy stali w rozwartych wrotach i uważnie oglądali wszystkich wchodzących. Dwóch następnych pilnowało drzwi zajazdu, frontowych i gospodarskich. Jeden taki człekokształtny cielesny byt, wykreowany i całkowicie kontrolowany przez Aquafortza, był w stanie dorównać najświetniejszym szermierzom świata. Czterech w jednym miejscu było jak mała armia. Właściwie to nawet średnia armia.
Zanim zaczął na dobre rozważać, czy jest jakiś sposób na niepostrzeżone wtargnięcie do środka, rozwiązanie znalazło się samo. Od strony placu, będącego właściwie ogrodzonym kawałkiem pola, na którym wzniesiono koślawą budę jarmarcznego teatru, zbliżało się powoli kilka postaci. Czterech zgrzebnie odzianych, krępych mężczyzn, podtrzymujących się wzajemnie i prących przed siebie gościńcem niczym karawela, halsująca po nieprzyjaznych wodach. Darli się jeden przez drugiego, upici właściwie na wesoło, ale okrutnie z czegoś niezadowoleni. Z ogólnego kierunku marszu można było zgadnąć, dokąd ich niosą nogi. Gdy minęli walącą się drewnianą chatę, było ich już pięciu.
Kiedy mieli jeszcze kawałek do przejścia, z bramy na gościniec ktoś wyszedł. Drobna, chuda postać w wyciągniętej sukmanie. Rozejrzała się wokół, zarzuciła grzywa czarnych włosów, po czym ruszyła gościńcem do miasta, trzymając się blisko muru zajazdu. Szła skulona, ukrywając w dłoniach mały przedmiot, który - chociaż grubo owinięty szalem - świecił jasnym światłem. Cokolwiek to było, z daleka cuchnęło magią. Noel czuł to z odległości wielu metrów, mimo interferującej magii z zajazdu. Przez chwilę się nad tym zastanowił, bo znał tę drobną postać. Matylda. Jej rodziców i rodzeństwo podobno wykończyli ludzie szeryfa. Od tamtej pory marzyła tylko o zemście. Długo zamęczała Noela, by nauczył ją jakichś wiedźmińskich sztuczek. Ciągle gadała o tym, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Nawet w to wierzyła, jak ktoś pozbawiony elementarnej wiedzy o świecie. W końcu była tylko dzieciakiem. A teraz była dzieciakiem, który położył ręce na magicznym artefakcie. Noel mógł się założyć, że nie był to miękki gadający miś.
Kompania niespiesznie, acz z żelazną determinacją, podeszła do bramy zajazdu. Na kilkanaście kroków przed progiem spoczęły na nich baczne oczy Wcielonych, którym nadano formę paskudnych z twarzy rosłych drabów. Ich skórzane pendanty, zapięte na karacenowych zbrojach, były do przesady obwieszone bronią. Jednocześnie w głowach zbliżającej się grupy telepatycznie rozejrzał się obcy umysł. Wobec rozlewającej się aury upojenia był jednak zupełnie bezradny.

A taką miał nadzieję, że chociaż tym razem wszystko pójdzie jak z płatka…
Karczma nie była specjalnie strzeżona. Ot, kilku miejskich pachołków na zewnątrz, stojących w przewidywalnych miejscach i jak zwykle lekko zamroczonych gorzałką. Ostatecznie nie w nich pokładano nadzieje na odstraszenie intruzów, lecz w eskorcie najświetniejszych żołnierzy Cesarstwa i Królestwa, którzy towarzyszyli ambasadorowi w podróży. Miasto, nie będące jakąś wielką metropolią, zostało jednak zupełnie zlekceważone, bo jakich to w końcu wrogów Cesarz może mieć na takiej prowincji?
Noel wśliznął się do karczmy tak, jak zaplanował, tuż przed rozpoczęciem uroczystej uczty pożegnalnej, którą miasto wyprawiło na cześć posłów. Dzięki temu łatwo było wykorzystać chaos, jaki nieuchronnie w takich momentach dotyka każdy system bezpieczeństwa. Bez trudu znalazł się na piętrze i wybrał drzwi wskazanego apartamentu.
Var Kohrlin strasznie się spieszył, bo, sądząc z dochodzącego z dołu gwaru, uczta już się rozpoczęła. Był wysokim, chudym mężczyzną o ziemistej cerze. Skończył właśnie wygładzać wyszywaną togę i zapiął na szyi łańcuch z godłem cesarskiego kwestora. Dlatego do otwierających się drzwi odwrócił się z pewnym opóźnieniem.