wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Noel Profesjonał

- Kim jesteś!? Co tu robisz!? - odezwał się ostro, sięgając po parę czarnych, jedwabnych rękawiczek. 
      - Jestem Noel. Sprzątam. 
Ghul leniwie opierał się o barierkę. 
      Stał na samiutkim szczycie drewnianych schodów, które prowadziły do wrót wydrążonej w skałach krypty. Starannie wyciosane z dębiny stopnie wspinały się od podstawy urwiska krętym, stromym wężykiem, oświetlonym licznymi pochodniami. Ghul starał się nie spuszczać z nich wzroku. Od czasu do czasu chuchał pieszczotliwie na żarzącą się końcówkę łodygi tittunu, by potem zaciągnąć się głęboko dymem. Noc była zimna, a do ceremonii napojenia życiem wprost z żył mistrza pozostało jeszcze sporo czasu. Poprawił jedwabną apaszkę na szyi, wygładził świeżo nabytą grubą tunikę. Życie w służbie strzygonia miało swoje zalety. Wady niestety też. Czuł już ten narastający głód. Głód, którego aromatyczny dym wciągany do płuc żadną miarą nie potrafił ukoić. Spróbował się skoncentrować, odgonić natrętne myśli. Przebiegł wzrokiem schody od pierwszego stopnia do ostatniego. Nie wolno było pozwolić sobie na nieuwagę. Nie wolno było dopuścić kogokolwiek niepowołanego pod wrota krypty mistrza. Na wszelki wypadek musnął dłonią rękojeść miecza, wiszącego przy pasie. 
      Zaciągnął się tittunem. 
      Z góry na jego szyję opadł cienki arkan, zacisnął się i poderwał raptownie. Ghul zdążył jedynie wierzgnąć raz i drugi stopami obutymi w błyszczące eleganckie buty. 
      Mistrz Manolo, ważna persona w okolicznym środowisku nieumarłych, zamarł nad pergaminem. Uniósł głowę i wsłuchał w ciszę, zwykle bezkompromisowo zalegającą jego wielokomorową, ekskluzywną kryptę. Płomienie świec w kandelabrach na moment zafalowały. Ze zgrabnie ściętej końcówki pióra skapnęła kropla atramentu. 
      - Coś słyszałem - odezwał się niskim, nieprzyjemnym głosem. 
      Trzej ghulowie z jego osobistej obstawy ożywili się w kącie. Wstali, zrzucając eleganckie, szamerowane srebrem płaszcze. Dobyli broni. 
      - Gdzie, mistrzu? - najroślejszy zapytał krótko. 
      Manolo wskazał jeden z korytarzy. 
      - Myślę, że mamy nieproszonego gościa. 
      Ghulowie z pozorną powolnością odsunęli się od siebie, by w zasięgu broni nie znalazł się któryś z kompanów. W luźnym szyku zbliżyli się do wylotu korytarza. Wiatr zawył w nim unisono. 
      - Zróbcie z nim to, co z ostatnim. Ghulowie skinęli głowami jak jeden, po czym ostrożnie zanurzyli się w korytarz. 
      Coś się stało. 
      Manolo, mimo talentów, jakimi obdarzyło go jego mroczne dziedzictwo, nie zdążył nic dostrzec. Świece zgasły. Wszystkie naraz, jakby zdmuchnął je huragan. Coś błysnęło. W nozdrza uderzył go ozon, a w umysł refleks magicznej energii. Przez główną salę przemknął jakiś kształt. Poruszał się tak szybko, że dla wyczulonych na ciepło zmysłów strzygonia wyglądał niemal jak rozciągnięta w przestrzeni jednolita czerwona wstęga. Kształt dopadł tunelu, w który zagłębiły się ghulowie. Miecze ze szczękiem spotkały się w krótkim starciu pośród ciemności. Ledwie Manolo zastanowił się, czy jego słudzy sprostają niezwykłemu napastnikowi, a już szczęk metalu przeszedł w mlaszczące odgłosy szlachtowania. Dwa, trzy, cztery ciosy - i zapadła cisza. Zapachniało krwią. 
      Manolo wytężył wzrok. Ghulowie leżeli bez ruchu w korytarzu, powyginani ciosami w najróżniejsze pozy. Nie dostrzegł jednak ani śladu napastnika. Powolnym ruchem sięgnął po kord, leżący na blacie obok kałamarza. Obudził swój gniew i zasyczał złowrogo w ciemność. Obnażył śnieżnobiałe kły. Poruszył głową, przepatrując pomieszczenie i maksymalnie wysilając nadludzkie zmysły. Zamarł, bo poczuł coś. 
      Kawał zimnego, ostrego metalu opierał mu się o gardło, a osobnik ściskający rękojeść stał mu za plecami. 
      - Czego chcesz? - wyszeptał Manolo spierzchniętymi wargami. Nagle z przeraźliwą ostrością zdał sobie sprawę z faktu, że jest nieumarłym. Jeszcze. 
      Tamten miał niski, szorstki głos. 
      - Podobno ociągasz się z płaceniem za ochronę - odezwał się z południowym akcentem. - Nierozsądnie. Don Leone jest zdania, że to może zaszkodzić interesom. Głównie twoim. 
      - A.. ależ ta kwestia... - Mistrz ostrożnie przełknął ślinę. - Sądziłem, że została wyjaśniona. Nawet wysłałem jednego z moich ghuli z przesyłką... z umówioną kwotą... dlaczego don Leone nie uznał sprawy za załatwioną? 
      Właściciel ostrza milczał chwilę. 
      - Nic nie wiem o przesyłce - rzekł szorstko. - Musisz zrozumieć, że rodzina Leone jest tutaj bardzo szanowana. Nie może sobie pozwolić, by publicznie ją lekceważono. 
      Manolo poczuł chłód spływający wzdłuż kręgosłupa. 
      - Obiecuję, że jeszcze dzisiaj wyjaśnię nieporozumienie i ureguluję całą należność! - wykrztusił nieledwie falsetem. - I będę dumny, jeżeli będę mógł prowadzić z nią interesy... nadal... 
      Napastnik pozostał niewzruszony. 
      - Don Leone kazał się upewnić, że rozumiesz, co to znaczy robić interesy z jego rodziną - powiedział. - Rozumiesz? 
      - Oczywiście, że rozumiem. Jak najbardziej - Manolo zapewnił gorliwie. 
      - Na pewno? 
      - Na pewno. Na zawsze. 
      Znów chwila milczenia. 
      - Dobrze - oświadczył tamten w końcu. - Don Leone kazał przekazać ci jeszcze to. 
      I najbezczelniej ugryzł Manola za uchem. 
* * * 
W "Nowym Narakorcie" było raczej pustawo, jak zwykle o tej porze. Wczorajsi biesiadnicy nadal odsypiali batalie odbyte przy kuflu, a nowi jeszcze w progi karczmy nie zawitali. Odpowiednia pora na nierzucający się w oczy wczesny posiłek. Noel wszedł jak zwykle ostrożnie. Wysoki, chudy cień człowieka, owinięty w czarny płaszcz. Za progiem skromnie zsunął z głowy dzierganą z czarnej wełny myckę, poprawił ułożenie miecza na plecach i przysiadł przy narożnym stoliku. Schludna posługaczka dostrzegła go zza szynkwasu, uśmiechnęła się i skinęła głową. Noel odpowiedział skinięciem, ale nie uśmiechnął się. Nigdy się nie uśmiechał. 
      Podali mu to, co zawsze - potrawę, która kojarzyła mu się z domem. Długie, wąskie paski ciasta, starannie ugotowane i zwinięte na talerzu, obficie polane ostrym, czerwonym sosem. Zaczął jeść, nie czekając na gospodarza. Bertolli pojawił się po chwili. Solidny, by nie powiedzieć otyły, mężczyzna w luźnych szarawarach i bogato zdobionej tunice. Czarne kędziory na głowie miał starannie przystrzyżone, a wąsy zawadiacko wywinięte. 
      - Smakuje? - zapytał siadając naprzeciw Noela - Smakuje ci? Kazałem Luigiemu przyrządzić tak, jak robiła to mamma. Wiesz, dużo czosnku i bazylii, a do ciasta wrzucić cztery jajka. 
      - Smakuje. 
      - Nowa knajpa zobowiązuje - Bertolli zagrzechotał grubą złota bransoletą na nadgarstku. - Nie powtórzy się historia ze starej, że przylezie byle kto od Powroźniczej Bramy i paroma cięciami miecza, ot tak, zrujnuje wieloletnią renomę. 
      Noel jadł. 
      - Coś szybko wróciłeś - Karczmarz wyprostował się na ławie. - A sprawa naszego przyjaciela Manolo - załatwiona? 
      - Załatwiona - rzucił Noel i z mlaśnięciem wciągnął pasemko ugotowanego ciasta. 
      Bertolli z całych sił usiłował nie wyglądać na szczęśliwego. 
      - Świetnie! Wybornie! Re-we-le-we-la-cyj-nie! - wycedził tonem, który wydawał mu się chłodny i wyprany z emocji. Niesłusznie. - Don Leone jeszcze dzisiaj o tym usłyszy. I będzie ze mnie zadowolony, Noelu. To znaczy... z nas. Zadowolony z nas. 
      - A co z pieniędzmi? 
      Bertolli przeczesał włosy dłonią. Na każdym palcu nosił po kilka złotych pierścieni. 
      - Jak to co... jak zwykle. Przechowam je dla ciebie. 
      Noel rzucił karczmarzowi spojrzenie dwóch zwężonych źrenic. 
      - No, wiesz... - Bertolli zmieszał się. - Jeżeli potrzebujesz, to stówkę mogę ci dać do ręki. 
      Wiedźmin bez słowa przełknął kolejny kęs. 
      - Dobrze doprawione? - Zainteresował się karczmarz. 
      - Nie dość ostre. 
      - Naprawdę? - Bertolli zdziwił się niezwykle szczerze jak na siebie. - Polenta! 
      - Si!? - doleciało zza szynkwasu, gdzieś z głębi karczmy. 
      - Mój przyjaciel mówi, że mało ostre! - Karczmarz obrócił się w tamta stronę. - Na przyszłość pamiętaj, że dla niego dawać więcej zmielonych czerwonych owoców. 
      Z prześwitu kuchni wynurzyła się zgrabna ręka z kciukiem i palcem wskazującym połączonymi w zgrabne "o". Bertolli zerknął na wiedźmina. 
      - Jeżeli jesteś zainteresowany, dostałem nowe zlecenie. Z ulicy wprawdzie, zwykle takich nie biorę, ale bardzo prosili... 
      - Kto? 
      - Tacy tam... pospólstwo targowe. Publiczna hałastra, co to przedstawieniami się po jarmarkach ekscytuje. 
      - A któż mógł im zaleźć za skórę? 
      - Trafiło na jednego, co się pisaniem sztuk do jarmarcznego teatrum zajmował... Nasłuchał się, mówili, legendy wspaniałej, co to o Białym Wilku była, a potem przedstawienie wedle niej wysmarował. Rzecz całą podobno zohydził, przypłaszczył... a potem się nawet przyznać nie chciał, że to spod jego pióra... No to się pospólstwo normalnie, po publicznemu, wnerwiło i zrobiło zrzutkę, coby problem na przyszłość rozwiązać. 
      Noel skończył jeść i wytarł usta rękawem. 
      - To człowiek? 
      - Właściwie tak, ale tak o nim mówili, że ani chybi jakiś potwór w nim siedzi. 
      - Znasz zasadę. 
      Bertolli skinął głową z rezygnacją. 
      - Żadnych kobiet, dzieci i nieudaczników - wyrecytował, kiwając głową przy każdym słowie, po czym familiarnie mrugnął do Noela. - Na mój gust nieco przydługa. Nie można by jej skrócić chociaż o to ostatnie? 
      - Nie - Wiedźmin nieznacznie, acz kategorycznie, pokręcił głową. 
      - Ten wiedźmiński kodeks to jakieś straszne brednie - karczmarz spojrzał Noelowi w twarz i nawet przez chwilę zdołał wytrzymać spojrzenie zwężonych źrenic. Zapewne dzięki okularom o przydymionych szkłach, które gość nosił na oczach. - Czasami mam wrażenie, że nikt ci go nie wpoił, ale sam wymyśliłeś. I to po pijaku. 
      - Nie zabiję go. Nie ma mowy. 
      Bertolli wzniósł oczy ku powale, rozkładając ręce. 
      - Ale kto tu mówi o zabijaniu. Czy ja mówiłem coś o zabijaniu? Nie mówiłem. O co innego chodzi - a płacić chcieli srebrem. Z góry. 
      Noel oparł łokcie na stole. Wymownym spojrzeniem zachęcił do kontynuacji. 
      - No więc - Bertolli ściszył nieco głos. - Umyślili sobie rzecz całą tak. Pisarczyk ów konia ulubionego posiada, białego rumaka szlachetnej krwi, którego nie wiedzieć jaką sztuczką nabył. Trzeba konia onego ubić, łeb sprawnie oderżnąć i o świtaniu na posłanie pisarczyka podrzucić. To ma być taka, no... jak jej tam... żaluzja... - Głos osłabł mu zupełnie, gdy po rozmówcy nie było widać śladu entuzjazmu. A nawet wręcz przeciwnie. 
      - Bertolli - Noel strzelił kostkami palców. - Ty potrzebujesz rzeźnika, nie wiedźmina. 
      Karczmarz wzruszył ramionami. 
      - Tak sobie tylko... pomyślałem - mruknął pojednawczo. - Że może cię zainteresuje. Łatwy pieniądz, niewielkie ryzyko. 
      Chwilę milczeli. W milczeniu wiedźmina pobrzmiewały nutki dezaprobaty. 
      - To wszystko? - odezwał się na koniec. 
      Bertolli zabębnił zadbaną dłonią w wytarty do czysta, źle oheblowany blat. 
      - Z istotnych spraw tak. Poza tym znów odwiedziło mnie kilku pachołków szeryfa, hrabiego Stansfield. Upewniali się, że handel fizzem na tym terenie na pewno mnie nie interesuje. 
      Noel poprawił myckę. 
      - A wiesz, ten ciemny, z dredami - Bertolli pozwolił sobie na pełną pasji dygresję - to mnie naprawdę wkurza. 
      - Idę - Wiedźmin wstał i poprawił miecz na plecach. 
      Bertolli kaszlnął z pewnym zakłopotaniem. 
      - Odwiedziła mnie też Matylda. 
      Noel zatrzymał się w pół obrotu. 
      - Matylda? - Obrócił nieco głowę. - Czego chciała? 
      - Tego co zawsze - Karczmarz wzruszył ramionami. - Żeby nauczyć ją sprzątać. 
      - I co? 
      - Wręczyłem jej cebrzyk i szmatę... ale chyba nie zrozumiała... żaluzji. 
      - Jak poznałeś? 
      Bertolli zrobił kwaśna minę. 
      - Rzuciła we mnie jednym i drugim. Chybiła. 
      Noel pokręcił głową i rzucił pod nosem coś o fuszerce. Ruszył w kierunku drzwi. 
      - Do wieczora - karczmarz pożegnał go jak zwykle. 
      Wiedźmin jak zwykle nie odpowiedział. 
* * * 

      To w żadnym razie nie była klasycznie podejrzana, zapyziała dzielnica, pełna z rozsypujących się chat o podgniłych strzechach. Nie leżała daleko poza obrębem murów miejskich, ani nieopodal wzgórza szubienicznego czy starego drewnianego szafotu. Jej ulice nie roiły się od żebraków i ladacznic, nie było tu wychudzonych i zdesperowanych dzieci, napadających watahami na przechodniów. Nie wyły tu bezpańskie psy, żywiące się tym, co dało się wygrzebać z przepełnionych rynsztoków. Żaden ambitny handlarz fizzem nie pozwoliłby sobie na podobne sąsiedztwo. A innych niż ambitni w tej profesji nie było. 
      Noel w milczeniu nie dziwił się tej ambicji. Sam chętnie by tu zamieszkał. Owinięty w swój gruby sukienny płaszcz przemierzał właśnie równy bruk jednej z mieszczańskich dzielnic, tej najładniejszej. Mijał starannie cembrowane studnie, równe mury niewielkich ogrodów, gładkie fronty mieszczańskich czynszówek, niezdarnie próbujących udawać skromne pałace. W mieście było wiele bardziej godnych zaufania miejsc, ale renoma tej dzielnicy wystarczała ludziom, prowadzącym półlegalne bądź całkowicie nielegalne interesy. Wielu z nich byłoby pewnie stać na nabycie nieruchomości nawet i w książęcym kwartale, w okolicy rezydencji rodziny Leone - jednak to mogło by zostać poczytane za nadmierne zuchwalstwo i raczej skomplikować interesy niż je ułatwić. Nic dziwnego, że co rozsądniejsi z tych ambitnych trzymali się tego miejsca. Los innych, równie ambitnych, choć mniej rozsądnych, był wystarczającą przestrogą. 
      W leniwe, ciepłe przedpołudnie po ulicach nie kręciło się wielu ludzi. Tu i ówdzie pod drzwiami kamienic stała lektyka albo niewielki powóz, oczekując na właścicieli załatwiających interesy wewnątrz. Służące wybierały się właśnie, bądź wracały z targowiska, niosąc ze sobą różnie zapełnione kosze z wiktuałami. Gdzieniegdzie parobek zamiatał bruk pod bramą. Nad jakimś parkanem stary ogrodnik, stojąc na drabinie, przycinał zadbany żywopłot. 
      Noel szedł przed siebie bez pośpiechu, ale i bez wahania. Bertolli dokładnie przekazał mu słowa dona Leone, opisał dom i osoby, które wiedźmin miał w nim zastać. Don Leone jak zwykle prosił o przysługę, Bertolli jak zwykle namawiał wiedźmina. Noel jak zwykle się zgodził. Dom stał dokładnie tam, gdzie powinien. Dwupiętrowa kamieniczka o spadzistym dachu, pobielona starannie aż po gonty i odgrodzona od ulicy niezbyt wysokim murem. Nieco ku ulicy wystawał z niego niewielki, parterowy pawilon z szeroką witryną, złożoną z drobnej mozaiki kwadratowych szkieł. Na szyldzie, kołyszącym się nad ulicą, na białym tle wymalowano udatną podobiznę odyńca. 
      Noel zatrzymał się niedaleko, w plamie cienia rzucanej przez wysokie ściany pobliskiego składu egzotycznego drewna. Przyjrzał się rezydencji przez szerokość opustoszałej ulicy. Nie dostrzegł żadnego ruchu, żadnej ochrony, która zdradzałaby, że gospodarze czują się niepewnie. Mimo że powinni. Przetarł oczy, ale nie zdjął przydymionych szkieł. Strasznie lekkomyślni bywali ludzie w tym mieście. Rezygnować z płacenia za ochronę w tak niebezpiecznym miejscu. 
      Jeszcze raz omiótł spojrzeniem ulicę, po czym przemierzył ją zdecydowanie i wszedł do pawilonu. Gdy otwierał drzwi, wewnątrz odezwał się dzwonek, zawieszony u futryny. Nim umilkł, Noel przeszedł już przez izbę z takim impetem, że zakołysały się haftowane zasłony w witrynie. 
      - Słucham szanownego pana - zaczął schludnie odziany młody człowiek za kontuarem, podniósł głowę, przerywając kaligrafowanie cyfr w grubej księdze. 
      Noel nie dał mu dokończyć. Machnął krótkim sejmitarem, podświadomie rozluźniając nadgarstek dla zwiększenia impetu. Krew bryznęła wysoko, wprost na półki, po sufit zastawione słojami w różnych rozmiarach. Nim ciało młodzieńca zdołało opaść z łomotem na podłogę z jasnych, sosnowych desek, Noel przesadził już kontuar. Pokonał zasłonę z hebanowych kulek, gęsto nanizanych na sznurki, wypełniającą kontur łukowo sklepionego wejścia i znalazł się na zapleczu. Zastał tam labirynt prostych, drewnianych regałów, które aż skrzypiały pod ciężarem kolejnych słojów, a także dzbanów, amfor i gąsiorów. 
      - Alejandro, co się stało? - odezwał się zaniepokojony głos gdzieś zza półek. - Co to za hałas? 
      Noel zamarł na chwilę, nadstawiając uszu i starając się nie kichnąć. Kurzu w powietrzu było tyle, jakby nie sprzątano co najmniej od założenia miasta. 
      - Alejandro? - rozległ się ponownie głos. Potem dołączyły do niego cichutkie szepty, ostrożne szuranie licznych nóg i delikatne pobrzękiwanie żelaza. 
      Byli tutaj, dokładnie tak, jak powiedział don Leone. Noel rozszerzył maksymalnie źrenice i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zza słojów i dzbanów, zalegających półki po lewej, ledwie widać było łunę światła z lamp oliwnych. Stamtąd też dochodziły coraz ostrzejsze i mniej ostrożne szmery. Wiedźmin odrzucił poły płaszcza, upewniając się, że ma łatwy dostęp do broni obwieszającej pas i przód skórzanego kubraka. Potem bez skrępowania ruszył przed siebie. 
      Kiedy wynurzył się spomiędzy regałów w kręgu przytłumionego światła, wzbudził niemałą konsternację. Tamtych było pięciu. Stali bezładnie na niewielkiej pustej przestrzeni, wygospodarowanej mniej więcej po środku pawilonu. Próbowali zasłonić stojącą na małym stoliku otwartą szklaną szkatułę, po szczyt wypełnioną białym jak śnieg fizzem. Noel nie znał żadnego z nich, ale zupełnie siwy, acz potężnie zbudowany mężczyzna w bogatych, niebieskich szatach musiał być właścicielem całego interesu. Towarzyszył mu butny młodzian o starannie ogolonej głowie, której szczyt zdobiła zadbana kita czarnych włosów. Dwaj następni wyglądali na jego ochroniarzy, byli ostrzyżeni na podobną modłę, ale już nie tak dobrze ubrani. Ostatnim był ciemnoskóry mężczyzna z dredami, smukły i przystojny, chociaż z oczu źle mu patrzyło. Na widok Noela wszyscy jak jeden wyciągnęli ostrza. A każdy inne, zauważył wiedźmin z przekąsem. 
      - Ktoś ty? - odezwał się ostro siwy. - Jak Alejandro cię wpuścił? 
      - Nigdy nie widział tak ostrego wejścia - oświadczył wiedźmin z twarzą jak kamienna maska. - Jestem posłańcem. 
      - Czyim? 
      - To nieistotne - Noel nie zmienił wyrazu twarzy. - Mam przekazać następujące słowa: "Widzisz teraz patałachu, dlaczego w tym niebezpiecznym mieście nie da się nie płacić za ochronę?" 
      Wystudiowanym ruchem sięgnął głowicy miecza. Oczy starego rozszerzyły się ze strachu i zrozumienia. 
      - Zabijcie go! Zabijcie! - wrzasnął. 
      Dali się sprowokować, jak zwykle. Ochroniarze pierwsi. Rzucili się naprzód, niegłupio markując ciosy w różne partie ciała. Jednak byli nieprzygotowani, zmylili kroki. Przemknął między nimi gwałtownym piruetem i ciął dwa niezdarnie odsłonięte karki. Płytko, bez zamachu i właściwe samym impetem. Martwi rąbnęli w podłogę dokładnie wtedy, gdy siwy wielkolud zdecydował się zaszarżować. Noel bez zwłoki nadział go na ostrze, po czym wyrywając je gwałtownie i po łuku rozpłatał przeciwnika niemal na pół. Przed ciosem młodziana z kitą uchronił go kolejny piruet. Okazał się tak gwałtowny, że znak cechowy wymknął się Noelowi spod kaftana. Kiedy zawisł swobodnie na rzemieniu, młody i ostrzyżony dostrzegł czarny łeb wilka. 
      - Jesteś wiedźminem? 
      Noel nie odpowiedział. 
      - O co ci chodzi, wiedźminie!? Wasz cech powołano do zabijania potworów! A my ludźmi jesteśmy! Ludźmi! 
      Dyskusje filozoficzne. Rany, chyba nie istniało nic nudniejszego. 
      - Dla mnie nie jesteście. Ludzie nie handlują narkotykami. Widziałem, co fizz robi z człowieka. Żyrytwy zostawiają więcej. 
      Ostrzyżony spurpurowiał na twarzy. Poprawił uchwyt na rękojeści miecza i wskazując wiedźmina palcem drugiej dłoni, wrzasnął: 
      - Teraz cię załatwię! A jak już cię załatwię, to pojadę do całego tego Kaer Morhen i zrobię z tego aferę! Bo to jest kurwa skandal! 
      Rzucili się na siebie, wznosząc ostrza. Ścieli. Potem wiedźmin zrobił krok wstecz i spojrzał, żeby upewnić się, czy ryzyko wpłynięcie zażalenia do Kaer Morhen na pewno spadło do zera. 
      Ostatni z tamtych gdzieś zniknął, ale kiedy Noel sięgnął, by poprawić na głowie wełnianą myckę, coś zaszeleściło za regałem. Nie tracąc czasu, bezszelestnie ruszył w tamtą stronę. Z głową pochyloną do przodu i nieco na bok przesunął się wzdłuż ściany pawilonu. Zabrzmiał jakiś niezrozumiały okrzyk bojowy i ktoś rzucił się na wiedźmina z ostrzem pałasza wystawionym do sztychu, przewracając przy tym regał z glinianymi amforami. Noel zbił klingę, po czym musnął dłoń tamtego. Mężczyzna zawył i wypuścił broń. Nim jednak dosięgło go kolejne cięcie, zdążył wyprostować się nagle, ukazując ciemnoskórą twarz i włosy upięte w dredy. Noel zawahał się. Zamiast ciąć, dotknął tylko szyi klingą. 
      - Spo... spokojnie stary... - Tamten uniósł ręce wyżej, by dobitniej pokazać, iż nie ma już broni. - Jesteśmy po tej samej stronie. 
      Ostrze naparło na jego krtań. 
      - Jestem od Stansfielda, człowieku... - wyszeptał zwilżając wargi. - Od Stansfielda... 
      - Żadnych kobiet, dzieci i nieudaczników - wycedził Noel beznamiętnie, po czym walnął go w skroń. Płazem. W końcu człowiek, który nie przestrzega własnego kodeksu, niewiele sobą reprezentuje. 
      Krytycznie obrzucił wzrokiem efekt, po czym schował miecz. Dla pewności przespacerował się jeszcze po pobojowisku, starając nie pośliznąć się na krwi. Upewniwszy się, że wszystko wygląda jak trzeba, wrócił do izby z witryną, a potem wyszedł na ulicę. Nic się na niej nie zmieniło. Przechodniów było może i nieco więcej, ale na zamieszanie w pawilonie nikt nie zwrócił uwagi. Noel owinął się na powrót płaszczem i ruszył do siebie. 
      Kiedy dochodził do aktualnej meliny, ze szczytu pagórka dostrzegł na alei południowej, tuż przed rogatkami podgrodzia, długi szereg ciągnących ku miastu wozów. Wszystkie były solidne, duże i miały praktyczny, niespecjalnie bogaty wygląd. Wszystkie w czarno-granatowych barwach, zaprzęgnięte w kare konie i oznaczone jakimiś proporcami na wysokich tyczkach. Nilfgaardczycy. Sądząc z rozmachu jakaś oficjalna wyprawa, może nawet misja dyplomatyczna. Noel czuł przez skórę, że w mieście miało się wkrótce zrobić dużo ciekawiej. 
* * * 
Ku zaskoczeniu nie tylko Noela, ale i większości mieszkańców miasta, Nilfgaardczycy okazali się nie być przejazdem. Ściślej, nie tylko przejazdem. Bertolli wypaplał powód ich przybycia w pierwszych czterech słowach, jakie wyrzucił z siebie przy kolejnym spotkaniu. 
      - Szlak handlowy tędy pociągną! 
      Drewniane sztućce w dłoniach wiedźmina zamarły nad miską. 
      - Szlak? 
      - Porządny, z bitą drogą - Bertolli nie powstrzymał się przed serią energicznych gestów, które w zamierzeniu miały podnieść wagę jego słów. - Taką, jakie południowcy już w starożytności umieli budować. 
      - Dlaczego tędy? 
      - A kto to wie - Karczmarz oparł się łokciami o stół i uciekł wzrokiem. Noel zrozumiał, że wie, lecz nie chce powiedzieć. A rzadko mu się to zdarzało. - Ważne, że pieniądze tędy popłyną. Z całego południa. 
      - Dlaczego nie przez Cintrę, która jest większa, bezpieczniejsza i bardziej po drodze? 
      - Pytasz, jakbym wiedział o wszystkim, co się w tym mieście dzieje i rozpowiadał bez opamiętania - Bertolli założył ręce na piersi i zrobił prawie zagniewaną minę. - Kogo to obchodzi? Tak będzie lepiej dla nas. Co mnie tam jakaś Cintra... 
      Noel przełknął kolejny kawałek ciasta z mięsnym sosem. Tym razem było smaczniejsze niż poprzednio. 
      - Kuchnia ci się poprawiła - zauważył pojednawczo. 
      - I dobrze. Trzeba się rozwijać, polepszać obsługę - oświadczył karczmarz z emfazą. - Sądziłeś, że my tu będziemy zawsze tkwić w miejscu i serwować cały czas to samo? Nie rozwijać się? Nie inwestować w renomę? 
      Noel prawie się zakrztusił. Od dawna znał odpowiedzi na te pytania. Bertolli spojrzał na niego krzywo. 
      - Ten orszak - wyszeptał pochylając się ku wiedźminowi - to nie jest tylko misja handlowa czy dyplomatyczna. To ariergarda. Cesarska ariergarda. Enron var Emrais osobiście chce złożyć przyjacielską wizytę w krainach północy. I właśnie tutaj zanocuje - ba! - może nawet zatrzyma się na dłużej - rozejrzał się po izbie i dodał z naciskiem. - Muszę być na to przy-go-to-wa-ny... 
      Odchylił się z powrotem. Chrząknął. 
      - Rozumiesz - zakończył półgębkiem. 
      Noel nieznacznie skinął głową. 
      - A wracając do meritum - karczmarz przeczesał dłonią włosy. - Don Leone jest zachwycony rozwiązaniem dręczącej go kwestii. Powiedziałbym nawet, że jest wdzięczny. Przekazał pieniądze, które oczywiście zachowam dla ciebie w bezpiecznym miejscu. Nabrał do nas takiego zaufania, że zechciał powierzyć nam naprawdę poważny problem... 
* * * 

     Zajazd pod obco brzmiącą nazwą "Mururoa" znajdował się na południowo-wschodnim skraju przedmieść. Z dala od podgrodzia, nieledwie na prowincji. Składał się z rozległego, choć niskiego, budynku, pobielonego do połowy wapnem oraz kilku solidnych stajni i szop, w których sypiała służba. Ku gościńcowi zajazd sięgał dużym dziedzińcem, starannie wysypanym piaskiem. Dziedziniec ów, jak i całą posesję, otaczał niewysoki kamienny mur. Wzdłuż tego muru wznosiły się również w niebo niewidzialne ściany magicznej energii, stworzone specjalnie dla tych, którzy z jakichś powodów zdecydowali się ominąć bramę. Noel wyczuwał je nawet z odległości, gdy kręcił się niepostrzeżenie obok walącej się drewnianej chaty w opłotkach. Przyprawiały go o ostrzegawczą gęsią skórkę, brzęczały w uszach podprogowymi wyładowaniami. Ozon aż kręcił w nosie. 
      Nowy czarodziej w mieście. 
      Niewzywany, niespecjalnie lubiany, nazbyt niepokorny, za to gotów do obrony. Może liczył się z tym, że ktoś zawrze na niego kontrakt. A może było to jego typowe zachowanie, wynikające z doświadczenia w kontaktach z ludźmi lub innymi czarodziejami. Sam fakt, że jak dotąd przeżył na świecie, dobrze świadczył o jego możliwościach. Czarodzieje słynęli wszak nie tylko z umiejętności postępowania ze zwykłymi ludźmi, ale też i z nader łatwego czynienia sobie śmiertelnych wrogów z tych możniejszych. Szczególnie ten. Wiedźmin wygrzebał z pamięci jego imię - Aquafortz. Podobno młodszy brat jakiegoś innego, bardzo znanego maga. To było wyzwanie, z jakim Noel dawno się nie spotkał. W powszechnym mniemaniu najlepszy wiedźmin w swoim czasie został pokonany przez najlepszego czarodzieja. 
      Grunt to się nie zrażać. Niepostrzeżone przeniknięcie do zajazdu zapewni wystarczającą przewagę. Noel rozmyślał nad sposobem przejścia przez bramę. Problem stanowiło dwóch Wcielonych maga, którzy stali w rozwartych wrotach i uważnie oglądali wszystkich wchodzących. Dwóch następnych pilnowało drzwi zajazdu, frontowych i gospodarskich. Jeden taki człekokształtny cielesny byt, wykreowany i całkowicie kontrolowany przez Aquafortza, był w stanie dorównać najświetniejszym szermierzom świata. Czterech w jednym miejscu było jak mała armia. Właściwie to nawet średnia armia. 
      Zanim zaczął na dobre rozważać, czy jest jakiś sposób na niepostrzeżone wtargnięcie do środka, rozwiązanie znalazło się samo. Od strony placu, będącego właściwie ogrodzonym kawałkiem pola, na którym wzniesiono koślawą budę jarmarcznego teatru, zbliżało się powoli kilka postaci. Czterech zgrzebnie odzianych, krępych mężczyzn, podtrzymujących się wzajemnie i prących przed siebie gościńcem niczym karawela, halsująca po nieprzyjaznych wodach. Darli się jeden przez drugiego, upici właściwie na wesoło, ale okrutnie z czegoś niezadowoleni. Z ogólnego kierunku marszu można było zgadnąć, dokąd ich niosą nogi. Gdy minęli walącą się drewnianą chatę, było ich już pięciu. 
      Kiedy mieli jeszcze kawałek do przejścia, z bramy na gościniec ktoś wyszedł. Drobna, chuda postać w wyciągniętej sukmanie. Rozejrzała się wokół, zarzuciła grzywa czarnych włosów, po czym ruszyła gościńcem do miasta, trzymając się blisko muru zajazdu. Szła skulona, ukrywając w dłoniach mały przedmiot, który - chociaż grubo owinięty szalem - świecił jasnym światłem. Cokolwiek to było, z daleka cuchnęło magią. Noel czuł to z odległości wielu metrów, mimo interferującej magii z zajazdu. Przez chwilę się nad tym zastanowił, bo znał tę drobną postać. Matylda. Jej rodziców i rodzeństwo podobno wykończyli ludzie szeryfa. Od tamtej pory marzyła tylko o zemście. Długo zamęczała Noela, by nauczył ją jakichś wiedźmińskich sztuczek. Ciągle gadała o tym, że sprawiedliwości musi stać się zadość. Nawet w to wierzyła, jak ktoś pozbawiony elementarnej wiedzy o świecie. W końcu była tylko dzieciakiem. A teraz była dzieciakiem, który położył ręce na magicznym artefakcie. Noel mógł się założyć, że nie był to miękki gadający miś. 
      Kompania niespiesznie, acz z żelazną determinacją, podeszła do bramy zajazdu. Na kilkanaście kroków przed progiem spoczęły na nich baczne oczy Wcielonych, którym nadano formę paskudnych z twarzy rosłych drabów. Ich skórzane pendanty, zapięte na karacenowych zbrojach, były do przesady obwieszone bronią. Jednocześnie w głowach zbliżającej się grupy telepatycznie rozejrzał się obcy umysł. Wobec rozlewającej się aury upojenia był jednak zupełnie bezradny. 
      - Znaaaaaaajdzie się kłonicaaaaa... - zaintonował pijackim głosem Noel, chcąc uśpić ewentualne podejrzenia. Jego nowi druhowie natychmiast dołączyli: 
      - ...na duuuuupę...! 
      Przeszli. Przez dziedziniec dotarli do gościnnej izby zajazdu, umiarkowanie zapełnionej podróżnikami. Pod wysokim sufitem, na poziomie drewnianej galerii podtrzymywanej przez grube belki, płonęły w prostych żyrandolach świece. Ludzie gwarzyli sobie tu i ówdzie, pili spokojnie piwo z obtłuczonych kufli, pałaszowali porcje mięsiwa, donoszone zza szynkwasu przez służebne dziewki. Tylko w jednym rogu nic się nie działo. Przy długiej, pustej ławie, wsparty plecami o nieotynkowaną ścianę, siedział samotny człowiek z opuszczonym na twarz kapturem. Na blacie przed nim stał kielich z polerowanego szkła, do połowy napełniony winem, a obok leżała długa laska, okuta żelazem. 
      Noel opuścił swoich towarzyszy, którzy nagle zaczęli go gorączkowo namawiać, by został. Przecisnął się między stołami do człowieka w kapturze i zajął miejsce na ławie naprzeciw. Gwar za plecami zmienił ton, ale nie ucichł. 
      - Dosiadając się do mnie demonstrujesz kompanom, jaki jesteś odważny? - zapytał Aquafortz, nie podnosząc wzroku. 
      - Nie. 
      - Czego więc chcesz? Jałmużny nie rozdaję. 
      - Ciebie, panie, nazywają Aquafortz? 
      Czarodziej odrzucił kaptur i spojrzał na Noela. Miał młodzieńcza twarz o zdecydowanych rysach, błękitne oczy i równo przycięte, trefione włosy. Wyglądał chyba najbardziej kiczowato ze wszystkich czarodziejów, których dane było Noelowi spotkać. Może się przynajmniej nie uśmiechnie... 
      Aquafortz błysnął w uśmiechu porażającą bielą zębów. Wyglądał teraz równie intrygująco jak przeciętny landszaft. 
      - A czemuż interesuje to wiedźmina? 
      - Niewielu ludzi dokonało tyle, co ów Aquafortz - zauważył Noel chłodno. - W delcie Mefingu dalej ludzie umierają z głodu. Nic nie chce tam rosnąć. Pomarańczowy proszek czarodzieja wykończył buntowników razem z lasami i zasiewami. W Dol Blathanna Aquafortz podobno zatruł wodne cieki. A w Mahakamie to z jego wieży rozeszła się po okolicy zaraza gorączki kostnej. 
      Czarodziej zmrużył oczy. 
      - Dobrze radzę, nie wtykaj nosa w cudze sprawy! 
      - Niczego nie wtykam. Na razie. Przyszedłem coś przekazać. 
      Teraz Aquafortz zrobił się kiczowato nieufny. 
      - Co takiego? 
      - Pozdrowienia od dona Leone. Jesteś mu coś winien... - kątem oka Noel zarejestrował, jak dłoń czarodzieja podskakuje w pojedynczym pstryknięciu - ... za ochronę - dokończył, stojąc już na dziedzińcu zajazdu. 
      Aquafortz telepatycznie skrzyknął swoich Wcielonych. Nadbiegali ze wszystkich stron, jak nieubłaganie schodzące się szczęki poczwórnego imadła. W białym błysku na opustoszałym nagle dziedzińcu pojawił się sam czarodziej. 
      - Ile razy mam powtarzać! - wrzasnął, wymachując laską w takiej furii, że aż trysnęła błękitnymi wyładowaniami. - Mam własną ochronę! 
      Noel zlekceważył szansę na rzucenie dowcipną ripostą. Ruszył biegiem po łuku, mierząc wzrokiem najbliższego z Wcielonych. Jak oni wszyscy i ten był potężnie zbudowanym drabem o zdecydowanie nadnaturalnie umięśnionych kończynach. Szarżował na wiedźmina z lodowatym spokojem, wznosząc do ciosu półtorak o szerokim ostrzu. Odziany był w inkrustowaną srebrem karacenę, nałożoną wprost na nieludzko białe ciało. Na takie stworzenia nie było łatwego sposobu. Bezradna była zarówno wysoka magia, jak i wiedźmińskie Znaki. 
      Jak wszystkie twory człowieka, mieli jednak słaby punkt. 
      Noel już wcześniej ocenił ich chłodnym okiem. Zaszczepiono w te stworzenia najświetniejsze umiejętności i instynkty szermiercze, jednak jak każdy szukający potęgi czarodziej, Aquafortz nigdy nie nadałby im pełnej samodzielności. Lubił dzierżyć władzę. Lubił kierować osobiście. Po prostu nie był w stanie odmówić sobie możliwości posłużenia się Wcielonymi jak dłońmi, które jednym klaśnięciem zmiażdżą dokuczliwego owada. I stało się tak, jak chciał. Wcieleni osaczyli wiedźmina przy kamiennym murze zajazdu. Cztery ostrza opadły jednocześnie ze śmiertelną precyzją. Noel byłby w tej samej chwili martwy, gdyby nie znajdował się akurat nad nimi, wypchnięty kilka dobrych łokci w górę mocą Znaku Aard. Spadł na karki przeciwników, nim ktokolwiek się zorientował. Ściął cztery głowy, cięciami tak szybkimi, że zmieniały klingę w rozmazaną plamę. Potem starannie wdeptał w piach klejnoty wcielenia, które wypadły przeciwnikom z ust. 
      Odwrócił się. Aquafortz przyglądał mu się z wyrazem twarzy, w którym zaskoczenie toczyło walkę z niezadowoleniem. 
      - Wiesz, ile mnie kosztowało wcielenie czterech? - odezwał się do wiedźmina, kiedy niezadowolenie wygrało. - Pewnie nie i nic cię to nie obchodzi - zakręcił powolnego młynka swoją okutą metalem laską. - Trudno. Należność i tak muszę jakoś odebrać. Jeżeli twoja śmierć mnie dostatecznie nie usatysfakcjonuje, udam się do dona Leone. 
      Noel zdecydował się coś powiedzieć. 
      - Nasłuchałeś się kiepskich ballad. 
      Aquafortz uniósł brwi. 
      - To znaczy? 
      - Chcesz obić wiedźmina tą laską? 
      Czarodziej wzruszył ramionami. 
      - Mój brat, posiadając ledwie cień mojej potęgi, w swoim czasie bez trudu tak właśnie załatwił jednego wiedźmina. Podobno mistrza waszego fachu. 
      - Pokaż mi. Bez magii. 
      - Bez magii? - Aquafortz zafrasował się. - Nie da się. Wtedy to nie będzie takie zabawne. 
      Wyprostowaną laskę przycisnął sobie do piersi, zgarbił się, zmrużył oczy. Wyszeptał coś pod nosem. Noel na wszelki wypadek przemieścił się o kilka kroków raptownym piruetem. To była słuszna decyzja. Czerwona błyskawica, która wystrzeliła z laski, przeszyła miejsce, w którym stał przed chwilą. Potem pojawiła się następna. I następna. Powietrze nad dziedzińcem zaskwierczało od magii, zabuzowało energią, pociemniało, jakby nagle przestało tak dobrze przepuszczać światło. Później gdzieniegdzie zmieniło konsystencję, a miejscami zabłysło gamą zmieniających się kolorów. 
      - Pokaż mi co potrafisz, wiedźminie - Czarodziej uśmiechnął się paskudnie, a jego sylwetkę opłynął ledwie widoczny kontur aerozbroi. 
      Noel uniósł klingę. 
      - Już jesteś zgubiony - Aquafortz wyszczerzył zęby. Mieniące się barwami powietrze w błyskach podświetlało jego twarz jaskrawymi kolorami. - Choćby udało ci się mnie pokonać, jestem wystarczająco mocny, by pociągnąć cię za sobą. 
      Wiedźmin nie czekał na dalsze enuncjacje. Rzucił się biegiem w bok, później ku czarodziejowi, a na koniec znów w bok. Wymanewrował dwie błyskawice. Łokciem wpadł najpierw w strefę dotkliwego zimna, a zaraz potem przeraźliwego gorąca. Skoczył przed siebie przez niemal nieprzejrzysty pas powietrza, w którym unosiły się czarne pasma czegoś przypominającego wodorosty. Zapiekło go w twarz i dłonie, ale miał Aquafortza w zasięgu miecza. 
      Czarodziej był szybki, owszem. Może nawet szybszy niż wszyscy przeciwnicy, jakich Noel spotkał w życiu. Ale od ostatniego podobnego spotkania wiedźmin nie spoczywał przecież na laurach. Ćwiczył. Rozwijał się. Czekał na taką właśnie chwilę. Miecz i laska zwarły się w błyskawicznym starciu. Zadźwięczały gradem głośnych ciosów tak gęsto, jak krople deszczu o dach podczas ulewy. Nigdy dotychczas nikt w takim starciu nie sprostał czarodziejowi. 
      Ale czasy się zmieniają. 
      Kolejny biały błysk rozdzielił walczących. Wiedźmina odrzuciło kilkanaście łokci w tył, na plecy. Poderwał się jednak szybko i poprawił uchwyt na rękojeści miecza. Rozejrzał się. Powietrze wokół krzepło w mętną galaretę. Aquafortz zataczał się ze strzaskaną laską w dłoni, nieporadnie próbując zatamować krew płynącą z czoła. Raz za razem ciskał na oślep błyskawice, których wiedźmin unikał właściwie bez trudu. Nadal parł do przodu, starannie omijając strefy spienionej magii, gdzie energia buzowała jak miniaturowe sztuczne ognie. Jednak jak poprzednio - łatwego dojścia do Aquafortza nie było, bo fale uwolnionej magii przemieszczały się wokół niego zbyt chaotycznie. Dopiero po dłuższej chwili Noel dostrzegł szansę. Cofnął się kilka kroków dla rozpędu, potem ruszył biegiem. Wskoczył na zrąb krokwi, który wystawał ze słupa stajni zajazdu, odbił od niego z całej siły i przeleciał nad magiem - wprost za niego. Z łatwością sparował cios laski, odwinął się i chlasnął z impetem z lewej do prawej. Poczuł, jak opór aerozbroi ustępuje, i zobaczył, że czubek ostrza wlecze za sobą w zgęstniałym powietrzu bryzg czerwieni. 
      Aquafortz zawył telepatycznie i zatoczył się. Na wargach pojawiła mu się krew. Wiedźmin spojrzał w jego nabiegłe nienawiścią oczy i zrozumiał, co się zaraz stanie. Kopnął czarodzieja jak mógł najmocniej i rzucił się do ucieczki. Aquafortza odrzuciło mocno wstecz. Nie złapał już równowagi i, starając się utrzymać na nogach, cofał ku drzwiom zajazdu. Noel dopadał już kamiennego muru dziedzińca. Nie zwalniając, po prostu skoczył z rękami przed siebie i przeleciał nad parapetem ogrodzenia, wykończonym glinianą cegłą. 
      W tyle jeszcze raz odezwało się wycie, po czym z miejsca, w którym był zajazd, błysnęło ostre światło ognistej kuli. Niewielka była, zaledwie taktyczna. Tak by ją ocenili setnicy co bardziej nowoczesnych armii. Starczyło jednak, by zajazd i okolice wyparowały pośród ryku białego ognia, razem z nieszczęsną obsługą, gośćmi i jednym porąbanym czarodziejem, który technicznie był martwy już wcześniej. Tyle, że nie zdążył na czas zdać sobie z tego sprawy. 
* * * 

     - Musisz przestać tu przychodzić - powiedział Bertolli dosiadając się do Noela. - Ludzie szeryfa pytają o ciebie codziennie. Wiesz, z tym zajazdem to trochę przesadziłeś... 
      Noel wciągnął z mlaśnięciem pasek ciasta. Nie dał po sobie poznać, że cokolwiek usłyszał. 
      - Nie zrozum mnie źle - karczmarz nerwowo splótł dłonie. - Chcę, byśmy nadal byli przyjaciółmi. Don Leone też w zasadzie jest z ciebie zadowolony. Ale na jakiś czas powinieneś się przyczaić. Aż sprawa przycichnie. 
      - Tak uważasz? 
      - Właśnie. Zresztą nie tylko ja. Don Leone tak radził. Zresztą... - Bertolli ściszył głos. - Sam ci to powie. Chce się z tobą spotkać. Dziś wieczorem. 
      - Aha. 
      - Czy to znaczy "tak"? Zależy mi na tym. Powinno zależeć nam obu. 
      - Aha. 
      - Nie daj się prosić - karczmarz poruszył się nerwowo. Nowa złota bransoleta, grubsza niż poprzednia, zadzwoniła mu na nadgarstku. - To musi być jakaś bardzo ważna sprawa. Ważniejsza, niż wszystkie poprzednie razem wzięte. 
      Noel przełknął kęs. 
      - Zgoda - oznajmił krótko. 
      - Poważnie? - wyrwało się Bertolliemu, ale zmitygował się natychmiast. - Wybacz. Wiem, że nigdy nie żartujesz, gdy rozmawiamy o interesach. 
      Wstał, po czym rozglądając się na boki przesiadł na miejsce obok wiedźmina. 
      - Zapamiętaj. Dziś, podczas wieczornej kwarty. Pójdziesz do Villa Lasagna, do bocznego wejścia. Postaraj się, aby nikt nie zobaczył, jak wchodzisz. 
      Noel wyskrobał łyżką resztkę czerwonego sosu. 
      - Będę tam. 
      Bertolli uśmiechnął się i zatarł ręce. 
      - Zaraz przekażę, że się zgadzasz - wstając, klepnął wiedźmina. - Mam bardzo silne wrażenie, że ta sprawa popchnie nas w górę. Otworzą się przed nami zupełnie nowe perspektywy. 
      Ruszył ku szynkwasowi, ale zatrzymał się na moment i spojrzał za siebie. 
      - Tylko, Noel... 
      Wiedźmin podniósł na niego wzrok. 
      - Bądź grzeczny. Sporo od tego zależy. 
* * * 
Ledwie niebo pociemniało, Noel zawitał pod tylną furtę rezydencji rodziny don Leone. Otworzył mu ktoś niespecjalnie wyglądający na służącego - wielki, kwadratowy osobnik, dwa razy szerszy w barach od wiedźmina. Jak wieść niosła, w domu Rodziny typowi służący dziwnym trafem wyglądali nieco inaczej niż wszędzie indziej. 
      Dalej poprowadzono go krętymi ścieżkami otaczającego dom labiryntu, starannie wyhodowanego z żywopłotu. Kluczyli dość długo po okolicy. nim wreszcie procedura pozwolił im dotrzeć do wysokiej podmurówki rezydencji. Nie weszli jednak do środka ozdobnymi, kaskadowymi schodami, lecz przez niewielkie drewniane drzwi prowadzące do piwnic. Sala wewnątrz była zaskakująco surowa jak na przepych zewnętrznego wykończenia rezydencji. Słabo oświetlona kilkunastoma pochodniami i wykończona wyłącznie w kamieniu, była właściwie pusta, jeśli nie liczyć długiej drewnianej ławy i nielicznych stołków. Pod ścianami stało kilku kolejnych służących, ubranych elegancko, ale z nie pasującymi do ubiorów dziwnie hardymi minami. Mimo szerokich barów i grubych nóg, nie byli w stanie zasłonić pokrywających kamienną ścianę czerwonych plam rozmaitych kształtów. Nawet w mroku plamy owe dawały wiedźminowi czytelne wskazówki. Bądź grzeczny. Nie fikaj. Albo już stąd nie wyjdziesz. 
      Podprowadzili go pod ławę. Siedziało za nią kilku ludzi. W większości młodych, kiepsko udających zainteresowanie. Starsi znajdowali się najdalej, w cieniu, do którego światło pochodni nie sięgało. Jeden gruby, o zmęczonych oczach i wyraźnie posunięty w latach, drugi zaś mały, szpakowaty, z cwaniactwem wypisanym na twarzy. 
      - Ty jesteś Noel? - zapytał gruby mężczyzna. Mówił nieco niewyraźnie. Nabrzmiałe policzki pracowały mu jakby z wysiłkiem. Don Leone. 
      Wiedźmin skinął głową. 
      - Odpowiadaj, gdy padrone pyta! - wrzasnął jeden z młodych, podrywając się zza ławy. Charakterystyczny zarys szczęki i nosa jednoznacznie wyjaśniał, po kim odziedziczył temperament. 
      - Marco - Don osadził syna miękkim tonem. 
      - Jestem - odezwał się wiedźmin. 
      - Twoje umiejętności - don Leone zastanowił się sekundę - oszczędziły nam ostatnio wiele trudu. Jesteś dobry w tym, co robisz. 
      - Dziękuję - powiedział wiedźmin. Rozumiał, jak nieroztropnie było by nie podziękować. 
      - Istnieje jednak pytanie, które chciałem ci osobiście zadać - padrone przewiercił go wzrokiem. - Bo widzisz, ja znam się na ludziach. Wiem, kiedy nie mówią prawdy. Kiedy próbują mnie oszukać. 
      Noel milczał. 
      - Powiedz mi, przyjacielu. Z borowikami miałeś ty kiedyś do czynienia ? 
      - Miałem. 
      - Z leszymi? Ze strzygami? 
      - Także. 
      - Z politykami? 
      Noel zmrużył oczy. 
      - Nie. 
      Cisza trwała chwilę. 
      - To mnie mimo wszystko dziwi - padrone oświadczył łagodnie. - Ech, wy wiedźmini. Powołano was, by bronić ludzi przed potworami najprzeróżniejszego autoramentu. A nie znacie najstraszliwszego ich rodzaju. 
      Oczy wszystkich obecnych wbiły się w wiedźmina. 
      - Jaki potwór bez mrugnięcia potrafiłby poświęcić tysiąc pobratymców dla własnej korzyści? - kontynuował don. - Jaki jednym podpisem, jednym poleceniem, jednym uściskiem dłoni przypieczętowałby śmierć lub cierpienia całych narodów? Jaki potwór zdolny byłby do machania tłumom świstkiem papieru, głosząc, że oto przywiózł im pokój, podczas gdy naprawdę otworzył drzwi najstraszliwszej wojnie w dziejach? A politycy robią takie rzeczy od zarania czasu. To wszak drugi najstarszy zawód świata. 
      Noel nie zmienił wyrazu twarzy. 
      - Poproszę jaśniej - odezwał się. 
      Don Leone pozwolił sobie na skąpy uśmiech. Splótł dłonie i oparł się o ławę, pochylając ku wiedźminowi. 
      - Co byś zrobił, gdybyś wiedział, że taki osobnik znajduje się w orszaku z Nilfgaardu? - oświadczył prosto z mostu. - Człowiek wysłany specjalnie po to, by doprowadzić do naszego konfliktu z Cintrą i Verden. Po to, by skusić ich, żeby zaatakowali nas. By osłabili własne siły, a przez to stali się łatwiejszą zdobyczą dla Nilfgaardu - uśmiech zrobił mu się bardziej sardoniczny. - Bo przecież nikt poważny nie wierzy, że cesarstwo wyrzekło się ekspansji na zawsze. 
      Noel nie odrywał od niego wzroku. 
      - Nie chcę byś mnie źle zrozumiał, wiedźminie - padrone znów się wyprostował na stołku. - Nie próbuję tutaj przemówić do ciebie argumentami narodowymi - co to, to nie. Chodzi mi jedynie o ludzi. Ludzi, których gierki politycznych potworów jak zwykle będą kosztowały najwięcej. 
      Noel rozważył jego słowa. 
      - Powiedzmy, że się zgadzam. 
      Don Leone zabłysł skrywanym zadowoleniem. 
      - Szczegóły? 
      - Człowiek ów nazywa się var Kohrlin - do rozmowy włączył się mały i szpakowaty. Najwyraźniej doradca. - To jeden z licznych sekretarzy cesarza do spraw finansowych. Ostatnimi czasy on i jemu podobni są najważniejszymi postaciami w państwie. Cesarz Enron od koronacji bardzo swobodnie poczynał sobie z pieniędzmi, w rezultacie cały kraj trawi teraz ostra recesja. Kontakty handlowe z zagranicą postrzegane są jako najpewniejsza metoda wyjścia z kryzysu. Urzędnicy cesarscy, zwłaszcza tak potężni jak var Kohrlin, potrafią zręcznie zdobywać przywileje handlowe, korzystne właściwie tylko dla Nilfgaardu. W naszym mieście ta sztuka się nie udała, postanowili zatem zniszczyć je za pomocą zewnętrznych wpływów. Wywołać niewielką wojnę, by nauczyć nas moresu. Jeżeli var Kohrlin nie dożyje jutra, jest szansa, że reszta delegacji cesarskiej zmieni zdanie. Miasto będzie uratowane, a prawdopodobnie zyska kilka bardzo lukratywnych kontraktów. 
      Noel wysłuchał tego w skupieniu. Don Leone nie spuszczał go z oczu. 
      - Zrozumiałeś? - zapytał w końcu. 
      - Tak. 
      - Zgadzasz się? 
      - Tak. 
      Twarze siedzących przy ławie przestały być napięte. Pojawiły się uśmiechy. 
      - Mój chłopcze - oświadczył don Leone jowialnie. - Będziemy mieć z ciebie pociechę. 
      Noel skłonił się. 
      - Jeszcze tylko jedna rzecz... - Don Leone spojrzał z troską. - Ta sprawa z czarodziejem... czy tym razem mógłbyś zrobić to dyskretniej? 
      Noel skłonił się ponownie. 
      - Mógłbym. 
      Członkowie Rodziny wstali i zaczęli wychodzić. Młodzieniec, który odezwał się ostro na początku, podszedł teraz do Noela. 
      - Ludzie gadają, że jesteś ostatnim wiedźminem - mruknął półgłosem. - Na twoim miejscu pilnowałbym się, żeby tej sytuacji nie zmienić na gorszą. 
* * * 

      A taką miał nadzieję, że chociaż tym razem wszystko pójdzie jak z płatka... 
      Karczma nie była specjalnie strzeżona. Ot, kilku miejskich pachołków na zewnątrz, stojących w przewidywalnych miejscach i jak zwykle lekko zamroczonych gorzałką. Ostatecznie nie w nich pokładano nadzieje na odstraszenie intruzów, lecz w eskorcie najświetniejszych żołnierzy Cesarstwa i Królestwa, którzy towarzyszyli ambasadorowi w podróży. Miasto, nie będące jakąś wielką metropolią, zostało jednak zupełnie zlekceważone, bo jakich to w końcu wrogów Cesarz może mieć na takiej prowincji? 
      Noel wśliznął się do karczmy tak, jak zaplanował, tuż przed rozpoczęciem uroczystej uczty pożegnalnej, którą miasto wyprawiło na cześć posłów. Dzięki temu łatwo było wykorzystać chaos, jaki nieuchronnie w takich momentach dotyka każdy system bezpieczeństwa. Bez trudu znalazł się na piętrze i wybrał drzwi wskazanego apartamentu. 
      Var Kohrlin strasznie się spieszył, bo, sądząc z dochodzącego z dołu gwaru, uczta już się rozpoczęła. Był wysokim, chudym mężczyzną o ziemistej cerze. Skończył właśnie wygładzać wyszywaną togę i zapiął na szyi łańcuch z godłem cesarskiego kwestora. Dlatego do otwierających się drzwi odwrócił się z pewnym opóźnieniem. 
      - Kim jesteś!? Co tu robisz!? - odezwał się ostro, sięgając po parę czarnych, jedwabnych rękawiczek. 
      - Jestem Noel. Sprzątam. 
      Kwestor wciągnął rękawiczkę na lewą dłoń. 
      - Dlaczego teraz? 
      - Takie polecenie. 
      - Więc rób szybko, co do ciebie należy i precz stąd. Dobrze ci radzę. 
      Noel musiał przyznać, że kwestor miał talent nie tylko do finansów, ale i do gry słów. 
      A jednak nie docenił ochrony urzędnika. Ledwie ciało kwestora rąbnęło na przykryte lichym dywanem deski podłogi, coś niewidzialnego dźgnęło wiedźmina nagle w oczy. Odruchowo odskoczył, potrząsnął głową. Potem dopadł okna. 
      I okazało się, że nie mógł wyjść. 
      Zatrzaśnięte okiennice za nic nie chciały się otworzyć. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy szeptanie. Z lewej i prawej. Nie, bardziej z lewej. Powodowany niezrozumiałym impulsem podążył za owym ledwie słyszalnym głosem. Wprost do głównego korytarza, teraz opustoszałego. Potem schodami w dół, do zamkniętych odrzwi sali karczemnej. Ze szpar między deskami biło ciepłe światło. Dotknął drewna dłonią. Szepty wzmogły się, więc pchnął mocno i przestąpił najpierw próg, a potem jeszcze kilka dobrych kroków. 
      Znalazł się w sali, pełnej ludzi, którzy siedzieli przy suto zastawionych stołach, ustawionych w nierówny półokrąg. Wszyscy milczeli i wpatrywali się w niego, nawet błazen zamarł niemal pośrodku sali. Na wprost, przy szerokim blacie, uginającym się od wykwintnych pieczeni, stała samotna postać w szarym habicie i z pochyloną głową szeptała to, co Noel słyszał w swojej głowie. Naraz umilkła i pstryknęła palcami, generując w powietrzu fontannę bezdźwięcznych iskier. 
     Wszyscy obecni ożyli jak na komendę. 
      - Zamachowiec! 
      - Morderca! 
      - Kto za tym stoi! 
      - Powiesić! 
      Głos czarodzieja w szarym habicie przebił się przez zgiełk. 
      - Kwestor var Kohrlin nie żyje. 
      Zza stołu na wprost wejścia zerwał się na nogi wysoki mężczyzna o równo przyciętej czarnej brodzie. Na tunice miał wyszyte czarne godło Cesarstwa, a na szyi rzemień z śnieżnobiałym, ostrym kłem. 
      - Cisza! - krzyknął głosem jak taran. 
      Obecni umilkli. Noel otrząsnął się z dziwnego paraliżu, pokręcił głową i ukradkiem poprawił uchwyt na głowicy miecza. Dostrzegł, że przy przeciwległym końcu tego samego stołu wstał się jeszcze ktoś. Niższy od stanowczego Nilfgaardczyka, ale równie dobrze ubrany. Jego herbem była obnażona klinga. 
      - Dobrze waść mówisz, kapitanie Miradi - odezwał się żołnierz. - Umilknijcie waszmościowie, bo rzec wam coś chciałem. Oto czyn haniebny miał miejsce w Królestwie, więc królewskiej sprawiedliwości podlega. Pozwólcie zatem, że jako dowódca waszej eskorty, drużyny Ostrzy, najświetniejszych szermierzy na żołdzie króla, sam bandytę wypytam i na gardle ukarzę. 
      - Słuszność jakaś jest w waszych słowach, kapitanie Laibrin - odpowiedział czarnobrody. - Jednak zbrodnia na cesarskim kwestorze została popełniona. Cesarstwu zatem powinno się uczynienie sprawiedliwości pozostawić. 
      Noel przyjrzał się sytuacji uważniej. Przy stole na wprost wejścia siedzieli ogorzali Nilfgaardczycy oraz jasnoskórzy królewscy żołdacy. Stoły po bokach zajmowane były mniej więcej po równo przez jednych i drugich. Ci z lewej niemal bez wyjątku nosili kły na rzemieniach, ci z prawej - tuniki z ostrzami w herbie. Nieco dalej, w cieniu pod ścianą stał jeszcze jeden stół, ale Noel nie widział dokładnie, kto przy nim siedzi. Najważniejsi jednak wydawali się ci na wprost. Młody, przystojny ambasador Cesarstwa ze skromną świtą oraz kilku królewskich urzędników. 
      I czarodziej. 
      - To wiedźmin - odezwał się szary habit. 
      Tym razem cisza, która zapadła, pełna była niemal namacalnego obrzydzenia. 
      - Wiedźmin, tak? - kapitan Laibrin wziął się pod boki. - Zabójca potworów? Sam się na starość stał potworem. Przykład dla wszystkich, że kto się złem zajmuje, ten się od niego zarazić może! 
      - Wiedźmin? - Miradi zainteresował się nagle. - U nas żadnych wiedźminów już nie ma, a słyszałem, że to świetni szermierze. 
      - Wszyscy o tym słyszeli - przytaknął Laibrin. - Tylko nikt nigdy jakoś nie widział. 
      Miradi złożył ręce na piersi. 
      - A ja chciałbym zobaczyć - spojrzał na swoich żołnierzy. - Chłopcy, kto na ochotnika? 
      Zgłosili się wszyscy, więc wybrał jednego. Potężnie zbudowanego byczka, którego policzek przecinała lekka szrama. 
      Laibrin zastanowił się chwilę. 
      - Podobno wiedźminów szkolono, by radzili sobie więcej niż z jednym przeciwnikiem. 
      - No dobrze - Mirandi wskazał jeszcze jednego żołnierza. - Zabierzcie się za niego. 
      Usiadł z powrotem, obserwując, jak jego ludzie wychodzą zza stołów i stają naprzeciw Noela w pustej przestrzeni na środku sali. 
      - Gdzie karczmarz? - Mirandi rozejrzał się, unosząc puchar. - Niech poleje jeszcze wina! Kto powiedział, że wymierzanie sprawiedliwości musi być nudne i niekomfortowe? 
      - Kapitanie - szary habit nachylił się do Miradiego. Noel usłyszał go tylko dzięki swoim wyczulonemu słuchowi. - Z całym szacunkiem zalecałbym... 
      - Nie wtrącaj się we wszystko, czarodzieju. 
      - Ale... 
      - Żadnych ale - Miradi nawet na niego nie spojrzał. - Jestem kapitanem Kłów, kość z kości cesarskiej gwardii. Sprawiedliwość w imieniu Cesarza to moja działka. 
      - Doradzam ostrożność - rzucił szary habit z rezygnacją. 
      - Ależ zrobimy to ostrożnie - kapitan zmierzył Noela spojrzeniem. - Opasaj to pomieszczenie zaklęciem, tak, aby się stąd nie wydostał i nie próbował uciekać. 
      Szary habit popatrzył na niego bez wyrazu. Potem przyciągnął do siebie laskę i wymamrotał kilka słów. Nie miały żadnego widocznego efektu. Słychać było jedynie dobiegający zewsząd dźwięk zatrzaskujących się gigantycznych rygli. Korytarz, widoczny przez uchylone odrzwia sali karczemnej, wydał się nagle dziwnie ciemny. 
      Noel jeszcze raz, powoli, ogarnął całą sytuację. Pusta przestrzeń między stołami tworzyła okrąg o promieniu jakichś ośmiu kroków. Dwaj spośród Kłów stali na wprost wiedźmina z twarzami zupełnie pozbawionymi wyrazu i mieczami pewnie trzymanymi w rękach. Z lewej przyglądało się mu kilkunastu ich towarzyszy, a z prawej prawie dwa tuziny Ostrzy. Do tego dochodzili oczywiście sami dowódcy, czarodziej i bliżej nieokreślona liczba pachołków ze świty Nilfgaardu i królewskich urzędników. Na domiar złego przy stole w głębi, ustawionym tak by siedzących przy nim urazić, także widział dobrych kilku rosłych osobników. 
      Noel niedostrzegalnie westchnął. Sala była wprost zapchana ludźmi, których jedynym pragnieniem było go zabić. Dobrze, że doświadczenie w postępowaniu w takich sytuacjach miał większe, niż ktokolwiek na świecie. 
      - A zatem, wiedźminie, pokaż nam co potrafisz - kapitan Miradi wskazał w jego stronę dłonią trzymającą puchar. - Jeżeli uda ci się pokonać cesarskich fechmistrzów to... cóż, nie daruję ci wprawdzie życia, ale obiecuję, że twoja śmierć nie będzie bolesna - dokończył i usadowił się na ławie. 
      - Kapitanie Miradi - odezwał się Laibrin. - Proszę przyjąć moje zapewnienie, że jeżeli pańscy ludzie będą mieli jakiś problem, królewskie siły zbrojne w osobach mojej i moich żołnierzy przyjdą wam z pomocą. 
      Miradi wstał jeszcze raz. 
      - Panie ambasadorze - zapowiedział z kurtuazją. - Szanowni patriarchowie królewskiej służby celnej. Kapitanie Laibrin. Podczas pokazu starajcie się trzymać nerwy na wodzy. To, co zobaczycie, zapewne nie będzie ładne. 
      Faktycznie nie było, przyznał Noel wkrótce potem. Porąbani żołnierze Kłów i Ostrzy zalegali pokotem środek sali, stoły i ławy. Jeden leżał nawet na progu, do którego cofał się, próbując umknąć mimo magicznej bariery. Pod nogami wiedźmina konał ostatni z królewskich pachołków, wysłany na śmierć przez przerażonego urzędnika. Postać w szarym habicie leżała pod ścianą, z szyją przedziurawioną ciśniętym sztyletem. Próbowała wycharczeć jakieś przekleństwa, a jej prawa dłoń zwinięta w pięść tłukła z agonalną furią polepę. Kiedy przestała, Noel wrócił spojrzeniem do głównego stołu. Obaj kapitanowie leżeli przy nim, a na ich twarzach zastygł bardzo podobny grymas, pełen niebotycznego zdumienia. Ambasadora, jego sekretarzy i królewskich urzędników nie było widać, ale sądząc po szczękaniu zębów dochodzącym spod blatu nie trzeba było ich daleko szukać. Robota wyglądała na skończoną. 
      W powietrzu, tak ciężkim teraz od zapachu krwi, rozległo się dostojne, mocne klaskanie. 
      Wiedźmin otrząsnął się nieco z bojowego nastroju i spojrzał w prawo. Za stołem obraźliwie wciśniętym w odległy kąt sali stał sam don Leone. I osobiście bił brawo. Osiem silnych klaśnięć. Noel opuścił nieco miecz i podszedł bliżej. Zatrzymał się kilka metrów od padrone i uspokoił oddech. Oprócz dona Leone przy krótkim stole siedział jego syn, Marco, oraz jeszcze kilku starszych mężczyzn w dobrze skrojonych, bogatych szatach. Jeden w drugiego obwieszeni byli złotem i klejnotami. Bynajmniej nie wyglądali na miejskich radnych. Chociaż w tych czasach, kto by ich tam wiedział. 
      - To było doprawdy wspaniałe - odezwał się don Leone, rozkładając ręce w geście pełnym podziwu. - Walka z najświetniejszymi szermierzami Cesarstwa i Królestwa. I te cztery końcowe sztychy. 
      Stojący za jego plecami mur kwadratowych osiłków w liberiach Villa Lasagna rozproszył się po całej sali. Noel dostrzegł kątem oka, że wykańczają cichaczem ostatnich świadków, którzy przetrwali jatkę. Zajęli się też właścicielem i posługaczkami. Spod stołu wyciągnęli nawet błazna. Musiał biedak przesadzić z aluzjami. 
      - Chcę, abyś wiedział, że będę ci wdzięczny, wiedźminie - don Leone nieznacznie skłonił głowę. - Zarówno ja, jak i cała moja Rodzina - szerokim gestem wskazał pozostałych, za stołem. - Przyznam ci się szczerze, że rozmowy z tymi psami z Nilfgaardu poszły źle. Ich pazerność przebiła wszystko, na co gotowi byliśmy przystać. 
      Ucichły ostatnie charkoty dobijanych. Osiłki zgromadziły się teraz w dwóch grupach, po prawej i lewej stronie Noela. Stanęły z ostrzami w dłoniach i patrzyły. 
      - Jesteś pewnie zmęczony? - W głosie don Leone pojawiła się niemal autentyczna troska. - To już nie potrwa długo. 
      Nie przejął się specjalnie tym, że Noel w zasadzie jakoś w to nie uwierzył. 
      - Mimo wyeliminowania var Kohrlina nasz plan legł całkowicie w gruzach - przyznał samokrytycznie padrone i pokiwał głową w zastanowieniu. - Ale oto znów pojawiłeś się ty, likwidując problem w najodpowiedniejszym momencie. Teraz wszystko stoi przed nami otworem. Cesarz przybędzie tu za dziesięć dni. Wieści o zdradzie północy i wycięciu poselstwa z pewnością skłonią go do układów z nami. 
      Kilku siedzących pokiwało głowami. Jeden się uśmiechnął. Osiłki jak na komendę wyjęły zza pazuch tabakiery i jeden za drugim zaczęły z nich coś pociągać, nie odrywając wzroku od wiedźmina. W powietrzu rozszedł się cierpko-słodki, charakterystyczny zapach. Harrock. Destylat na bazie fizzu, dający na pewien czas nadludzką siłę i szybkość, a także do pewnego stopnia odporność na czary. 
      - Dzięki tobie nie będziemy mieli problemu z upozorowaniem krwawej awantury - kontynuował Don Leone - w której Kły wyrżnęły się z Ostrzami - uśmiechnął się. - Nikt nie będzie w to wątpił. Nie ma świadków, by ktokolwiek do karczmy wchodził. A wśród żywych nie ma człowieka, który potrafiłby sam dokonać takiej jatki. Po prostu nie ma. 
      Osiłkami targnęły pierwsze drgawki. Harrock zaczynał działać. To jeden, to drugi otrząsał się jak oblany wodą kot, starając się przywyknąć do nadczynności zmysłów. 
      - Nie osądzaj nas zbyt surowo - Na twarzy dona Leone pojawiło się skupienie. - Prawda. Nie jesteśmy święci. Zdarza nam się robić rzeczy bardzo złe. Jednak tak naprawdę jesteśmy ledwie małym elementem szerszej panoramy. Nikim szczególnie złym. Nikim szczególnym w ogóle. Zwłaszcza, jeżeli porównać nas do potwora, jakim jest cesarz Enron. Na przykład. 
      Osiłki schowały wreszcie tabakierki. Jeden czy dwaj potrząsnęli dla rozluźnienia ramionami. 
      - Jednak, jak mówiłem na początku, wiedźminie - padrone spojrzał Noelowi w oczy - będziemy ci wdzięczni. Zawsze. 
      Noel po prostu nie dał rady się opanować. Gdy osiłki ruszyły na niego biegiem, zrobił kwaśną minę. Z tych naprawdę pełnych rozczarowania. 
* * * 
Wieści o rozróbie w karczmie "Królewska" obiegły miasto, zanim jeszcze zastępca szeryfa ze swoimi pomocnikami zdołali ustalić choćby przybliżoną liczbę ofiar. Miał zresztą inny poważny problem, bo tego wieczoru ktoś spalił ognistą kulą samego szeryfa, hrabiego Stansfield. 
      Nie te wieści jednak skłoniły Bertolliego do pospiesznego zrzucenia obowiązków na barki Polenty i dzikiego biegu ledwie rozjaśnionymi świtem ulicami. Dużo bardziej alarmujące okazały się słowa jednego z brudnych urwisów Mamy Belucci, który przyniósł wiadomość o Noelu, w wariackim tempie skupującym najrozmaitsze, najbardziej śmiercionośne uzbrojenie dostępne w mieście. Najwyraźniej zagrożenie ze strony dona Leone sięgnęło zenitu. Bertolli nie zamierzał narażać się najbardziej wpływowym ludziom w okolicy. Liczył jednak, że zdąży nakłonić Noela do wyjazdu, nim dojdzie do starcia, którego wynik mógł być tylko jeden - zmiana na stanowisku najpotężniejszej Rodziny w mieście. Bertolli sporo pracy i gotówki włożył we wkręcenie się w istniejący układ, jakoś nie miał ochoty tej procedury powtarzać. 
      Noela znalazł w trzeciej z kolei przeszukanej melinie. Wiedźmin, czysty i odziany w nowe, wygodne szaty, krzątał się między kilkoma stołami, niefrasobliwie nucąc coś pod nosem. Stoły zawalone były niewiarygodnymi ilościami żelastwa, przerobionego na dużą ilość nieprawdopodobnie śmiercionośnej broni. 
      - Witaj - rzucił wiedźmin wylewnie jak zwykle. 
      - Człowieku, co ty tu jeszcze robisz!? - Bertolli wzniósł ręce do nieba. - Uciekaj z miasta! Zanim rodzina Leone się zorientuje! 
      Noel zamarł na chwilę, po czym spojrzał na gościa. Przepraszająco. 
      - Rodzina Leone nie stanowi już problemu. Takie jakoś ostatnio odniosłem wrażenie. 
      Bertolli zrozumiał natychmiast. Stłumił jakoś pełne zawodu jęknięcie, ale nie mógł nic poradzić na liczby, które wartkim potokiem zaczęły płynąć mu przed oczami. Dwadzieścia dublonów na prezent, pięćdziesiąt vergenbergdzkich marek na łapówkę. Sto lintarów na inną łapówkę... 
      - Skoro tak, to po co ci ten arsenał? - zapytał głuchym tonem. Nie interesowało go to specjalnie, ale zrobiłby wszystko, by odciągnąć własną uwagę od wspomnienia zmarnowanych pieniędzy, brzęczącego żałobnie w wyobraźni. 
      - Planuję poważną inwestycję. Muszę się przygotować. 
      Karczmarzowi jakby wróciła przytomność. 
      - Jaką inwestycję? - zapytał, z ciekawością maskowaną tak dobrze jak zwykle. 
      - Jednoosobową. - Noel chwycił niewielkie naczynie z olejem i zanurzonym w nim pędzelkiem zaczął czyścić jakiś kawałek żelastwa. - Przykro mi. 
      Bertolli zwilżył spierzchnięte wargi. 
      - Noel, znamy się od bardzo dawna - odezwał się, z niepokojem śledząc rzeczową krzątaninę wiedźmina. - Ściągnąłem cię do tego kraju, pomogłem się urządzić, chroniłem przed urzędnikami, załatwiłem pracę... Nie chcę, by to zabrzmiało nieskromnie, ale zawdzięczasz mi po prostu wszystko! - Przetarł haftowaną chusteczką czoło, na którym nagle pojawił się pot. - Powiedz mi więc do ciężkiej, parszywej, zaostrzonej... co ty knujesz? 
      Noel przestał na moment oliwić mechanizm spustowy czegoś, co było mahakamską kieszonkową kuszą, strzelającą zatrutymi strzałkami. 
      - Dość już chałtury, Bertolli - powiedział spokojnie. - Marnuję tylko czas. Trzeba przejść na profesjonalny poziom. 
      Bertolli uniósł brwi. 
      - Taki cesarz - na twarzy Noela pojawiła się pełna zastanowienia mina - jak sądzisz, ile zapłaci za ochronę? 


copyright 2003-2019 brylka