wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Zapomniane moce

Wojska Danewita Wielkiego gotowały się do kolejnego szturmu twierdzy Tarnev. Chodziła fama, że na placu boju ma pojawić się sam król, który już nie mógł wytrzymać w Vissengardzie i postanowił wspomóc swoich żołnierzy.Wojacy tymczasem leniwie formowali szyki, jakby nie wierząc, że nawet przybycie jego królewskiej mości zmieni cokolwiek w ich sytuacji. Oblężenie Tarneva trwało bowiem już tydzień i nie przyniosło praktycznie żadnych efektów. Twierdza była dobrze zabezpieczona zarówno ze strony militarnej – posiadała bowiem dość liczną i zaprawioną w bojach załogę, w której skład wchodzili weterani wielu bitw pod sztandarami Milnoru, a także ze strony zaopatrzeniowej. Zgromadzone zapasy mogły wystarczyć obrońcom na kilka tygodni. Księżna Karwelii Tara de Vancaville oraz król Milnoru Eryk VIII Długobordy wiedzieli, jak ważnym strategicznie punktem jest Tarnev. Do twierdzy skierowano więc najlepszych wojowników, wspierających ich największymi zabijakami, którym za zasługi wojenne obiecano ułaskawienie. 
     - Tędy wasz królewska mość. 
     - Mam nadzieję Huonie, że dzisiaj zdobędziemy ten zameczek. 
     - Ośmielę się zauważyć, że to najpotężniejsza twierdza tego księstwa. Wasza królewska mość, nie nazywałbym tego zameczkiem. Taldorskie wojska już od tygodnie łamią sobie zęby na jego murach. – powiedział z ironią Martin van Hessell. 
     - Kurwa twoja mać van Hessell. Jak mówię, że to zameczek, to tak właśnie jest. Czyż nie panie marszałku? 
     - Tak jest wasza królewska mość. – odparł bez zająknienia Huon van Mitte. 
     Van Hessell westchnął znacząco. „Ten błazen zawsze zatańczy, jak mu zagrają” – pomyślał czarodziej. Orszak królewski tymczasem zbliżał się do wojsk. Pułkownik taldorskiej armii Tomasz van Ghirge podjechał do królewskiej świty. 
     - Witaj Danewicie. – powiedział młody oficer. 
     - Jak ty do mnie powiedziałeś, młokosie? Licz się ze słowami. Pamiętaj, że teraz jesteś moim podwładnym. Zrozumiano? 
     - Tak jest wasza królewska mość! Oddziały gotowe na rozkaz wasza królewska mość! – krzyknął van Ghirge 
     - Dobrze. Marszałku wydaj stosowne rozkazy, a wy za mną. Musimy zająć dobre miejsca do obserwacji. 
     - Myślałem, że może wasza królewska mość sam zaszczyci nas swoją obecnością w walce. – ironia nie znikała z głosu van Hessella. 
     - Nie będę brał udziału w zwykłym szturmie. Ja mogę walczyć w otwartym polu. Mogę też wydać pewne rozkazy, aby skrócić niektórych o głowę. Grimgnaw jest w moim orszaku. Muszę przyznać, że udał mi się ten kat. Pamiętaj o tym van Hessell. 
     Dalszą rozmowę przerwała wrzawa, jaka wybuchła po wydaniu rozkazów. Dodatkowo wzmagał ją fakt, że swoją obecnością żołnierzy zaliczył sam król. Żołnierze uwierzyli w swe zwycięstwo. Obecność króla miała zagwarantować sukces. 
     Danewit wydał Huoanaowi van Mitte rozkaz rozpoczęcia szturmu. Pierwszy do uderzenia ruszył Trzeci Pułk Piechoty pod dowództwem kapitana Sina Bela. Żołnierze rzucili się z furią na mury. Dość już mieli porażek, głodu i panującego nocą zimna. Oddział Bela potraktowany został jednak jak zwykłe mięso armatnie. Nie otrzymali oni żadnego wsparcia ani od lekkiej jazdy Kellera, ani od pancernej piechoty Simonsena, ani od wyborowej taldorskiej dywizji dowodzonej przez Tomasza van Ghirge. Żołnierze nie zważali jednak na to. Wszyscy mieli już dosyć całej tej wojny. 
     Przeciw piechocie wysłany został oddział Artauda van Hansena, który przed wojną został skazany na karę śmierci za zabicie dwudziestu trzech osób, w tym swojej żony i jej kochanka, których zastał przypadkiem in flagranti. Teraz ułaskawiony, przynajmniej na czas wojny, przez króla Milnoru Eryka VIII, dowodził oddziałem podobnych sobie kryminalistów. Grupa van Hansena wsławiła się już tej wojny dokonywaniem rzezi na tych żołnierzom taldorskiej armii, którzy nieostrożnie oddalali się od obozu lub od oddziałów podczas przemarszów. Van Hansen wyprawiał się także na północne ziemie Taldoru, mordując, grabiąc i paląc wszystko, co wpadło w jego i jego ludzi ręce. W Taldorze van Hansen dorobił się już przydomku „Rudego Diabła” i pozycji straszyciela tamtejszej dziatwy, która, gdy marudziła, szantażowana była perspektywą oddania Diabłu, który według opowieści przyjmował postać wilka i żywił się ludzkim mięsem, gustując przede wszystkim w mięsie dzieci do lat dwunastu. 
      Pomimo złej sławy wodza, Milnorski oddział nie musiał się zbytnio wysilać, aby odeprzeć pierwszą falę ataku żołnierzy Bela. Grupa van Hansena składał się bowiem z zaprawionych w bojach zabijaków, a pułk Bela tworzyli w większości albo niedoświadczeni młodzicy, którzy nie wyróżnili się na tyle aby dostać się do lepszych oddziałów, albo ochotnicy, którzy nie mieli zbyt dużego pojęcia o walce. Sam van Hansen ze swoimi najlepszymi wojownikami trzymał się na uboczu, bo nie było potrzeby aby się angażowali do walki. Milnor i tak miał przewagę. 
      Taldorczycy przyjmowali śmierć godnie starając się zdobyć choć mały przyczółek, który ułatwiłby dalsze działania innym oddziałom. Było im już wprawdzie wszystko jedno czy przeżyją, a na to szanse mieli iluzoryczne, ale równocześnie chcieli umrzeć, jak prawdziwi wojownicy. Rzucali się więc na lepiej wyszkolonych przeciwników ze zdwojoną wściekłością i w kilku przypadkach przynosiło to niespodziewane efekty. W niektórych miejscach milnorskie szeregi zaczęły się załamywać. 
      Van Hansen szybko jednak opanował sytuację Ze spokojem sam ruszył do walki prowadząc swoich kompanów: między innymi Sofię Kade – skazaną za liczne napady na wozy kupieckie organizowane przez szajkę Małego Karstena; Brega Tiste – wielkiego siłacza, który gołymi rękami zamordował kilkanaście osób podczas zamieszek w Negedernie; Paula Frigout – czarodzieja – renegata – ściganego przez prawo za uprawianie zakazanych praktyk nekromanckich, a także zabójstwo Martina Deya – kapłana kultu Światła, który walczył zawzięcie ze wszelkim łamaniem zasad dotyczących magii i posługiwania się nią. Byli tam tak-że inni, mniej lub bardziej znani kryminaliści. Wszyscy jednak, jak jeden mąż poddali się dowództwu van Hansena, który teraz prowadził ich na plac boju. 
     Doborowi wojownicy i sam van Hansen szybko rozprawili się z przedzierającymi się przez niewielki luki w szeregach żołnierzami Bela. Diabeł i jego kompani znaleźli się w swoim żywiole. Nie zważając na nic rozpoczęli pogoń za tymi z Taldorczyków, którzy jeszcze chcieli trochę pożyć i uciekali w popłochu. Takich nie było jednak wielu. Ci jednak również ginęli na ostrzach milnorskich mieczy i toporów. Grupa van Hansena zabijała bez litości, wiedząc, że to liczba zabitych wrogów jest wprost proporcjonalna na uzyskania prawa łaski u Eryka Długobrodego. 
      *** 
     - Cóż marszałku, jesteś chyba z siebie zadowolony – poklepał Huona van Mitte po ramieniu van Hessell 
     - To moje rozkazy i muszę przyznać, że są realizowane bezbłędnie. Zamknij się więc magiku – odparł król Danewit – Musisz wiedzieć van Hessell, że ten oddziałek, który wysłałem na pewną śmierć nic dla mnie nie znaczy. Nadszarpną jednak oni nieco oddziały Milnoru. Huonie, czy ten cholerny van Hansen już wyszedł w bój. 
     - Tak wasza królewska mość. To ten w zielono – niebieskiej zbroi. – odrzekł marszałek van Mitte. 
     - Dobrze więc. Każ van Ghirgowi uderzyć teraz na van Hansena. Przypomnij mu tylko, że chcę tego zbira żywego, resztę ma wybić do nogi. Daj mu jeszcze łuczników Gregova do pomocy. A jeśli z Tarnevu wyruszą posiłki dla van Hansena, to wypuść w bój Simonsena. Keller ma zostać tymczasowo w obozie. 
     - Tak jest wasza królewska mość. 
      *** 
      Z żołnierzy Bela nie pozostało już przy życiu zbyt wielu, kiedy do boju ruszył kwiat taldorskiego rycerstwa – wyborowa dywizja dowodzona przez Tomasa van Ghige. Składała się ona z doświadczonych i świetnie wyszkolonych wojowników. Dodatkowo osłaniały ich oddział łuczników Milosa Gregova. 
      Van Hansen szybko spostrzegł, że niedługo przyjdzie mu walczyć z przeważającymi siłami wroga, który tym razem wysyła do boju swój najlepszy oddział. Skinął więc głową na Frigouta, który wysłał za pomocą swego medalionu sygnał do twierdzy Tarnev. Oddział van Ghirge zbliżał się tymczasem do pierwszych szeregów armii Milnoru. Taldorska dywizja poruszała się z duża szybkością zupełnie nie zwracając uwagi na uciekających lub próbujących się połączyć z nimi wojowników Bela. Parli za to do przodu chcąc jak najszybciej dobrać się do tyłków wojowników van Hansena. Zaraz z nami podążał Simonsen ze swoim oddziałem piechoty, który od razu został wysłany z van Ghirgem. 
     - Frigout, dostaniemy posiłki? 
     - Już w drodze. – odpowiedział na pytanie van Hansena czarodziej, który odebrał impuls z twierdzy. 
     Walka rozgorzała na dobre. Teraz skonfederowane wojska Karwelii i Milnoru nie miały już przewagi. Do boju ruszyło przecież trzy czwarte taldorskich żołnierzy. 
      Danewit liczył, że zła passa zostanie wreszcie przerwana. A początki nie były wcale takie złe. Pierwsza twierdza Orthez została zdobyta z marszu. Z Visou było już jednak dużo gorzej. Taldor stracił wielu żołnierzy podczas tego oblężenia. Następnie nadeszła całkowita klęska zupełnie nieprzygotowanej i osłabionej przez samego Danewita armii próbującej zdobyć niezbyt ważną strategicznie twierdzę Ayn. Król Taldoru był zbyt dufny w swoją potęgę. Wysłał więc wojsko liczebnością równe jednej czwartej tego, które teraz oblegało Tarnev. Obrońcy Ayn wspieraniu już przez ochotników z Amieux rozgnietli taldorskich najeźdźców. Posypały się po tym zdarzeniu głowy dowódców. Dość brutalnie zrezygnowano z usług pułkownika van Guliasa oddając go do dyspozycji kata. Jego miejsce zajął młody van Ghirge, który otrzymał natychmiastowy rozkaz udania się z większością żołnierzy pod Tarnev i zdobycia tej twierdzy. Tu, jak się okazało, łatwo znowu nie było. 
     Żołnierze walczyli bardzo dzielnie. Dzięki wojnie mogli zapomnieć o sowich problemach. Wielu pozostawiło długi, kobiety w ciąży, z którymi niekoniecznie chcieli się wiązać, złą sławę opoja, warchoła czy idioty. Wojna wyrównywała ich szanse na bycie sławnym, docenionym i wyróżnionym. Walka była dla wielu przygodą – jedyną, na jaką stać było ich w ich parszywym życiu. Walczono więc bardzo zaciekle. 
     W poszczególnych starciach lepsi raz okazywali się Taldorczycy, raz ich przeciwnicy. Szala zwycięstwa w tej potyczce przechylała się to w jedną to w drugą stronę. 
      Nagle do boju ruszyła ostania część sił Taldoru zgromadzona pod Tarnevem. Grupa Kellera, która miała pozostać przy królu, została wysłana, aby przechylić szalę na korzyść Taldorczyków. „Cóż król traci cierpliwość” pomyślał van Ghirge, który miał jeszcze w pa-mięci obraz swojego poprzednika, który po klęsce pod Ayn bardzo dobrze zapoznał się z katem. Van Ghirge nie miał zamiaru dzielić losu Guliasa. Dlatego też kazał trąbić w róg w celu zachęcenia swoich ludzi do zdwojonego wysiłku. 
     Z Tarneva wyszły tymczasem ostatnie posiłki, jakie dla van Hansena przygotował dowodzący obroną Robert Fatheux. Do oddziału wspomagającego Rudego Diabła dołączyło kilku tak niedocenianych przez Danewita czarodziei – absolwentów Akademii Sztuk Magicznych w Ejido. Czarodziei tych wysłano do boju na prośbę Lary van Tieren – dziekana tejże akademii, a także przewodniczącej rządzącej w Amieux Wielkiej Loży Magii. 
     Bitwa pod Tarnevem osiągała swoje apogeum. Taldorczycy mieli liczebną przewagę. W szeregach Milnoru walczyła jednak grupa czarodziei, którzy raz po raz rzucali ofensywne zaklęcia zabijające po kilku przeciwników. 
      Van Ghirge zobaczył, że to nie przelewki. Kazał jeszcze raz trąbić w róg. Nie dało to jednak żadnego efektu. Dalej zacięcie bili się van Hansen i jego najbliżsi kompani. Frigout przywołał nawet grupę kilkunastu szkieletów, którzy atakowali po trzech lub czterech na jednego Taldorczyka i dzięki temu odnosili sukcesy. 
      Van Ghirge jakoś trzymał się jeszcze głównie dzięki liczebnej przewadze i wsparciu ze strony łuczników. Taldorczycy nie mogli się jednak dostać do dobrze chronionych czarodziei, którzy rzucali swe zaklęcia za szeregami van Hansena i Daniela Bombardy, który dowodził oddziałem wyprowadzonym przed momentem z Tarneva. 
      *** 
     - Królu, królu!!! – wołał zdyszany jeździec, który zbliżał się do stanowiska obserwacyjnego obranego przez Danewita. – Nie dajemy już rady. Magia jest z nimi, umarli walczą przy ich boku. Królu, co mamy robić? 
     - Wracaj jak najszybciej do van Ghirga i przekaż mu, że twierdza ma zostać zdobyta. Wysłałem mu już oddział Kellera. Nie dysponujemy większą liczbą żołnierzy. Przynajmniej na razie. Macie zwyciężyć. Zrozumiano? 
     - Tak wasza królewska mość. 
     Posłaniec oddalał się. Martin van Hessell cieszył się w duchu z faktu, że to właśnie czarodzieje i to ci wcale nie najpotężniejsi, utarli nosa Danewitowi. „Pierwsza część planu jest realizowana bardzo dobrze, teraz chyba już czas na część drugą” – myślał van Hansen. 
     Nagle przed królem rozwarła się sfera światła i wyszło z niej dwóch młodych mężczyzn. Pierwszy, wysoki, ubrany był w czarny płaszcz, a na głowę miał zarzucony kaptur. Na jego szyi wisiał amulet, na którym widniały jakieś runy. Drugi, znacznie niższy, ubrany był charakterystycznie dla młodych czarodziei kończących akademię, którzy według mody z Ejido nosili jasne spodnie i czarne skórzane kurtki mające jakoby nadać powagi młodym adeptom sztuk magicznych. Nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia lat. Włosy miał jasne i czesane z przedziałkiem. Uwagę zawracały jednak jego ciemnozielone oczy. Była w nich jakaś tajemnica i widać było, że ma się przed sobą człowieka obdarzonego mocą. 
     Danewit początkowo stał oszołomiony. Efekt ten jednak szybko minął i król zawołał zdecydowanym głosem: 
     - Straże! Straże! Zabrać mi stad tych obwiesi, którzy zasłaniają mi widok bitwy. 
     Van Hessell stał spokojnie i nie dziwił się bynajmniej całej sytuacji. Czarodziej poczuł delikatny impuls w swoim umyśle, po czym wysłał wyższemu z niespodziewanych gości Danewita podobny sygnał. 
     - Głupcze! – zawołał czarodziej odrzucając z głowy czarny kaptur. Oczom króla i jego świty ukazała się pociągła twarz przystojnego mężczyzny. Jego krótko obcięte kruczoczarne włosy nadawały mu bardzo poważny wygląd. Wydawał się całkowitym przeci-wieństwem swojego kompana. – Zatrzymaj swoje straże, jeśli chcesz, aby nic im się nie stało. Nam chodzi tylko o ciebie. 
     Tymczasem pierwsi strażnicy biegli już w kierunku króla. Czarnowłosy nieznacznym ruchem ręki odrzucił biegnących na dobre kilka metrów. Pozostali strażnicy zatrzymali się. 
     - Królu odwołaj straż. – syknął van Hessell 
     - Zdradzasz mnie więc. Mogłem się tego spodziewać. Widzę, że przeciw waszym sztuczkom nic nie zdołam przedsięwziąć. Nie ważcie się jednak mnie tknąć. 
     Czarnowłosy zaśmiał się szyderczo, jego towarzysz tylko uśmiechnął się z lekka. Strażnicy króla patrzyli w osłupieniu na zaistniałą sytuację, ale żaden nie odważył się na podejście do Danewita i czarodziei. 
     Nagle van Hessell wyciągnął ręce do przodu szepcząc słowa zaklęcia. Jasnowłosy upadł na ziemię trzymając się za gardło i próbując złapać łyk powietrza. Drugi z czarodziei uśmiechnął się znacząco do van Hessella. Ten odczekał jeszcze kilkanaście sekund, po czym uwolnił jasnowłosego maga ze swojego czaru. Z ręki czarnowłosego wystrzeliła tymczasem wiązka płomieni skierowana w Danewita. Van Hessell wysilając się już nieco, odbił wiązkę zaklęciem kontrującym. Odbity strumień ognia trafił w przypadkowego członka królewskiej straży spopielając go doszczętnie. 
     - To mogłem…to mogłem być ja – Danewitowi nagle zrobiło się gorąco. 
     Van Hessell nie namyślał się długo. Wymówił kolejne zaklęcie składając dłonie do wykonania gestu. Nie napotykając żądnego oporu podniósł czarnowłosego w powietrze, a następnie rzucił nim o ziemię. Czarnowłosy wylądował kilka metrów dalej niedostrzegalnie amortyzując upadek. 
     Do czarnowłosego podbiegł jego towarzysz. Ten kiwnął głową, po czym wykonał ręką obszerny gest. Obok czarodziei otworzyła się owalna sfera światła. Jasnowłosy szedł w nią i zniknął. Drugi z magów odwrócił się w stronę van Hessella i króla. Martin znowu poczuł impuls, tym razem znacznie silniejszy. Van Hessellowi pociemniało w oczach. Nie bronił się jednak. „Cóż, mały rewanż” – pomyślał van Hessell. Czarnowłosy wszedł tymczasem do portalu, po czym sfera znikła. 
     - Kto to, do cholery był? Gadaj van Hessell, bo… - urwał Danewit, po czym zaczął drapać się zawzięcie po swojej brodzie. – No dobra, przepraszam. Wyciągnąłem błędne wnioski. Myślałem, że mnie zdradziłeś. Prawdę mówiąc, to czekałem na to. Cóż, życie bywa przewrotne. Dziękuje cię. 
     - To ja dziękuje za dobre słowa – uśmiechnął się szeroko van Hessell. – to dla mnie zaszczyt wasza królewska mość. 
     - Skończ z tym tytułowaniem. Od dziś mów mi Danewicie. A wracając do tych przykrych wypadków, nie wiesz aby, kim byli ci czarodzieje. 
     Van Hessell zamyślił się na chwilę. Król patrzył się na niego z oczekiwaniem na nazwiska niedoszłych zamachowców, których Danewit miał zamiar jak najszybciej odnaleźć i zapoznać z katem. Milczenie van Hessella przeciągało się. Wreszcie czarodziej przemówił: 
     - Niestety królu, nie wiem, kim oni byli. Sądzę jednak, że to jacyś czarodzieje nasłani na ciebie przez księżna Karwelii. Wiesz przecież, że są oni w sojuszu z Amieux. 
     Król znów zaczął drapać się po swojej brodzie. Van Hessell patrzył na ten proceder mocno już znudzony odgrywaniem roli bohatera, który ocalił swojego władcę przed nieznanymi nieprzyjaciółmi. Czarodziej miał ochotę wygarnąć Danewitowi wszystkie błędy jakie ten popełnił, a w szczególności ten największy – lekceważenie czarodziei. Van Hessell hamował się jednak, ponieważ wiedział, że dalej musi odgrywać tę komedię, aby powiódł się plan jego i Lary van Tieren. Zdobył on już zaufanie króla i teraz powinien był dopuszczony do najskrytszych tajemnic Danewita związanych między innymi z Vatierem Balde, którego van Hessell nie mógł rozszyfrować. Postać ta intrygowała czarodzieja. Wyczuwał w tym szpiegu bardzo dużą moc. Nie udało mu się jednak zaobserwować jakiejś magii towarzyszącej Vateirowi. Danewit tymczasem przemówił: 
     - Nie doceniłem czarodziei. To mój duży błąd, ale już go nie powtórzę. Huonie wyślij najlepszego gońca do van Hinfsta i powiedz mu…, nie zagroź mu, że jeśli się nie stawi, to moją potęgę militarną skieruje najpierw na jego zamek, a dopiero potem na karwelijskie twierdze. 
     - Królu, a co ze szturmem? – zapytał marszałek. 
     Danewit ponownie zajął się swoim podbródkiem. Spojrzał przy tym na pole walki. Wzdrygnął się przy tym. Na placu boju piętrzyły się stosy trupów i były to w większości trupy taldorskich żołnierzy. Gdzieś w oddali widać było zielono – niebieską zbroję van Hansena, który zwijał się jak w ukropie zabijając kolejnych przeciwników. Taldorczycy wyraźnie tracili siły. Praktycznie do nogi wybici zostali łucznicy Gregova. A do walki przestali się już nawet włączać czarodzieje, którzy wywołali spory zamęt, pozabijali wielu wojowników Taldoru, przywołali grupę umarłych, po czym nie ponosząc żadnych start wrócili do zamku. Inni kompani van Hansena również siali spustoszenie. Jedynie Frigout gdzieś zniknął w bitewnej zawierusze. Sam Rudy Diabeł pokonywał kolejnych przeciwników bez żądnego wysiłku. 
     Wreszcie do van Hansena podszedł van Ghirge, który uchodził w taldorskiej armii za pierwszego szermierza. Pułkownik skinął na Milnorczyka unosząc miecz w geście zapraszającym do pojedynku. Van Hansen zakłuł jeszcze w międzyczasie jakiegoś taldorskiego żołnierza i ruszył na Tomasza van Ghirge. 
     Wokół dwóch wodzów walczono dalej. Nikt nie zwracał uwagi na to, że za chwilę odbędzie się pojedynek mogący rozstrzygnąć o losach tej bitwy. Rywale znaleźli jednak kawałek miejsca, na którym mogli spokojnie stoczyć walkę. 
     Van Hansen zaatakował pierwszy. Zamarkował krótki wypad idąc w lewo, po czym wykonał gwałtowny skręt ciała tnąc na odlew. Wyglądało to tak, jakby chciał rozpoznać możliwości przeciwnika, który na tle innych wyróżniał się kosztownym pancerzem i potężna budową ciała. 
     Van Ghirge pokazał, że nie jest nowicjuszem. Nie dał się nabrać na zwód i wykonał skuteczny unik. Nie docenił jednak szybkości Rudego Diabła, który błyskawicznie wykonał obrót i ciął ukośnie. Van Ghirge zdołał odparować ten cios, ale siła uderzenia był tak duża, że Taldorczyk upadł na ziemie. Miecz wypadł z jego ręki. Któryś z milnorczyków dopadł do pułkownika i zamierzył się na niego swoi toporem. Upadł jednak szybko z przeciętą tchawicą. Posoka gęsto chlapnęła na van Ghirge. Nad pułkownikiem z opuszczonym mieczem stał van Hansen. 
     - No na co czekasz. Kończ już. Oszczędź mi hańby. – powiedział wypluwając skruszony ząb van Ghirge. 
     - Wstawaj – powiedział spokojnie van Hansen. – Gdybym cię zabił leżącego jak parszywego psa, to ja okryłbym się hańbą. Walcz więc. 
     Van Ghirge zastanawiał się przez moment, po czym zerwał się na równe nogi podnosząc swój miecz. Teraz Taldorczyk zaatakował pierwszy. Kierowała nim wściekłość. Rzucił się na van Hansena atakując prostym cięciem. Milnorczyk bez wysiłku odbił uderzenie van Ghirge. Rudy Diabeł wykrzywił usta w nieprzyjemnym uśmiechu. 
     - Takim atakiem nie pokonałbyś nawet mojej babci. Daruj więc sobie. Nie jesteś wszak nowicjuszem. Pokaż mi czego tam uczą w taldorskich akademiach. 
     Van Ghirge zaatakował ponownie. Tym razem jednak nie zaślepiał go gniew. Jego ruchy były dużo bardziej wyważone i skoordynowane. Zamarkował uderzenie z odejściem i zastosował potężne uderzenie z ćwierć obrotu, które uważał za swój koronny atak, którym pokonał już wielu przeciwników. Z takim rywalem nie miał jednak dotychczas do czynienia. Van Hansen wykonał ledwo dostrzegalny skręt ciałem, po czym odbił uderzenie Taldorczyka i wykorzystując impet ciął na odlew. Z lewego ramienia van Ghirge pociekła struga krwi. Taldorczyk zacisnął zęby i ruszył ponownie. Tym razem postanowił zastosować podstawową sztuczkę, której uczą młodych taldorskich oficerów. Zamarkował ruch w prawo, po czym udał, że wyprowadza cięcie z ukosa i wykonując szybki obrót znalazł się po słabszej, lewej stronie przeciwnika. Van Ghirge wyprowadził atak mierząc prosto w lewą część czaszki van Hansena. Wydawało się, że Milnorczyk nie ma sznas na unik bądź na odparowanie ciosu. Van Hansen przerzucił jakimś ponadludzkim ruchem swój miecz do lewej ręki wykonując przy tym półobrót i wbijając miecz w pierś Taldorczyka. Van Ghirge zwalił się na ziemię. Przy jego ciele szybko pojawiła się ogromna kałuża krwi. Van Hansen chciał początkowo dobić niedawnego przeciwnika, ale zaniechał tego zamiaru. Spojrzał na pole walki. 
     Milnor odniósł przekonywujące zwycięstwo. Taldorczycy byli w zdecydowanym odwrocie. Straty wojska Danewita były bardzo duże. Wielu z żołnierzy zdołało jednak uciec, po tym, jak zobaczyli, jak najlepszy z nich ponosi klęskę. 
     Van Hansen wodził wzrokiem po pobojowisku. Nie znalazł ciała żadnego ze swoich najbliższych towarzyszy. Uśmiechnął się szeroko. Nagle zobaczył, że jeden z Taldorczyków próbuje wstać: 
     - Możesz chodzić? – zapytał niespodziewanie Rudy Diabeł 
     - Tak panie. Proszę, darujcie mi życie. Ja mam żonę,… 
     - Spokój! – przerwał gwałtownie van Hansen. – Dasz radę zabrać tego tu. – van Hansen wskazał na Tomasza van Ghirge. 
     - Tak panie, tylko nie zab… 
     - Spokój mówiłem. A teraz zabieraj go do waszego króla i powiedz, że walczył dzielnie, ale trafił na lepszego. Sprawcie mu ładny pogrzeb. Zrozumiano? 
      - Tak panie. Dziękuje panie. 
      *** 
     Bitwa była skończona. Danewit szarpał zawzięcie swoją brodę. Wodził oczyma od marszałka van Mitte, poprzez van Hessella, a kończąc na Kellerze, który wyratował się z tego feralnego oblężenia. Szukał usprawiedliwienia dla własnej nieudolności, przez którą Tarnev nie został zdobyty, a wojsko zostało zdziesiątkowane. 
      Tymczasem nadeszło dwóch żołnierzy prowadząc ze sobą rannego w ramię towarzysza. Był to ten sam wojownik, który zabrał ciało Tomasza van Ghirge z placu boju. 
     - Ten to, królu przyniósł pułkownika van Ghirge na własnych plecach, mimo to, że sam jest ranny. 
     - Zostaniesz nagrodzony. A co z Tomaszem? Gadajże że szybko. 
     - Medyk stara się jak może, ale nie możemy nic obiecać… 
     - Van Hessell…Martin, proszę…, błagam cię. Pomóż mu. Van Ghirge jest dla mnie bliską osobą. 
     - Dziwno to okazywałeś podczas waszego spotkania przed szturmem. – ironizował w sobie zwykły sposób czarodziej. 
     Król był na skraju załamania. Jego podbródek był już zaczerwieniony. Danewit zajął się więc szarpaniem swoich włosów. Trwało to jednak krótko, po czym król powiedział: 
     - Nie wypominaj mi tego, proszę cię. Zajmij się nim. Jak i tak mam masę problemów na głowie. – król ukrył twarz w dłoniach. 
     Van Hessell spojrzał na niego. Danewit nie był już tym samym butnym królem, który nic sobie nie robił z czarodziei i który nazywał najpotężniejszą twierdzę Karwelii zameczkiem. Teraz bardziej przypominał skrzywdzone dziecko, któremu ktoś zabrał wszystkie zabawki i zburzył misternie układane klocki. Jeszcze przed bitwą Danewit tryskał humorem, obiecywał sobie zdobyć tę twierdzę tego samego dnia, którego przybył pod Tarnev. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie odmienna od założeń króla. Teraz władca Taldoru musiał uciekać do Arnoru włączając do tylnej nawet tych, którzy odnieśli rany w niedawnej bitwie. 
     - Dobrze, Danewicie. Pójdę go obejrzeć. 
     - Dziękuje, Martinie.


copyright 2003-2019 brylka