Przejdź do treści

Proces

Sędzia Justus Hobbes przewrócił się na drugi bok. Nie mógł zasnąć. Spokojnego snu nie zaznał już od dwóch tygodni, odkąd powierzono mu prowadzenie tej cholernej sprawy o pobicie. W sumie nie była ona niczym specjalnym, jednakże okoliczności towarzyszące sprawiły, że nawet on, ze swą przeszło dwudziestoletnią praktyką, miał już jej dosyć. “Pieprzony świat”, jęknął. Od kilku dni znajdował się na ustach wszystkich, stając się tematem plotek aż na dworze cesarskim. Podobno nawet sam Imperator ciekaw był zakończenia precedensowego procesu. “Nic dziwnego” – pomyślał. “Jak ktoś każe wybijać na monetach Iustitia omni potentia est, to może oznaczać tylko jedno – ma niezłego bzika na punkcie praworządności”. Z drugiej jednak strony musiał przyznać, że odkąd obecny Cesarz objął tron, pod względem porządku wewnętrznego nastąpiła dramatyczna poprawa. Cesarz z cała bezwzględnością urządził polowanie na skorumpowanych urzędników, przekupnych sędziów, nieuczciwych poborców podatkowych. Najlżejszym wymiarem kary był dożywotni zakaz zajmowania stanowisk państwowych na każdym szczeblu, najgorszym… wolał nie myśleć. Zamek Edzna będący siedzibą cesarskich służb specjalnych słynął z tego, że rzadko kto stamtąd wracał. A szefem tych służb, do kompetencji których należało również tropienie korupcji, prywaty i nepotyzmu w każdej postaci wśród urzędników państwowych, był Juliusz Torquemada – uosobienie karzącej, cesarskiej ręki sprawiedliwości.
Nie mogąc zasnąć Hobbes starał sobie przypomnieć, jak został wplątany w tę paskudną sprawę, z której, jak z matni, wyjścia nie było widać.
Trzy tygodnie wcześniej przed sąd trafił osobnik o dziwnych, kocich oczach, mieniący się wiedźminem i pochodzący z północnych krain. Normalnie w takich przypadkach orzeczono by stosowną karę i sprawa trafiłaby do archiwum. Problem jednak, jak się okazało, był dużo bardziej złożony. Wiedźmin, każący zwracać się do niego Lambert, został zatrzymany w związku z bójką w zajeździe “Karmazynowa Nuta”, słynącym z wyszukanych potraw i obsługi, która świadczyła nie tylko egzotyczne usługi kulinarne. Takich bójek w ciągu roku było w dużym mieście kilkadziesiąt, nie w każdej jednak obrywał Sebastian de Villstein, syn największego w południowych prowincjach bankiera. Z relacji nielicznych świadków, którzy zdecydowali się zeznawać, wynikało, że Sebastian wraz z grupą młodzieży stanowiącej potomstwo tutejszego establishmentu dosyć ordynarnie poczynał sobie we wzmiankowanym lokalu. Pewnie sprawa rozeszłaby się po kościach, gdyby nie sprowokował wiedźmina. Świadkowie twierdzili, że ów najpierw dosyć długo znosił obelgi i naigrywania rozochoconej młodzieży, jednak gdy ta postanowiła wyprosić go oknem - zareagował. Efektem tego były trzy złamane kończyny, kilkadziesiąt sińców i złamana żuchwa młodego de Villstein, będąca dowodem reakcji Lamberta na próby zadźgania go sztyletem. Gdy na miejsce przybyli strażnicy, wiedźmin nie stawiał oporu, dał się zaprowadzić do ratusza, skąd trafił do miejskiego lochu.
Po około dwóch dniach od osadzenia do sądu zgłosili się dwaj osobnicy z kancelarii prawnej “Stefan Ondrasek i partnerzy”, przedkładając pełnomocnictwo im udzielone oraz zgłaszając wniosek o zwolnienie z aresztu. Wtedy zaczął się młyn. Argumentacja wniosku była o tyle absurdalna, co nie do podważenia. Osobnicy owi powoływali się na obowiązujący w cesarstwie kodeks karny, który nie przewidywał wprost osadzania w areszcie wiedźminów. “Skoro więc kodeks na to nie zezwala, to zgodnie z zasadą in dubio pro reo (wątpliwości na korzyść oskarżonego) wiedźmina należy wypuścić” - argumentowali. Nie sposób było temu zaprzeczyć, zwłaszcza, że sędziemu postawiono ultimatum: albo wypuści wiedźmina z aresztu, albo złożony zostanie stosowny wniosek o wyłączenie sędziego z powodu uprzedzeń osobistych w stosunku do podsądnego. Justus wiedział, że takie wnioski trafiają do podkomendnych Torquemady, który niegdyś pragnąc być sędzią, teraz odgrywał się na swych niedoszłych kolegach po fachu gnębiąc ich długimi, drobiazgowymi śledztwami, których efekt nie zawsze dawało się przewidzieć. Stąd też po trzech dniach aresztu wiedźmin wyszedł na wolność, dając słowo, że nie opuści prowincji bez zezwolenia. Na wieść o tym stary Villstein mało nie dostał apopleksji. Wynajął najlepszą kancelarię prawniczą w kraju, przysięgając sobie, że nie daruje temu parszywemu odmieńcowi. W ten właśnie sposób rozpoczął się ów proces, będący przyczyną bezsenności Hobbesa. Sędziowie jeden po drugim wyłączali się z uczestnictwa w sprawie przedstawiając najróżniejsze powody. Hobbes wiedział jednakże, w czym rzecz. “Cholerne sukinsyny… banda matołów…” – pomyślał. “Boicie się o własne tyłki”. Mało kto bowiem odważyłby się wystąpić przeciwko rodzinie de Villsteina. Hobbesowi nie pozostawiono wyboru. Gdy cesarski goniec przywiózł dekret nakazujący mu prowadzenie sprawy, zastał go właśnie zmierzającego w kierunku ratusza z wnioskiem o wyłączenie w ręku. “Cesarzowi się nie odmawia” – pomyślał, ze złością mnąc brzegi poduszki. Z drugiej jednak strony pochlebiało mu, że sam Imperator obdarzył go zaufaniem. “No cóż, trzeba będzie jakoś to przeżyć…” – pomyślał. “Byle tylko nie wycięli mi jakiegoś numeru na rozprawie”.