wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Serce matki

Druidki z Kręgu, wspólnoty zielarek i uzdrowicielek, trzymały się z dala od innych ludzi, ba, nawet od tzw. nieludzi i dziwożon z Brokilonu, ale w przeciwieństwie do driad nikomu nie odmawiały pomocy, niezależnie od tego, czy przyszłoby leczyć im elfa, krasnoluda czy przeciętnego przedstawiciela dominującej rasy ludzkiej.
- Visenna! Morgause! Caem a me! 
     - To Promienista – arcykapłanka rozpoznała dźwięczny głos elfki, którą wysłały po rzadką odmianę dzięglu, która rosła tylko w tych okolicach, nad Jeziorem. 
     Druga z kobiet, płomiennoruda i całkiem jeszcze młoda, odłożyła srebrny sierp i zatknęła go sobie za tarczowy pasek, ściągający w talii powłóczystą, kobaltowoniebieską materię szaty druidki. 
     Zapatrzyła się w dal, gdzie z brzegu energicznie wymachiwała rękoma nieduża istotka. 
     - Coś się musiało stać - osądziła – inaczej Promienista nie robiłaby takiego rumoru na całą okolicę. Czy widzisz to, co ja, Morgause? - zmarszczyła nagle brwi. 
     - Łódź na brzegu. Tam... Tam chyba są ludzie. Dwoje ludzi. 
     - Troje – sprostowała rzeczowo Visenna, robiąc z dłoni daszek dla lepszej widoczności. – Dziewczyna u wioseł. I dwoje leżących. 
     - Zawsze zazdrościłam ci bystrego wzroku – usmiechnęła się arcykapłanka nie bez podziwu. – Jesteśmy właściwie równolatkami, a moja widoczność ogranicza się niezmiennie do najbliżeszego krzaka i ani cala dalej. Promienista znowu nas woła. Chodź, Viss, sprawdźmy, co tam się dzieje, może będą potrzebne twoje cudowne minerały i moje zioła. 
     Druidki z Kręgu, wspólnoty zielarek i uzdrowicielek, trzymały się z dala od innych ludzi, ba, nawet od tzw. nieludzi i dziwożon z Brokilonu, ale w przeciwieństwie do driad nikomu nie odmawiały pomocy, niezależnie od tego, czy przyszłoby leczyć im elfa, krasnoluda czy przeciętnego przedstawiciela dominującej rasy ludzkiej. Wychodziły ze słusznego założenia, że w każdej z nacji nie brak ani skurczybyków, ani takich, którzy padaja ich ofiarą. Jedni i drudzy zasługiwali na pomoc, choćby z samego względu, że istnieli. 
     Zanim dotarły na miejsce, łódeczka zdążyła dobić do brzegu i teraz nawet Morgause mogła się uważnie przyjrzeć pasażerom. Szarowłosa młódka w czarnym kubraczku lamowanym srebrnym futerkiem wbijała wiosło w muł, chcąc zapobiec dalszym manewrom łodzi. Ogromne, szmaragdowe oczy sokoła wpatrywały się w druidki z nadzieją. 
     - Witaj, dziecko – powitała ją odrobinę pretensjonalnie Morgause, kiwnąwszy głową, na której w pobłyskach zachodzącej kuli słońca zamigotał zwieńczony tęczowym kryształem diadem kasty. – Skądkolwiek przybywasz, niech cię Bogini błogosławi. 
     - Czego szukasz w naszych stronach? – Visenna jak zwykle była bardziej konkretna.
     - Pomocy – odszepnęła szarowłosa, przesuwając wzrok po wszystkich trzech twarzach kapłanek. - Oni umierają. 
     - Va? - zdziwiła się szczerze elfka, ale zaraz zajrzała do wnętrza łodzi i z miejsca wydała okrzyk zgrozy. 
     Obie kapłanki zbliżyły się odrobinę. 
     W pozbawionym ławeczek carraghu spoczywali mężczyzna i kobieta. Ona, kruczowłosa, byłaby idealnie piękna, gdyby nie opuchnięta twarz, nosząca różowosine ślady uderzenia ciężkim przedmiotem. 
     - Bogini – sapnęła Morgause. – Wygląda jak z krzyża zdjęta. I ten obrzęk... Nie zdziwiłabym się, gdyby to były obrażenia zadane kamieniem. Poza tym jest bardzo wyczerpana - co ty o tym sądzisz, Viss? 
     Visenna nie odpowiedziała, wpatrzona dziwnie w rannego numer dwa. W pierwszej chwili myślała, że to starzec, ale była zbyt bystra, by długo dawać się zwieść białym włosom mężczyzny. Twarz, choć poorana licznymi bliznami, była całkiem młoda, należała do człowieka najwyżej trzydzistokilkuletniego. 
     Takie włosy nie powstają w wyniku chorób, a jeżeli już siwieją, to nie do tego stopnia u osoby w tym wieku. Visennie wydało się, że spotkała ongi człowieka o podobnej aparycji, o białej niby mleko, krótko obciętej czuprynie i szramie biegnącej od brwi, poprzez nos, aż do policzka. 
     Mimo woli przełknęła ślinę. 
     Tamten... Tamten... Osobnik zabrał jej syna. Nie, ona dobrowolnie go oddała. Musiała. Nie mogła postąpić inaczej. Vesemir, tak go zwano. Wiedźmin. 

     * * * 

      - Podjęłaś decyzję, pani. Wezwałaś mnie, więc jestem. Przyszedłem po chłopca. 
     Słowa wiedźmina godziły w serce Visenny jak groty strzał. Wolała nie patrzeć na dwuletnie dziecko wyglądające zza jej spódnicy, ciemnowłosego chłopczyka, którego nie wolno jej było dłużej zatrzymać. 
     Gdyby nie dyskretna, acz wyczuwalna obecność kapłanek z tyłu, za jej plecami, pozwoliłaby sobie na więcej uczucia. Ale nie, one bacznie ją obserwowały, chciały mieć pewność, że ona się nie zawaha. Że oddali dziecko. 
     - Vesemir. Robię to nie dlatego, że mam dość pieluch, ucierania marchewek i kołysania do snu – jej głos brzmiał słabo, ale dobitnie. – Postawiono mnie przed faktem dokonanym. Kapłanka z Kręgu może zajść w ciążę, ale nie wolno jej zatrzymać przy sobie dziecka dłużej, niż to konieczne, chyba że jest płci żeńskiej. Takie są reguły wspólnoty. 
     Złote, kocie oczy wiedźmina przeszywały ją na wylot, czuła, jak drętwieje pod tym spojrzeniem. 
     - Mogłaś oddać go ojcu – machnął na chłopczyka, którego gwiaździste studzienki źrenic migotały z lękliwą ciekawością. 
     Visenna wybuchnęła histerycznym śmiechem. 
     - Ojcu – wycedziła. – Ojcu! Awanturnikowi, który przeląkł się odpowiedzialności za drugiego człowieka. Wolę zostawić syna w lesie wilkom na wychowanie, niźli tamtemu rębajle, który zna się tylko na mieczu i na kopulacji! Nie wiem, gdzie się podziewa, ale życzę mu, by szczezł na drodze tak, jak powinien był szczeznąć kiedy spotkałam go po raz pierwszy! – na samym końcu prawie krzyczała. 
     Wiedźmin milczał. Czekał, aż z druidki ujdzie cała żółć. Znał nazbyt dobrze stereotyp zachowań matek, które wzywały go po swoje dzieci: najpierw stoicyzm, potem pretensje do całego świata, a na samym końcu łkanie. Na wszystko to od dawien dawna był już doskonale uodporniony. 
     Zawiodła go. Nie płakała, jak tego oczekiwał. 
     - Do Kaer Morhen długa droga – przemówił, kiedy driudka już nieco ochłonęła. Wolał nie ciągnąć sprawy w nieskończoność. – Jeżeli mam zabrać dzieciaka, oddaj mi go teraz. Chyba że wolisz go jednak zachować. 
     Tak! - krzyczała dusza Visenny. Tak, chcę, by ze mną został! 
     - Dobrze – odparła jednak i wyprostowała się. Zacisnęła szczęki, a nastepnie szarpnięciem uwolniła połę sukni z rączek chłopca. – Zabieraj go, już. Kiedy potężny cień obcego padł na dwulatka, on skulił się i z piskiem rzucił ku matce, ale Visenna odskoczyła odeń jak oparzona. 
     - Idź z Vesemirem, słyszysz? – rzekła twardo. – Nakazuję ci iść z Vesemirem. Nie, puść mnie, natychmiast zostaw moją spódnicę i przestań wyć! Precz! – huknęła w końcu i malec umilkł. Jego wielkie, gwiaździste oczęta zalśniły od łez. Musiał przeczuwać, że coś w jego życiu bezpowrotnie się kończy. 
     - Mama – pisnął cichutko, jak gdyby chciał zapytać, dlaczego już go nie chce, czemu go odpycha od siebie, wszak nie dalej jak wczoraj tuliła go do snu i gładziła po ciemnej czuprynce. – Mamaaa! – krzyknął głośniej na widok zbliżającego się wiedźmina i najpewniej rzuciłby się znowu ku Visennie, ale wówczas Vesemir ułożył palce w dziwny znak i przesunął nim przed buzią chłopca. 
     - Pójdziesz ze mną – szemrał hipnotyzująco wiedźmin. – Jesteś teraz całkowicie w mojej mocy i musisz mnie słuchać. Daj rękę. Dobry malec, chodź z Vesemirem. Sztywno i bez protestów, nienaturalny jak golem, posłusznie ruszył z miejsca, zaś w jego umyśle nie było nic oprócz kłębu bezkształtnych myśli. I o to chodziło. 
     - Zaczekaj! – wyrwało się kapłance z głębi duszy. – Te procesy... wiesz, o czym mówię. Czy on je zniesie? 
     Vesemir był gotowy od samego początku na to pytanie. Musiało kiedys paść. 
     - Gdybym powiedział, że nie – odparł bez emocji, w wyuczony, często używany sposób – oczywiste, że wpłynąłbym na zmianę twej decyzji, pani. Natomiast gdybym zapewnił cię, że wyjdzie z Prób szczęśliwie, mógłbym nieświadomie cię okłamać. Bowiem ja nigdy nie wiem, czy kandydat na wiedźmina faktycznie się do tego nadaje. Mam w Kaer Morhen dwudziestu chłopców, z których najwyżej pięciu wytrzyma mutację i nie mam pojęcia, czy będzie to Eskel, Orin, Shenn, Lambert czy... Jak ma na imię twój syn? 
     Visenna przełknęła głośno ślinę, co nie uszło czujnej uwadze wiedźmina. 
     - Geralt. 
     - A więc może Geralt wytrzyma mutację, albo i nie wytrzyma. Basta. Wiesz już wszystko, pani, pytam zatem o ostateczną decyzję. Ja nikogo na siłę przymuszał nie będę. 
     - Decyzja, i to ostateczna, podjęta została na długo przed twoim przybyciem, Vesemir, choć nie ja ją podjęłam. Klamka zapadła, zabierz go – nakazała martwo. Długo spoglądała w ślad za odchodzącym wiedźminem i za synem, którego nigdy więcej nie miała ujrzeć. 
     Bogini - modliła się żarliwie zbielałymi wargami - strzeż go. Pozwól, by żył. 

     * * * 

     Odciągnęła delikatnie powiekę rannego i puściła z głośnym westchnieniem. Miał identyczne oczy jak Vesemir, żółte jak siarka. Wynik mutacji. 
     - Przebite jelita – powiedziała zmienionym głosem, oglądając obrażenia na ciele mężczyzny. – Na wszystkie żywioły, ktoś go nieźle urządził. Widłami. 
     - I jeszcze dycha? – nie mogła nadziwić się Morgause. – Co mówisz, Promienista? Mutant? I wszystko jasne. Człowiek dawno by wyciągnął kopyta. 
     - Nie mów tak – ucięła ostro Visenna. – To jest człowiek, tylko poddany szeregom obrzydliwych manipulacji genetycznych, które o mało co nie wypociły z niego ducha. Pomogę mu, czy ci się to podoba, czy też nie! 
     Najwyższej kapłance odebrało na chwilę mowę z zaskoczenia. Visenna zrozumiała, że przesadziła, opamiętała się. 
     - Wybacz mi, proszę. Nie miałaś nic złego na myśli. Nie wiem, co mnie opętało. 
     - Wspomnienia – westchnęła Morgause. – Poczucie winy, jakie nosisz od... Ja również przepraszam, powinnam bardziej uważać na to, co mówię. 
     - Długo będziecie jeszcze tak gadać i się przepraszać? – syknęła szarowłosa, ale w jej głosie było więcej bezsilności i lęku niż gniewu. Odrzuciła łaskoczący twarz kosmyk i oczom druidek ukazała się szpecąca blizna.– Czekacie, aż skończą dogorywać? 
     - Troche ogłady, młoda damo – upomniała Morgause z udaną surowościa, gdyż w gruncie rzeczy bawił ją temperament dziewczyny. – Promienista, zawołaj mi tu kilka adeptek. Nie patrz tak na mnie, chyba nie sądzisz, że sama będę go dźwigać, hę? 

     * * * 

     Towarzyszka rekonwalescenta poza totalnym wyczerpaniem i kilkoma sińcami była zdrowa jak rydz. Znaleziono dla niej wygodne łóżko i zaaplikowano regenerujące eliksiry. Całą uwagę skupiono na wiedźminie, z którym sprawa przedstawiała się o wiele gorzej. 
     - Ach! – westchnęła Promienista, skończywszy z Visenną rozbieranie rannego z ćwiekowanego uniformu. Ściągnęły z niego wszystko. – Widziałaś coś takiego, Viss? Mam nadzieję, że z tego wyjdzie, to może nam podziękuje – rozmarzyła się, potwierdzając ogólną opinię, że elfki to bez wyjątków nimfomanki. 
     Visenna darowała sobie odpowiedź. Sięgnęła po naznaczony runami hematyt i zatamowała krwotok. 
     Rana wyglądała fatalnie, co stwierdziła jeszcze przed rozbieraniem. Będzie musiała użyć wszystkich swoich artefaktów, by ocalić tego nieszczęśnika od zejścia. 
     Kazała elfce przynieść Siedem Kamieni i coś od Morgause na gorączkę, zaś sama zajęła się likwidacją ogniska zapalnego. Zdaje się, że wideł, którymi go dźgnięto, kmiotek używał do rozrzucania gnoju. 
     Szarowłosa młódka dzieliła swój czas, biegając od niego do tamtej kobiety w szałasie obok. 
     - Nie zostawiaj mnie – błagała szeptem. 

     * * * 

      - Fiu, fiu, tu chyba nawet Siedem Kamieni niewiele da. On się praktycznie kończy, tylko mutacja trzyma go jeszcze na granicy życia i śmierci. Powinnyśmy skrócić mu jego cierpienia. 
     - Nie! – wrzasnęły jednocześnie Visenna i dziewczyna, która przestawiła się jako Gvalch’ca, Sokolica. – Vivien – powiedziała z wyrzutem ta pierwsza – czy tego uczono cię tyle lat? Druidki z Kręgu mają ratowac życie, nie je odbierać... 
     - ...i przynosić ulgę w cierpieniu – uzdrowicielka w trudnym do określenia wieku nie straciła nic a nic ze swego rezonu. – On się okropnie męczy, czy wy tego nie dostrzegacie? Poza tym co, uważacie, że jeśli niebożę jakimś dziwnym żartem bogów wyjdzie z tego, będzie kiedykolwiek sprawny? 
     Dziewczyna znana jako Gvalch’ca wtrąciła się niegrzecznie i bardzo bezczelnie: 
     - Nie z takich ran się kurował! Miał obie nogi połamane na drobna kaszę, stracił kilka kwart krwi i co, wykaraskał się. I wy, siostry miłosierdzia – parsknęła – chcecie go teraz dobić? Jak kundla? Tedy łapy precz od wiedźmina, zabiorę go do Brokilonu, driady go uleczą... 
     - Na to bym nie liczyła – stwierdziła Vivien. 
     - ...purpurowym żywokostem, aileą i wodą ze świętych źródeł. 
     - Powtarzam: nie licz na to, Sokoliczko. Przyjrzyj się jego dłoniom. Visenna, co widzisz? 
     - Nakłucia po brokilońskich pnączach. 
     - Bądź łaskawa wytłumaczyć tej krewkiej panieneczce, która struga tu erudytkę, co to oznacza. 
     - Twego przyjaciela, Gvalch’co, poddano działaniom żywokostu i ailei co najmniej dwukrotnie – tłumaczyła druidka, pełna podziwu, ile jej pacjent zniósł w życiu. – Już po pierwszej aplikacji organizm przyzwyczaja się, a z czasem całkowicie uodparnia na synergiczne właściwości tychże roślin. Ani Eithne, ani jej cudowna cieplarnia niewiele zdziałają, jeśli leczono go tak już wcześniej. 
     - Chcesz powiedzieć, że to koniec, tak? – jęknęła dziewczyna i z impetem kopnęła ściankę ze związanych ciasno gałęzi, aż cały szałas zatrząsł się niebezpiecznie. – Ja się, kur[i][/i]wa mać, na to nie zgadzam! 
     Wszystkie trzy kapłanki, Vivien, Visenna oraz elfka Promienista, otworzyły szeroko oczy. Takie słowa w tak młodych ustach? 
     - Jest nadzieja – uspokoiła ją Visenna z dobrodusznym usmiechem na wargach. – Najcięższe przypadki, nieuleczalnych ludzi, którzy zbyt wiele przeszli w życiu, odwozimy do Aevallon, na świętą wyspę. Tamtejszy tlen i owoce maja błogosławione właściwości regenerujące i każdego w mig postawią na nogi. 
     - Owszem. Szkoda tylko, że w tym stanie za nic nie dopłynie na miejsce – mruknęła Vivien z przekąsem. 
     - Więc nie stój tak i w te pędy do zielarni. Trzeba mi belladonny i... Umiem, do ciężkiej cholery, odmierzać właściwe dawki! Belladonna, arcydzięgiel, ślaz i kora wiśni. I naręcze bandaży, czystych, ma się rozumieć. Bądź dobrej myśli, Gvalch’ca – Visenna odwróciła się do dziewczyny. – Sama mi mówiłaś, że nie w takich już był opałach. 

     * * * 

     Chory spał. Visenna z pomocą Morgause jakoś pozszywała strzępy jelit w sensowną całość, odkaziła i obandażowała ranę, dała znieczulający wywar z kory wiśni. I oczywiście zaplikowała niebezpieczną mieszankę ziół. Wiedźmin nie mógł jeszcze sam pić, własnoręcznie uwarzony eliksir wkropliła mu do gardła przy użyciu kryształowej rurki. 
     Czekała na efekty kuracji. Tyle mogła zrobić. 
     Cudem udało się jej Gvalch’cę przekabacić i zmusić do odpoczynku, biedne dziecko pewnie drzemało u tamtej pieknej kobiety. Yen, czy jakoś tak. 
     Bardzo chcę ci pomóc, myślała spoglądając na ściągniętą bólem twarz wiedźmina o bliznach napełnionych kropelkami potu. Ale ty musisz pomóc mi. Walcz, chłopcze, walcz z tym. Chociaż tyle chcę uczynić przez pamięć o moim synu, który ani chybi zginął gdzieś zżarty przez mantikorę albo uduszony przez lamię, czy też inne paskudztwo. Jeżeli uda mi się cię uleczyć na tyle, byś bezpiecznie dotarł na Aevallon, może mój syn z zaświatów spojrzy łaskawiej na wyrodną matkę. Proszę, wiedźminie. Żyj! 
     Nadszedł moment, którego się obawiała – belladonna zaczęła działać i całe ciało mężczyzny sperlił pot. Ledwie nadążała z wycieraniem, a mokre szmatki, jakimi chłodziła mu czoło, szybko stawały się ciepłe. Święte kamienie ułożone w magiczny wzór dookoła ciała mętniały, co pozwalało sądzić, że odsysają negatywne fluidy i toksyny uchodzące wraz z potem. Niestety, temperatura ciała bardzo wzrosła i Visenna bała się, by odwodnienie nie zabiło słabego organizmu. Raz po raz aplikowała mężczyźnie wodę przez rurkę. 
     - Yen... Ciri – bełkotał chory w malignie i zaczął machać rękoma w powietrzu, na próżno szukając czyjejś obecności. Jęczał i wzywał tak rozpaczliwie, że Visenna ze łzami niemalże otoczyła go ramionami. Wiedźmin natychmiast wtulił się w jej pierś niczym bezbronne dziecko. 
     - Matko... 
     Wzruszenie wydarło druidce z gardła cichy szloch. To mógł być jej syn! Gdyby go nie oddała, gdyby odeszła z Kręgu i poświęciła się dziecku... Nie byłaby sama, a Geralt nie musiałby znosić ani mutacji, ani walczyć za grosze z żadnymi zeuglami i strzygami. Może nawet by ją kochał. 
     - Walcz, chłopcze – syknęła mu do ucha. – Tylko wytrzymaj, a belladonna zrobi resztę. Och, cała nadzieja w anżelice. Walcz dla mnie... Co ja mówię, walcz dla siebie, Yen i Gvalch’ci, które tak cię kochają. Jestem z tobą i nie opuszczę cie, rozumiesz? Nigdy więcej nikogo nie zawiodę tak, jak zawiodłam Geralta. Razem pokonamy tę gorączkę, prawda? Razem. 
     - Matko - chory tulił się do niej desperacko. 
     Przeczesała palcami jego mokre, bieluteńkie, rozczochrane włosy. 
     - Tak, synku. Jestem. 

     * * * 

      Promienista ułożyła obok noszy w łodzi wiedźmiński sihiil. Spojrzenie, jakie posłała Visennie, wyrażało uznanie i aprobatę. 
     - Przeszłaś samą siebie, Viss – dołączyła się słownie Morgause, ba, nawet sama Vivien, zwolenniczka eutanazji, uśmiechała się radośnie. – Zawsze byłaś ambitna, ale to, czego dokonałaś z tym wiedźminem, to istny majstersztyk. Uczcimy triumf medycyny naturalnej, kiedy Vivie i ja odstawimy naszych rekonwalescentów do Aevallonu. Od siebie pragnę dodać, że nasza śliczna czarodziejka czuje się dobrze i obecnie śpi snem sprawiedliwym po moim regeneracyjnym napoju na bazie czystej glukozy, przeze mnie wysyntezowanej, rzecz jasna. Właściwie nie ma potrzeby, by płynęła wraz z nim do Aevallon, lecz mała Sokoliczka - arcymistrzyni uśmiechnęła się czule do Gvalch’ci – zbombardowała mnie dostatecznymi argumentami. Obojgu należy się błogi odpoczynek od tego parszywego świata. W Aevallon nie będzie doskwierać im nuda, Artos i jego wesoła kompania na to nie pozwolą. 
     - Kto? 
     - Kilka lat temu Artos trafił do nas w ciężkim stanie, dziurawy jak sito. Możny jakiś, bo miał ze sobą gromadę ludzi. Byle kogo nie bierzemy, toteż wybrałyśmy kilku najbardziej rannych. Byłam u nich tydzień temu. Zdrowi jak tury, nic, tylko hulają. Trzeba będzie uprzedzic wiedźmina, zanim Gvalch-mai i Bedwyr orżną go w karty i odbiorą ostatnie gacie. Tak, dziecko, chcesz o coś spytać? 
     - Tylko o jedno. Z tego... Aevallon... Można wrócić? 
     - Pewnie – roześmiała się Vivien. – Rzecz w tym, że jak dotąd nikt nie chciał wrócić. Artos zapewnia od dawna, że musi odejść, że ojczyzna go potrzebuje, ale jakoś nie kwapi się porzucić rajskie jabłuszka. Dzięki nim odmłodniał o całą dekadę. 
     - Dziękuję, pani – po raz pierwszy od pojawienia się w dąbrowie kasty szmaragdowe oczy dziewczynki były ciepłe i iskrzące radością. – Dziękuję za dobroć. Morgause puściła Gvalch'ce oko. 
     - Po to istniejemy na świecie, czyż nie? Dobra, dobra, żegnaj się szybko, bo chciałabym wrócić do Kręgu na kolację. 
     Dziewczyna szeptała coś śpiącej parze na łodzi, po czym oboje ucałowała i wyprostowała się. 
     - Va fail, mama. Va fail, Gwynbleidd. 
     Dwie kapłanki skoczyły bezpretensjonalnie na pokład i chwyciły za wiosła. Po chwili łódka odbiła się od brzegu. 
     - Tobie należą się główne dzięki, pani – szepnęła Gvalch’ca do Visenny, nie spuszczając oczu z łodzi unoszącej jej bliskich ku lepszemu jutru. – Dzięki wam przeżył. 
     - Jest twoim ojcem? Wybacz pytanie, o czarodziejce mówisz: mama. 
     - Ani on, ani ona nie są moimi rodzicami. Są czymś więcej. O wiele więcej – powiedziała dziewczyna. 
     Visenna wahała się. 
     - Gvalch’co... 
     - Jestem Ciri. Tamto imię zmyśliłam dawno temu. 
     - A zatem, Ciri – podjęła uzdrowicielka – gdzie się teraz podziejesz? Sama? 
     Jak na komendę za plecami dziewczyny pojawił się pulsujący błękitnym światłem teleport - rzadkość, bo też niewiele znanych Visennie osób umiało się nim posługiwać. 
     - O mnie bądź spokojna, pani. Jest wiele światów, gdzie mogę odnaleźć moje miejsce w życiu. 
     - Tak jak Yen i Gwynbleidd – Visenna powiodła wzrokiem ku wodom jeziora. Łódź była już ledwo widoczna na na horyzoncie. 
     - Gwynbleidd to jego elfie imię – sprostowała Ciri vel Gvalch’ca, nim ruszyła zdecydowanie ku świetlnemu portalowi. – Tak naprawdę nazywa się Geralt z Rivii. Va fail, Gedymdeitha. 
     I już jej nie było. 
     W tym momencie Visenna przestała myśleć. Rzuciła się wzdłuż brzegu, w nadziei, że jeszcze dojrzy łódź, ale ta była juz tylko małym, czarnym punkcikiem na złotoczerwonym tle łuny zachodu. 
     Wolnym ruchem sięgnęła do głębokiej kieszeni szaty po zapomniany medalion uosabiający szczerzącą sie paszczę wilka. Wiedźminowi już się nie przyda. Drżąco ukryła go na piersi pod suknią i raz jeszcze spojrzała na łódź. 
     - Va fail, me wedd – szepnęła ze łzami, ale tym razem były to łzy nieśmiałej radości. – Żegnaj, synku.


copyright 2003-2019 brylka