wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

W starej baszcie...

- I kto jeszcze? - badawcze spojrzenie czarnowłosego mężczyzny nie było wcale cieplejsze od brzmienia jego głosu. 
     - Powtarzam wam po raz kolejny, nie mam zielonego pojęcia! - wył związany w kabłąk chudzielec. Jego ubranie, niegdyś bez wątpienia eleganckie, było teraz mokre od potu i wilgotnej ziemi, na której dość długo leżał. 
     Stojący wokół jeńca ludzie wymienili ponure spojrzenia. 
     - Może mówi prawdę - powiedział niepewnie jeden z nich, odziany w błękitny kaftan. 
     - Wątpię - ostro stwierdził czarnowłosy. - Ale chyba już niczego się od niego nie dowiemy. 
     - A więc stoimy w punkcie wyjścia. Ten jeniec nie powie nam niczego nowego. - Blondyn kręcił obcasem w piasku. - Teraz mamy tylko problem: co z nim począć? 
     - Właśnie - potwierdził milczący aż dotąd mężczyzna o bardzo bladej skórze. - Nie lubimy zabijać, wszyscy jak tu stoimy. 
     Jeniec, cały czas obserwujący ich z przerażeniem, teraz odetchnął z ulgą. 
     - Robi się ciemno - zauważył ten w kaftanie. - Możemy się nad tym zastanowić jutro. To miejsce jest tak samo dobre na obóz jak każde inne - powiódł wzrokiem po starej baszcie, w której się skryli. 
     - Brr! - otrząsnął się czarnowłosy. - Na pewno są lepsze miejsca. Choć lepsza ta stara baszta niż nasza po-przednia kryjówka... 
     Blondyn zachichotał na samo wspomnienie tamtego miejsca - skrytki pod podłogą w jakimś domu. Deski nad nimi nieco się trzęsły... 
     Czarnowłosy posłał mu krzywe spojrzenie i mówił dalej: 
     - Ale masz rację, za ciemno już, by ruszać w dalszą drogę. Kto miał dziś czuwać? Chyba ty, nie? - spojrzał na najnowszego w drużynie, owego mężczyznę o bladej skórze i ciemnych włosach. Jak zwykle stał w pewnej odległości od reszty grupy. 
     - Tak, ja. 
     - W porządku, a więc rozpalcie ogień, tylko mały! 
     *** 
     Blady mężczyzna po raz kolejny przekonał się, że nic im nie grozi. Nie budząc śpiących towarzyszy przeszedł nad nimi i przysiadł obok leżącego na kamiennej podłodze jeńca. Przemknęło mu do głowę, że młodzieniec na pewno dostanie reumatyzmu - o ile oczywiście przeżyje. A w to, prawdę powiedziawszy, wątpił. 
     Do samej osoby jeńca nie miał nic, ot, niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu, teraz o wiele dla nich niebezpieczniejszy niż przed schwytaniem. 
     - Czegoś ci trzeba? - zapytał łagodnie? 
     Jeniec patrzył na niego, przerażony. 
     - Tak - powiedział wreszcie. I zamilkł. 
     - Czego? - zapytał bladoskóry, kiedy cisza zaczęła mu ciążyć. 
     - Prawdy. Czy...? 
     - Być może, nie ode mnie to zależy. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś dla nas zagrożeniem? 
     - Tak, czytałem sporo. 
     - Powieści? - parsknął tamten. 
     Jeniec nie zaprzeczył. 
     - Wiem z nich, że póki byście mnie nie wypuścili, nie zaszkodziłbym wam w niczym – jedynie zawadzał. 
     - I zapewne wiesz też, że dopóki nie powiesz wszystkiego co wiesz, będziesz żył? 
     Milczenie. 
     - Nie jesteś głupi... Ale wierz mi, czasem lepiej umrzeć. O tym też czytałeś? O tym, jakimi metodami możemy się posłużyć... 
     Młodzieniec przełknął ślinę. 
     - Czytałem... i słyszałem co nieco od tych, którzy takie metody przeżyli. 
     - Widziałeś tych ludzi, słyszałeś i czytałeś? I milczysz? Myślisz, że to ominie akurat ciebie? 
     Nie odpowiedział, zamknął oczy. Blady mężczyzna obserwował w zamyśleniu jego młodą, ładnie wyrzeźbioną twarz, kształtny nos, miękkie fale włosów, teraz potarganych i pełnych igliwia. Chłopak musiał pochodzić z dobrej rodziny. Nie miał przy sobie dużo broni, tylko łuk i sztylet, żadnego miecza. W tych wojennych czasach było to dość nietypowe. 
     Szkoda takiego młodzieńca, pomyślał. Uparł się, że słowa nie powie. Potem już nie będzie taki ładny... Niestety w obecnej sytuacji tylko jedno mogło go uratować - przystanie na dobre i złe do ich drużyny. Widać było, że chłopak nie ma na to żadnej ochoty, jednak zapytać wypadało. 
     - Mały, czy w twoich powieściach było napisane coś o tym, w jaki sposób możesz ocaleć? 
     - Było - wymamrotał niewyraźnie. - Ale ja tym sposobem gardzę! - powiedział już głośniej. - Nie przystanę do was za nic! 
     Coś w jego głosie sprawiło, że bladoskóry nie pytał już o nic więcej. 
     Szkoda, pomyślał ponownie. Takiej właśnie osoby nam trzeba. Ale skoro taka osoba raz powiedziała, że nie przystanie, to przepadło. Zresztą gdyby zareagował inaczej, nie ceniłbym go tak bardzo... 
     Odszedł, żeby po raz kolejny obejść basztę. Nasłuchując podejrzanych szelestów wspominał, jak to on dołączył do kompanii. 
     *** 
     Cicho i bezpiecznie. Nikogo obcego - stwierdził, schylając głowę aby móc wejść do baszty. Zauważył, że kamienie wokół ciasnego wejścia są poobtłukiwane i chwieją się pod dotykiem. Obszedł jeszcze górę - drewniane schodki też się chwiały, wolał po nich nie wchodzić. Wybrał inny sposób i wyjrzał przez zarośnięte pajęczyną okienko. Okrągła, srebrna tarcza oświetlała otaczający wieżę las, ruiny pobliskiego zamku, płynącą w pobliżu rzekę i małą osadę na drugim brzegu. Było całkiem prawdopodobne, że to właśnie z niej pochodził schwytany chłopak. 
     Zszedł do niego, uprzednio napatrzywszy się na księżyc. Nie sądził, by istniało coś, czego widok lubiłby bardziej. 
     Jeniec leżał nieruchomo jakby spał, jednak kiedy bladoskóry poprawił ogień, chłopak otworzył oczy i poruszył się. 
     - I jak, powiesz mi to? 
     - Nie! 
     - Nie? A jeśli... - nagle coś przyszło mu do głowy. Nachylił się nad jeńcem i uśmiechnął paskudnie, najpierw samymi kącikami ust, stopniowo poszerzając uśmiech i z dziką radością obserwując, jak równocześnie strach rozszerza oczy chłopaka. Kiedy zarówno uśmiech, jak i oczy rozszerzyły się do granic możliwości, zapytał spokojnie, wciąż z upiornym uśmiechem: 
     - Czy teraz mi to powiesz? 
     - P-powiem - wyjąkał jeniec. 
     *** 
     - To koniec? 
     - N-nie... 
     - Więc czemu przerwałeś? Mów. 
     *** 
     - To jest koniec. 
     - Owszem - mężczyzna nachylił się nad szyją chłopaka. 
     *** 
     Z początku widział jego przerażone oczy, wygięte panicznym strachem usta. Kiedy jednak przywarł wargami do skóry chłopaka, wokół zawirowało, zrobiło się rozkosznie gorąco. Wampir poczuł tę niezwykłą przyjemność, tym większą, że od tak dawna nie odczuwaną, potęgowaną jeszcze jękiem chłopaka. 
     Zwlekał jak mógł z przekłuciem skóry, rozkoszując się chwilą, tym cudownym oczekiwaniem. Do jego zamroczonego umysłu przedarł się cichy jęk. Z wdzięcznością podniósł głowę, musnął wargami szyję chłopca. 
     - Spokojnie, mały - wyszeptał mu wprost do ucha. - To nie będzie bolało. Zaufaj mi - po czym z powrotem zbliżył usta do jego szyi, do tętniącego naczynia, pełnego życia. 
     Tym razem nie wahał się długo i niemal natychmiast zatonął w rytmicznej czerwieni i cieple. Usłyszał cichy okrzyk bólu, nie trwał on jednak długo i wampir wcale się nim nie przejął. Liczył się dla niego już tylko głęboki tunel, w który właśnie się zapadał. 
     *** 
     Jak zwykle stracił poczucie czasu. Podniósł się znad pustego już ciała. Czuł miłe szumienie w głowie, wszystkie zmysły miał wyostrzone. Tak dawno tego nie czuł... zapomniał już, jakie to przyjemne... Nie przeszkadzał sobie rozmyślaniem o przyszłości, o wyrazie twarzy towarzyszy. Na palący, nieznośny wstyd przyjdzie czas później. 
     *** 
     - Nie pytałem o nic o świcie. Nie pytałem przy towarzyszach. Pytam teraz: dlaczego? Dałeś słowo! 
     - Tak, wiem... - westchnął. - Nie wiem czemu. Musiałem to zrobić. 
     - I mamy się cieszyć, że padło na niego? - sarkastycznie spytał czarnowłosy. 
     - Nie o to chodzi... Nie chodzi o to, że musiałem... Och, jak ci to wytłumaczyć? 
     - Normalnie. I najlepiej po ludzku. 
     - Wy możecie czuć się bezpiecznie... To on... To jego musiałem... rozumiesz? Pewnie nie... 
     - Imaginuj sobie, że rozumiem. Mnie też to dziwi - dodał, jakby w zamyśleniu. - Ale to nie zmienia faktu, że dałeś słowo! I teraz mi powiedz, ile ono może być warte? 
     - Nic. 
     - I mówisz to z takim spokojem? 
     - Po oprzytomnieniu miałem dość czasu, żeby się nawstydzić, nawściekać na siebie samego i pogodzić z waszą reakcją. 
     - Moją reakcją. Oni mają się o tym nie dowiedzieć! Nie chcę, żeby i oni się ciebie bali. 
     Wampir zwiesił głowę. 
     - Naprawdę nie musisz się mnie bać - mruknął tak cicho, że czarnowłosy, nie obdarzony wampirzym słuchem, musiał się domyślać sensu słów. 
     - Już się nie bałem... Słuchaj, czy mogę mieć jakąkolwiek gwarancję, że to się nie powtórzy? 
     - Nie możesz - stwierdził wampir martwym, całkowicie wypranym z emocji głosem. 
     - A przynajmniej, że to nie któreś z nas będzie następnym szczęśliwcem? 
     - Nie. Nie wiem kto, wiem jednak, że nikt z was. 
     - Nie jesteśmy w twoim typie? - zadrwił czarnowłosy, wampir wziął jednak jego słowa poważnie. 
     - A żebyś wiedział... Nie jesteście. 
     - Jeszcze tylko jedna, a właściwie dwie sprawy. Stałeś na warcie, wiesz o tym? 
     - Wiem. Nikt się nie podkradł. 
     - To akurat wiem i ja... W innym przypadku raczej bym nie żył... 
     - Rozumiem, że zasługuję na twoje drwiny, niemniej jednak proszę cię, abyś był tak miły i mnie wysłuchał. 
     - Słucham cię bardzo uważnie - zapewnił. - Nikt się nie podkradł... 
     - I nie mógłby się podkraść niezauważony. Nie zaniedbałem obowiązków, co chwila sprawdzałem okolicę, a i słuch miałem bardzo wyczulony. 
     - Niezłe działanie ma ta twoja krew - uznał czarnowłosy. 
     - Właśnie w tym rzecz, że nie moja. A jaka jest ta druga sprawa? 
     - Czy ty masz w ogóle pojęcie, ile ten chłopak mógł wiedzieć!? - wybuchnął. 
     - Mam. Wiedział wiele. I wszystko mi powiedział. 
     - Z dobrej woli? W to akurat trudno mi uwierzyć... 
     - I dobrze - powiedział sucho wampir. - Powtórzyć im teraz, czy podczas postoju? 
     Czarnowłosy zmusił konia do zatrzymania się i obrócenia na tylnych nogach. 
     - Podczas postoju. Dręcz się dalej, a ja sprawdzę, co z resztą. Strasznie się wloką. 
     I odjechał, pozostawiając wampira sam na sam z wyrzutami sumienia, wstydem i cennymi ładunkami w wozie.


copyright 2003-2020 brylka