wiedzmin.pl

miecz przeznaczenia ma dwa ostrza, jednym jesteś ty

Moje dzieciństwo

Miała piękne, granatowe oczy. 
     Granatowe granatem matowym, pozbawionym tego pretensjonalnego połysku. Ale nie, nie były zimne. Wrzało w nich uczucie, wszystkie namiętności, jakie nią targały, cała gwałtowna emocjonalność, którą tak trudno było jej czasem utrzymać w ryzach, stłumić na czas. 
     Czasem były zupełnie spokojne, łagodne, tak łagodne jak miękka tafla morza, wyglądająca jak marszczony, lekki niczym tchnienie wiatru materiał. Aksamit. 
     Czasem stawały się straszne, zapalał się w nich niebezpieczny płomyk, ciskały gromy. Jak wzburzone morze, którego spienione fale rozbijają się z impetem o przybrzeżne skały podczas sztormu. 
     Lubiłam patrzeć na morze. Zatapiać w nim myśli, chłodzić emocje, oczyszczać duszę. 
     Ona też. Tylko nie wiem, dlaczego. 
     Wbrew pozorom, chyba jednak mnie kochała. Albo przynajmniej żywiła do mnie pewien zespół uczuć odpowiadający u innych ludzi czemuś bliskiemu miłości. Taką namiastkę kochania. Nie okazywała tego często, nie mówiła. Ale czułam to: takie ciepło gdzieś w środku, wibracje pod skórą, trzepot serca. Czasami. 
     O ojcu myślałam rzadko, prawie wcale. Nie był mi do niczego potrzebny żaden mężczyzna. Ona w zupełności wystarczała za dwoje. Ale może jej był potrzebny? 
     Rozmawiała ze mną o nim tylko raz. Najpierw była nieco zakłopotana, nie wiedziała jak mi to tak delikatnie wyjaśnić, bała się, że nic nie zrozumiem. Wiedziałam, że będzie owijać w bawełnę, omijać sedno sprawy i w konsekwencji większości będę się musiała domyślić sama. A ja chciałam zrozumieć, potrzebowałam tego, chciałam pewności, że niczego nie traciłam pomimo jego nieobecności w moim życiu. Tak czułam, ale chciałam wiedzieć, czy ona też. Powiedziałam: "Mamo, powiedz mi prawdę. I nic więcej", najbardziej poważnym, stanowczym i pewnym głosem, na jaki było mnie wtedy stać. Przyjrzała mi się uważnie i spojrzała głęboko w oczy. I powiedziała prawdę. Było ich dwóch w tamtym okresie: mężczyzna i półelf. Z początku nie wiedziała który. Kiedy trochę podrosłam, nie miałam żadnych elfich cech. A więc mężczyzna. Szatyn, oczy stalowoszare. Nic dla niej nie znaczył, po prostu razem spędzili noc. I ona też nic dla niego nie znaczyła. Nie znała nawet jego imienia. Uśmiechał się na wpół drwiąco, ironicznie, na wpół z lekkim politowaniem i lekceważeniem, tak jakby wszystko po trochu go bawiło, wydawało mu się śmieszne, banalne, pełne niepotrzebnej, źle skrywanej obłudy, fałszu, komizmu przetykanego dramatyzmem. W oczach miał coś, co ją zafascynowało, coś zarazem pięknego i wzniosłego, jak i szalenie niebezpiecznego, niesamowicie... innego niż to, co dotychczas widywała w spojrzeniach mężczyzn. Palił się w nich taki lodowaty płomień... Nie, nie potrafiła tego nazwać, zdefiniować, zrozumieć. Wiadomość przyjęłam gładko, nie zadawałam nawet żadnych pytań. Były zbędne. Ona nie potrafiła dać mi tej pewności. 
     Była fatalną matką. Nie nadawała się nawet na rozbrykaną siostrę, mogła być co najwyżej zbzikowaną ciotką, której utrzymywanie kontaktów z małą krewną ogranicza się do wizyty raz na rok i przysyłania paczek z odległego zakątka świata. Nienawidziła gotować, prać, sprzątać. Nie potrafiła prowadzić ustabilizowanego trybu życia wraz z określonym, choć pozornie, rytmem dnia. Zawsze musiała czymś mnie zaskoczyć, nagle gdzieś wyjść, z kimś się spotkać, zostawić mnie bez słowa wyjaśnienia czy pożegnania, wpaść na kolejny szalony pomysł. Z początku miałam jej to za złe, męczyło mnie to, irytowało. Z czasem się przyzwyczaiłam - cóż, co by nie powiedzieć, zawsze miałam zapewnioną opiekę. Zresztą taka już była i nie potrafiła tego zmienić. I zawsze wracała. 
     Spotykała się z mnóstwem ludzi, z mnóstwem mężczyzn. Czasem przyprowadzała ich do domu, zostawali na noc, a potem po prostu znikali, by nie pojawić się już nigdy więcej. Zdecydowanie nie mogła świecić przykładem dla innych młodych kobiet. Kiedyś doszłam nawet do wniosku, że była wzorem dokładnie tego, czego młode kobiety nie powinny robić. Łatwo wpadała we wściekłość, z byle powodu. Szybko nauczyłam się, jak z nią postępować, wiedziałam, na ile mogę sobie pozwolić, ile wolno mi zrobić i powiedzieć, kiedy przekraczam subtelną, ledwie dostrzegalną granicę. Kiedy granat jej oczu zaczynał płonąć lub ukazywał się w nim ostrzegawczy błysk, najlepiej było stanąć w bezruchu i oczekiwać na rozwój wypadków. Kiedy każdy rys jej twarzy wyostrzał się, kiedy drżały usta już gotujące się do krzyku a smukłe dłonie zaciskały się nerwowo, najlepiej było odsunąć od niej wszystkie łatwo tłukące się przedmioty. Kiedy wpadała w szaleńczą furię, traciła panowanie nad sobą, a gdzieś w środku czaił się niepokój, po chwili przeradzający się w prawdziwy, niekłamany strach, mówiący o zbliżającym się niebezpieczeństwie - trzeba już było co prędzej uciekać. Była trudną kobietą. Miała naprawdę skomplikowany charakter i wielce złożoną osobowość, i jej samej też czasem było ciężko ze sobą. 
     Miała siedemnaście lat, gdy mnie urodziła. Nie miała pracy, domu, rodziny, żyła z dnia na dzień i wielce jej to odpowiadało. Przyszłam na świat w ruinach jakiegoś domu, gdzieś na odludziu. Kiedy mi o tym opowiedziała, od razu pomyślałam, że pewnie chciała mnie tam zostawić, ale z niewiadomych mi przyczyn nie zrobiła tego. 
     Teraz wiem, że przeklinając mnie, siebie, jego i cały ten cholerny świat, od razu wzięła mnie ze sobą. Trochę ją poznałam przez tych kilka lat. 
     Nie potrafiłaby. Nie była zła. Była zagubiona. 
     Początkowo zamieszkałyśmy w świątyni Indéal, ale kiedy miałam niecałe dwa lata, opuściłyśmy ją. Jak mi potem opowiadała, dostawała furii na widok tych fałszywych świętoszek i ich spojrzeń pełnych niesmaku i pogardy, pod ostrzałem których co dzień się znajdowała. 
     Tłukłyśmy się po świecie. To znaczy dla mnie to była tułaczka, dla niej - wielka podróż, w której się znajdowała bez względu na to, co robiła. Kochała to uczucie. Miękkość promienia słonecznego igrającego na jej twarzy, zapach powietrza, którym się otulała gdy było jej zimno, a chłodziła, gdy czuła gorąco, deszcz, który wypłukiwał z niej to, co było jej zbędne, o czym chciała zapomnieć, zmywał wszystkie piętna złych uczynków, chwil upokorzenia, momentów zwątpienia. I samotność, która była jej potrzebna w równym stopniu jak towarzystwo. 
     Mieszkałyśmy w karczmach, u jakichś jej przyjaciół, znajomych. Raz nawet nocowałyśmy na dworze króla Demawenda w Aedirn! 
     Wreszcie zatrzymałyśmy się w Novigradzie - stolicy świata, kolebki ówczesnej cywilizacji. Mieszkałyśmy tam dosyć długo, bo prawie dwa lata. Miasto nie było ogromne, niesamowicie zaludnione i zabudowane, upiększone do granic. Kiedy patrzyłam na mieszkańców i przejezdnych którzy w dniach świąt i zabaw wylegali na place i tłoczyli się na dziedzińcach, miałam wrażenie, że lada moment poprzerywają mury, zrównają z ziemią bramy i wszyscy wysypią się do fosy. Novigrad przyciągał wszystkich jak magnez, każdy człowiek, każdy elf, każdy gnom chciał na własne oczy zobaczyć jego bogactwo, przepych i niewyobrażalną różnorodność budowli: przybytków kultury, świątyń, targów, zwykłych mieszkań i ulic, każdy marzył, aby się tam osiedlić. 
     Novigrad przerażał, urzekał i zniewalał. Człowiek zanurzał się w kolorowe, pachnące odmęty ulic i zapominał o sobie, wiedział, że jest tylko częścią całości, fragmentem jakich wiele, nieważną jednostką. 
     Novigrad oddychał, Novigrad śmiał się, Novigrad rozwijał się z każdym dniem coraz bardziej. Novigrad żył i nakazywał żyć. 
     Zaczęła pracować w banku u zaprzyjaźnionego niziołka. Potem była asystentką gnoma robiącego lewe interesy, ale gnoma przymknęli i wtedy musiałyśmy się wynieść. Następnie osiadłyśmy na przedmieściach Gors Velen - starego, nadmorskiego miasta, zbudowanego jeszcze przez parające się magią elfy. Miasta diametralnie różnego od przyprawiającego o oczopląs i duszności Novigradu, rozgłaszającego wszem i wobec swą potęgę, świetność i nowoczesność. Od tej pory byłyśmy mieszkankami miasta niezwykle uroczego, ale i szalenie tajemniczego, ujmującego swą delikatnością i kruchością wysokich, strzelistych wież i wzbudzającego uczucie niepokoju zjawiskowością małych, cichych uliczek, oderwanych od zgiełku rynku i głównych ulic miasta. Uliczki te skąpane były zazwyczaj w tajemniczej, sączącej się znikąd poświacie, bądź otulone chłodnym półmrokiem, łączące w sobie lekkość fontann, wokół których tańczyły roześmiane, błyszczące kropelki wody, i senność znużonych wzbudzaniem zachwytu dla swej nieprzemijającej świetności rzeźbionych kamienic. 
     Gors Velen było miastem eterycznym, zjawiskowym, jakby utkanym z zabarwionej pajęczyny, zdającym się być jedynie iluzją, która zaraz rozpłynie się, wtopi w przestrzeń. Gors Velen było miastem pełnym wibrującej, drżącej, wyczuwalnej w powietrzu i niemalże namacalnej Magii. Magii, która dotyka, otula i chroni. 
     Nie bez powodu nazywane było miastem czarodziejów. Choć nie stanowili oni przeważającej większości mieszkańców Gors Velen, jednak, jak wiadomo, jeden czarodziej to jak stu ludzi. Ale i tak było to wymarzone miejsce dla magików całego świata. Natomiast dla samego miasta i całej ludności fakt, że w pobliżu znajduje się gromada czarodziejów był niezaprzeczalnym błogosławieństwem, gdyż to z nich właśnie żyło i dzięki nim funkcjonowało to jedyne w swoim rodzaju miejsce. 
     Każdy mieszkaniec ówczesnego świata choć raz słyszał o Gors Velen, każdy czarodziej choć raz w nim był. Ale bynajmniej nie w celu podziwiania wszystkich jego walorów estetycznych, jak też nie w celu poznania niesamowitej atmosfery miasta. Powodem była prawnie do niego należąca, przez jednych przeklęta, przez innych wysławiana, ale co by nie powiedzieć, zawsze będąca tematem najżywszych rozmów wyspa Thanned - miejsce zgoła niepospolite. Wielki kamienny słup sterczący z odmętów szmaragdowej, spienionej morskiej wody - tak najkrócej można opisać widok ukazujący się z wysokiego muru okalającego gród. I choć brzmi to dość groźnie, i wyspa faktycznie była groźna, to jednak pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy po zatrzymaniu na niej wzroku było jej piękno, niemal identyczne jak piękno miasta, jednak odrobinę bardziej intensywne, żywsze, mocniej zabarwione, pełniejsze. Choć wcale nie prawdziwsze. 
     Wyspa znajdowała się w niedużej odległości od zatoki i portu. Z surowego, szarego kamienia, z jego zimnych półek skalnych, wgłębień i stoków wyrastały kompleksy budynków zdumiewających swą świeżością i nowością, pomimo czasu, który upłynął od pierwszych dni po ich wybudowaniu. Blisko podnóża góry, odcinając się krzykliwą czerwienią od jej ciemnej, miejscami wchodzącej w granat niemalże szarości, skrzyły się dachy Loxii - najniżej położonego pałacu, jedynego, do którego prowadził niewielki most łączący wyspę z miastem. Ponad Loxią, trochę bardziej w głębi wyspy, znajdowała się słynna szkoła dla czarodziejek - Aretuza. Obwiedziona sznurami krużganków, zygzakami schodów i schodków, pełna mostków, wieżyczek i kopuł, tarasów, balkonów i balkoników, obsypana kwieciem wiszących ogrodów i kolorowych gajów ciągnących się przez całą górę, ale tutaj skupionych najliczniej, wyglądała jak miejsce iście bajkowe, zamieszkane przez prześliczne królewny i przystojnych królewiczów, wokół których krząta się cała masa dworaków i służących, a nie jak "pięknie ozdobione więzienie o zaostrzonym rygorze", jakim była Aretuza w opinii ogółu, tak ludzi i nieludzi, jak i czarodziejek. Skąd brało się to niezbyt pochlebne mniemanie? Ludzi czasem ponosi wyobraźnia i tak opowiadano sobie niestworzone historie o mękach i katuszach, jakie cierpią młode adeptki. I choć nawet połowa z tego nie była prawdą, to jednak już sam fakt, że dziewczętom nie wolno było opuszczać wyspy przez dwanaście lat, czyli przez czas trwania edukacji, oraz to, że żadna czarodziejka kończąca szkołę nie mówiła nic, co byłoby sprzeczne z legendami, jakie się namnożyły wokół tego miejsca, nie przemawiały na jego korzyść. Blisko czubka, zwieńczony pękatymi, lśniącymi kopułami, znajdował się ogromny Garstang - miejsce dorocznych zjazdów magików z całego świata. W Garstangu nie wolno używać magii, a to z powodu niewyobrażalnej gęstości i powierzchni pola magnetycznego tworzącego się wokół całej wyspy. Jest ono tak duże, że gdyby i tam dopuszczone było czarowanie, wyspa gotowa by wybuchnąć. Ponieważ jednak podczas spotkań czarodziejów mało który jest w stanie powstrzymać się przed rzuceniem choćby najprostszego zaklęcia, Nina Fioravanti - założycielka Aretuzy - obłożyła mury Garstangu nie dającą się złamać blokadą antymagiczną. Ale najbardziej niesamowitym i przykuwającym uwagę budynkiem na wyspie była i jest oczywiście osławiona Tor Lara, Wieża Mewy. Wysoka i samotna, osadzona na samiutkim czubku, strzelająca w niebo czubkami białych wież, była punktem, w którym skupiało się najwięcej Mocy. A to za sprawą uszkodzonego portalu, zwanego Teleportem Lary, bądź Portalem Benaventa, od imienia jego odkrywcy. Portal ów, goszczący już niemało śmiałków w swym zadufaniu sądzących, że uda im się z niego wyjść, uległ był trwałemu uszkodzeniu, być może w wyniku samoistnej dezintegracji, ale nie jest to pewne. Nie wiadomo skąd się tam wziął, pewnym jest natomiast, że samo przebywanie w jego pobliżu jest niebezpieczne. Patrząc na to wszystko miało się nierzadko mieszane uczucia. I nie dziwota. Wyspa Thanned - zazwyczaj otulona oparami lekkiej, rzadkiej, zdającej się być niemal przezroczystą mgły, która jedynie pod wieczór, choć to też nie zawsze, skłębiała się, zagęszczała i przybierała właściwą zwykłej mgle mleczną barwę - zawierała w sobie ciężkość i monumentalizm skały jednocześnie z kruchością i finezyjnością upiększeń budowli. Była więc połączeniem siły i delikatności, potęgi i subtelności, ostrości i łagodności, zimna i ciepła. Była kwintesencją Magii, uosobieniem tego, co Magię wynosi ponad wszystko inne na świecie i w życiu, czyli Połączeniem Sprzeczności. Wyspa Thanned bowiem, tak jak Magia, zawierała w sobie skrajności, przeciwieństwa i tak jak Magia potrafiła sprawić, by przeniknęły się wzajemnie i istniały w pełnym Ładzie i niezachwianej Harmonii. 
     Postawiłyśmy mały domek kryty niebieską dachówką. Obie bardzo lubiłyśmy niebieski. Same go zbudowałyśmy, pomalowałyśmy, przekopałyśmy ziemię wokół, postawiłyśmy płotek, założyłyśmy ogródek. Wszystkie materiały budowlane, meble, naczynia i całą górę drobiazgów, jakimi już w kilka dni po wprowadzeniu się zawaliłyśmy naszą chatynkę i które znosiłyśmy regularnie w przerażających ilościach, uzyskałyśmy od grona jej licznych znajomych bądź kupiłyśmy za pieniądze zostawione przez jej rodziców w założonym jeszcze za młodu banku w Redanii. W budowie pomagali nam jej przyjaciele rozrzuceni po wielu krainach ówczesnego świata, ale skupieni w pokaźnej ilości właśnie w Gors Velen. Wszyscy tak się śpieszyli (nie bardzo miałyśmy podówczas gdzie mieszkać, gdyż oprócz przyjaźni po wsze czasy oraz wyżej wymienionych przedmiotów znajomi nie byli w stanie zaofiarować lokum, a życiowy dorobek dziadków uszczuplał się w zastraszającym tempie), że "niebieska kropeczka" była gotowa w niespełna pół roku wytężonej pracy. 
     Tak więc miałyśmy dom, trzeba było jeszcze znaleźć pracę. Nie dotyczyło to oczywiście mnie, bowiem w chwili wprowadzenia się miałam dziesięć lat. 
     Znowu zaczęła pracować w banku, jednak szybko porzuciła to zajęcie. Potem była fryzjerką, przez krótki czas kurtyzaną, pracowała w karczmie, otworzyła mały sklepik z amuletami i eliksirami, następnie strugała figurki z drewna i kory, potem szyła kapelusze, była asystentką pomocnika czarodzieja, ten zaczął się do niej zalecać, a ponieważ był brzydki, odeszła, robiła bukiety ślubne i na pogrzeby, potem śpiewała na jarmarkach, a potem... potem to już sama nie wiem. 
     Wszyscy potrafiący wyczuć obecność magii mówili, że otacza mnie silna aura. Ona z początku nie zwracała na to uwagi, ale kiedy zaczęłam wyginać siłą woli cynowe łyżeczki, jeść nie używając przy tym rąk, zapalać ogień w kominku pstryknięciem palców, wreszcie spełniać jej polecenia i prośby jeszcze zanim zdążyła ubrać je w słowa, musiała przyznać, że mam w sobie pokłady Mocy, a może nawet jestem Źródłem. 
     Mniej więcej w tym samym czasie Rada i Kapituła wydały rozporządzenie traktujące o tym, że "każda osoba, co do której jest choć cień wątpliwości, że skupia w sobie aurę, zobowiązana jest stawić się na egzaminach wstępnych w Aretuzie - szkole dla dziewcząt, bądź... i rozpocząć dwunastoletnią naukę mającą na celu oswojenie ją z Mocą, którą nosi i nauczenie jej, jak się nią posługiwać... Osoba, a w szczególności dziecko, która nie potrafi zapanować nad rzeczoną Mocą, jest niebezpieczna dla otoczenia, a stan, w jakim się znajduje, doprowadzić ją może do utraty zmysłów. Specjalistyczne egzaminy przeprowadzane będą przez doświadczone czarodziejki, które... " 
     Rozporządzenie to podpisane jest... 
     Z dnia... 
     W roku poprzedzającym ten, w którym rozporządzenie ujrzało światło dzienne, przez świat przetoczyła się fala przedziwnych zdarzeń oraz samobójstw będących udziałem ludzi obłąkanych. Dowodziło to, jak bardzo niechętnie rodzice oddają swoje dzieci pod skrzydła czarodziejów, że wolą pozamykać je w domach i udawać, że niczego niezwykłego w ich zachowaniu nie zauważają. Światek magików postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. 
     I tak, w wieku lat dwunastu po raz pierwszy popatrzyłam na nią, trzydziestoletnią podówczas, i zrozumiałyśmy się bez słów. Ktoś zadecydował za mnie, co się ze mną przez najbliższe dwanaście lat będzie działo i niewiele go niestety obchodziło, co mam w tej kwestii do powiedzenia. 
     Ostatni wieczór, a właściwie pół nocy, spędzone razem przesiedziałyśmy przed kominkiem: małym, ciepłym, niebieskim. Czerwone płomyki wesoło tańczyły wśród kawałków drewna, co jakiś czas wzbijając w górę złocisty pył. Piłyśmy gorący karmel i ogrzewałyśmy wystawione do ognia stopy. Oczywiście obie wiedziałyśmy, że już nigdy się nie zobaczymy. Powiedziała, że szuka kupca na "niebieską kropeczkę", bo skoro odchodzę, to nic jej tu już nie trzyma. Polubiła to miasto, jego część morza i jego powietrze, pokochała domek, ogródek i sad, kwiaty i jabłka zrywane z gałązek... ale nie umiała tak żyć. W jednym miejscu. Tak samo. Bez ruchu, bez strachu, bez ryzyka. Coś się musiało dziać w jej życiu, dobrze czy źle, ważne, żeby się działo. Stojąc w miejscu czuła się chora, czuła, jakby ogóle jej nie było. 
     Życzyła mi wszystkiego najlepszego, mówiła, że bardzo się cieszy, jest dumna, że mogę tyle w życiu zrobić, będę miała takie możliwości, będę tak długo żyła i na pewno zwiedzę kawał świata. Jak obcy. 
     A potem wzięła mnie za rękę i powiedziała, że mamy identyczne paznokcie. Jak matka. Potem pokazała mi jak się robi makijaż, doradziła, jakich perfum powinnam używać i jakie zestawy kolorów pasują do mojej karnacji, jakie kremy będą najlepsze do mojej cery, a wywary do włosów. 
     Potem znowu usiadłyśmy w dużych, cudownie miękkich fotelach i wpatrzyłyśmy się w ogień. Siedziałyśmy tak długo, a przed oczami przesuwały nam się obrazy minionych trzynastu lat. Później zagoniła mnie do łóżka, mówiąc, że to nie do pomyślenia, żeby "młoda panienka", jak się wyraziła, przesiadywała do późna w nocy. Że przecież nie tak mnie wychowała, na co obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Ale ona nagle spoważniała i powiedziała, że muszę jej obiecać, że nigdy nie będę brała z niej przykładu. Obiecałam. Ja z kolei kazałam jej obiecać, żeby o mnie nie zapomniała, bez względu na to, ile jeszcze mężczyzn, elfów i dzieci z nimi będzie miała. Ona powiedziała, że mi przyłoży jak będę taka bezczelna. Na co odrzekłam, żeby się nie krępowała, bo to już ostatni raz. Uszczypnęła mnie w ramię i powiedziała, że nie zapomni. Nie będzie się nawet musiała starać, bo takich bachorów jak ja nie sposób wyrzucić z pamięci. Powiedziałyśmy sobie dobranoc. 
     Wyszłam nad ranem. Chłodne, suche powietrze. I wiatr wzbijający w niebo kurzawę liści. Nie mam ochoty wracać do owego dwunastoletniego koszmaru przetykanego gdzieniegdzie chwilami radości i triumfu, opowiem jedynie o pewnym zdarzeniu, które zaważyło na jednej ze stref mojego późniejszego życia i którego cień jeszcze długo potem czułam blisko siebie. Aretuza była równie zachwycająca od wewnątrz, jak i na zewnątrz. Centralna sala pałacu była ogromna i nieprawdopodobnie wysoka. Wzdłuż jednego z jej boków ciągnął się szereg wąskich i równie nieprawdopodobnie wysokich okien ozdobionych witrażami. Promienie słoneczne, które po zetknięciu z powierzchnią kolorowego szkła przebijają się przez nią, wlewały się do pomieszczenia potokiem barwnego światła. 
     Pokoje adeptek znajdowały się na górnych piętrach i w wieżach. Wszystkie były urządzone bardzo podobnie: nieduże i przytulne, choć zimą bywało naprawdę chłodno, meble bardzo ładne i gustowne. Pomimo to bywały dnie, kiedy czułam się w moim pokoiku na wieży naprawdę obco. 
     Początkowo albo nieustannie się wszystkiemu dziwiłam, albo zachwycałam. 
     Pierwszy rok szlifowałyśmy samą teorię. Lubiłam tyko historię magii, choć dawki, w których nam ją podawano, często wykraczały poza granice mojej zdolności do zapamiętywania dat i postaci. Zadania, krzyżówki i układanki nieraz doprowadzały mnie do szału, a dotkliwy ból głowy, karku i kręgosłupa tylko wzmagał gniew. 
     Od początku nikt nie miał wątpliwości co do pokładów aury we mnie nagromadzonych. Problem pojawił się, kiedy przyszło do wydobycia ich ze mnie w kontrolowanych porcjach. Margarita Laux-Antille, rektorka Aretuzy, lubiła załatwiać sprawy szybko. Tak też było i tym razem. A wyglądało to mniej więcej tak: 
     - Nie ulega wątpliwości, że jeśli się przyłożysz i wykażesz chęć współpracy, czeka cię w przyszłości wiele sukcesów i powodów do dumy. Jednak na razie Moc w tobie jest silnie zablokowana i jeśli szybko nie znajdzie ujścia, eksploduje, jak to się potocznie mówi, co może być dla ciebie tragiczne w skutkach. Blokada jest dziś czymś rzadko spotykanym, niemniej jednak nie myśl sobie, że to jakiś ewenement - dawniej było to na porządku dziennym niemalże. Z początku trochę się zdziwiłam dowiedziawszy się o krwotokach z nosa, silnym bólu w podbrzuszu, a nieraz utracie przytomności, kiedy usiłujesz złożyć palce do najprostszego zaklęcia. Jednak szybko skojarzyłam fakty, tak więc nic się nie stało. Rozwiążemy ten problem jak najszybciej, abyś mogła kontynuować naukę. Znajdziemy kogoś odpowiedniego. No, nie patrz tak. Zaraz, zaraz - ufam, że wiesz, o czym mówię? 
     - Niezupełnie - wyjąkałam. 
     - Bogowie, o inicjacji seksualnej, oczywiście. Przecież jesteś dziewicą i to jest właśnie blokada, o której mówię. Nie tylko w bajkach dziewice nie mogą zostać czarodziejkami. W najbliższych dniach powiadomię cię. A teraz wracaj na zajęcia. No, co tak stoisz? Idź do wieży. 
     Margarita Laux-Antille popchnęła mnie lekko do przodu, sama zaś odwróciła się i ruszyła w przeciwną stronę. Stałam na korytarzu. Słuchałam stukotu jej obcasów o zimną, kamienną posadzkę. Patrzyłam, jak zanurza się w długie smugi kolorowego światła, pełne wirującego pyłu, sączące się ze szklanych witraży na wąskich, długich oknach. 
     Czułam, że jej nienawidzę. 
     Chciało mi się śmiać. Z setek dziewczyn w Aretuzie musiało to spotkać właśnie mnie i tylko mnie. Ale nie roześmiałam się. Ani razu. 
     Minęło kilka dni. 
     Wracając z wieczornych zajęć do swojego pokoju zobaczyłam pasek światła między drzwiami a podłogą. I już wiedziałam. Wieki upłynęły zanim nacisnęłam ciężką, ozdobną klamkę. Stał odwrócony plecami. Patrzył przez okno zatapiając wzrok w kryształowej mgle spowijającej mury, tarasy i wieże Aretuzy, kłębiącej się w skalnych ścianach i kotlinkach, przenikającej nieruchomą taflę morza. Ja też robiłam to często. 
     Półelf. Intensywnie zielone, głębokie oczy i taki niepokojący, hipnotyczny wzrok. 
     Bezszelestnie wsunęłam się do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Skrzypnęły. Odwrócił się powoli. "Więc to ty" - powiedział tylko. Zdmuchnął świece w lichtarzu. Zrobiło się zupełnie ciemno. Podeszłam do niego i podniosłam głowę, żeby mu się przyjrzeć, po czym natychmiast ją opuściłam. "Napij się" - podał mi kieliszek wypełniony aksamitnoczerwonym, falującym płynem. Wino z jakimś środkiem odurzającym. Wychyliłam od razu cały. Zakręciło mi się w głowie. Staliśmy jeszcze przez chwilę naprzeciwko siebie. Odważyłam się spojrzeć w górę jeszcze raz. Uśmiechał się miło, ale nie był w stanie ukryć rozbawienia. Musiałam wyglądać uroczo żałośnie z tymi swoimi przerażonymi oczami, wypiekami na policzkach, gorącym czołem, lodowatymi, drżącymi dłońmi. 
     Nie pamiętam, co się działo dalej. Pamiętam ten uśmiech, który nie schodził mu z warg, zapach jego skóry i niesamowitą, nie dającą się opisać atmosferę, jaka zapanowała w moim małym pokoiku na wieży. Nagle każdy kąt wypełnił się gęstym, gorącym, rozedrganym powietrzem. To powietrze to był mój krótki oddech i Magia. Mnóstwo Magii. Przez moment poczułam się bardzo silna, ale zaraz gwałtownie osłabłam, jakby opuściły mnie wszystkie siły. Pamiętam, że zabolało. Mocno. W pierwszym odruchu cofnęłam się przerażona. Ale on objął mnie jeszcze silniej i wcale nie miał zamiaru puścić. Przywarłam ustami do jego ramienia, żeby zdusić krzyk. Zacisnęłam powieki. 
     Kiedy się obudziłam, leżałam przez chwilę nieruchomo, wpatrując się nic nie widzącym wzrokiem w sufit, po czym wstałam gwałtownie i zaczęłam rozglądać się po pokoju. Czułam się strasznie dziwnie, miałam wrażenie, że to, co się stało, było tylko sennym marzeniem, urojeniem. Wszystkie uczucia nagle skłębiły się we mnie i czułam, że muszę dać im upust, bo zwariuję. Kręciło mi się jeszcze w głowie, było mi słabo, a myśli przemykały przez umysł z niewiarygodną szybkością... Czułam strach, rozpacz i nieznaną dotychczas okropną pustkę. Chciałam płakać, czułam, że to mi pomoże, ale nie mogłam. Chciałam krzyczeć, żeby zagłuszyć tan narastający w uszach szum, ale nie miałam siły. Oddychałam ciężko. Chciałam uciec, uciec stamtąd jak najdalej, ale wiedziałam, że to nic nie da. Nagle zaczęłam przetrząsać wszystkie szafki, wyrzucać z nich wszystkie rzeczy: ubrania, książki, kartki papieru... Nie wiem i wtedy też nie wiedziałam czego szukam i po co to robię. Działo się ze mną coś dziwnego i nie umiałam sobie z tym poradzić. 
     Pomyślałam, że chcę znaleźć jakąś rzecz, małą, malutką, jakiś drobiazg, który by do niego należał. Zrzuciłam pościel na podłogę, zaczęłam strącać wszystkie rzeczy jakie stały na półkach, sekretarzyku. Nie było nic. 
     Bo i cóż mogłoby być? 
     Ale to tak, jakby nigdy go tam nie było. Jakby nigdy nie było go... we mnie. Osunęłam się na podłogę i zaniosłam się spazmatycznym, niekontrolowanym szlochem. Blokada puściła. Całkowicie. Gwałtownie i boleśnie, ale puściła. 

     Właściwie nie wiem, kiedy skończyło się moje dzieciństwo. Nie wyczułam wcale tego momentu. Nie zauważyłam go. Przemknął szybko i niespodziewanie jak spadająca gwiazda. Tylko że ja... 
     Nie zdążyłam wypowiedzieć życzenia.


copyright 2003-2019 brylka